Legnicki Teatr Letni w miejskim parku ponownie nie ma gospodarza. Co było do przewidzenia. Tak jak  i to, co już niedługo stanie się z tym obiektem. Podzieli smutny los podobnych do niego legnickich budowli.



Stan obiektu jest katastrofalny i pogarsza się z każdym rokiem od blisko dwudziestu lat. Od chwili, gdy miejsce to opuścili radzieccy żołnierze, którzy – nieprzesadnie, ale zawsze – dbali o budynek, w którym organizowali swoje koncerty, przestawienia, bale i akademie.  Nawet współczesną nazwę dla dawnego niemieckiego Domu Strzeleckiego właśnie im zawdzięczamy. Przyznacie, że gorzka to konstatacja. Czy może być jednak inna w sytuacji późniejszego połączenia błędów, zaniechań, braku pomysłu, ale przede wszystkim dobrej woli i gospodarskiej troski o – trudno już w to uwierzyć - reprezentacyjną niegdyś parkową budowlę? Ozdobę tej części miasta.

Właśnie zrezygnował z remontu czwarty już chyba dzierżawca tego miejsca. Twierdzi, że nie miał pojęcia, w jak fatalnym stanie jest ten obiekt. Rozpoznanie sytuacji zajęło mu ponad rok. Ponoć. W co wierzę, jak w skuteczność pudru na syfilis. Prawda jest bowiem banalna. Nikt rozsądny nie zainwestuje wielu milionów złotych koniecznych na remont i adaptację zrujnowanego budynku dopóki nie będzie właścicielem tej nieruchomości. Oczywiste? Jak dla kogo. Problem w tym, że gospodarze ratusza najwyraźniej „zamiast mózgów mają tylko szary puch, który przez pomyłkę został wdmuchnięty w ich głowy” - jak ze smutkiem zauważył, cytowany już kiedyś w tych felietonach mój ulubieniec, czyli Kłapouchy z „Kubusia Puchatka”.

Wróćmy do faktów.  Już latem 2009 roku było wiadome, że Teatr Letni się wali, podziurawiony dach przecieka, stropy gniją, a sufity sypią się dosłownie na głowę. Doświadczył tego i podniósł alarm Jacek Głomb, który szykował wówczas to miejsce na scenę teatralnego festiwalu „Miasto”. Miejska władza bagatelizowała - wiadomo, że szef teatru to awanturnik z niewyparzonym ozorem – i uspokajała: „przygotowujemy przetarg na wieloletnie użytkowanie tego budynku. Chcemy, by ten obiekt tętnił życiem. Może służyć np. jako kawiarnia czy restauracja”. Pytany przez dziennikarkę Gazety Wyborczej, co sądzę o koncepcji dzierżawy powiedziałem wówczas to samo, co dziś („Nikt nie będzie inwestował dużych pieniędzy w remont budynku, który nie należy do niego. To absurd!”). Wiadomo, gadał dziad do obrazu…

Rok 2010 przyniósł nam zatem trzy przetargi. W pierwszym nikt nie przystąpił do licytacji, w drugim  jej zwycięzca się wycofał, w trzecim podpisano umowę z jedynym chętnym. To ten, który właśnie poszedł po rozum do głowy i zrezygnował. W tzw. międzyczasie legniczanie usypiani byli pomysłami. Jak ten z wybudowaniem w obiekcie Muzeum Zimnej Wojny. Zapału gospodarzowi miasta starczyło na jedną konferencję prasową. Na kolejnych obiecywał legniczanom inne atrakcje. A to bazę treningową na Euro 2012, a to pobytową dla piłkarskiej reprezentacji Rosji.

Jeden z bohaterów sienkiewiczowskiej „Trylogii” wiedział, że ścięcie trzech wrażych łbów jednym uderzeniem krzyżackiego miecza, to – nawet dla niego – wyczyn nie lada. Longinus Podbipięta herbu Zerwikaptur był jednak człowiekiem honoru. Skoro ślubował, to danej obietnicy – pod mało komfortowym rygorem seksualnego postu – dotrzymał. Tyle staroświecka literatura. Dziś obowiązują inne reguły gry. Zwłaszcza w polityce.

Nikt wam nie da tyle, ile ja wam obiecam. Aktualnie na tapecie są tysiące nowych miejsc pracy w strefie przemysłowej, co to ma powstać w miejscu likwidowanego lotniska. Znając zdolności włodarzy miasta do pozyskiwania inwestorów prędzej uwierzyłbym w wizję wybudowania w tym miejscu kosmodromu albo toru Formuły 1. Czy teatr w parku podzieli zatem los kina „Bałtyk”, po którym pozostał pusty plac w centrum miasta? To prawdopodobne. Gołym okiem widać, że takich miejsc w Legnicy jest coraz więcej. Tak jak obietnic.

Żuraw, 3 lutego 2012 r.