W 41 rocznicę inwazji bratnich armii na Czechosłowację na ekrany wchodzi film „Operacja Dunaj” przypominający tamte wydarzenia. Wbrew obecnym tendencjom w polskim kinie historycznym jest to komedia, chwilami nawet śmieszna. Najlepiej radzą sobie wykonawcy z teatru w Legnicy, natomiast stołeczni gwiazdorzy zwyczajnie się zgrywają – zapowiada i ocenia Zdzisław Pietrasik.

Jeśli wierzyć autorom, scenariusz nawiązuje do autentycznego zdarzenia. Ponoć w czasie rajdu wojsk polskich na Pragę w 1969 r. zaginął bez wieści jeden czołg. Ani wówczas, ani potem nie udało się ustalić, co mogło się z nim stać. I to jest naprawdę bardzo dobry pomysł na komedię. Trzeba jeszcze tylko ją napisać. Zadania podjęli się wespół Jacek Kondracki, zawodowy scenarzysta, i Robert Urbański, dramaturg teatru w Legnicy. Film wyreżyserował debiutujący w kinie dyrektor tej sceny Jacek Głomb.

Niestety, komedia wojenna nie ma u nas wielkich tradycji, co jednak ciekawe, najbardziej udane rzeczy powstały w czasach PRL, na przekór obowiązującym wówczas wersjom ojczystej historii. Np. „Jak rozpętałem II wojnę światową" Tadeusza Chmielewskiego miało premierę w 1970 r., kiedy to patriotyczno-partyzancka mitologia osiągnęła swe apogeum. W latach 80. ogromną popularność zdobył obraz Janusza Majewskiego „CK. Dezerterzy", w którym nasz rodak, szeregowiec Kania, grany brawurowo przez Marka Kondrata, kpił sobie z potęgi rozpadających się właśnie Austro-Węgier.

Na frontach tej samej wojny zabawne anegdoty opowiadał dobry wojak Szwejk, pierwowzór wszystkich cwaniaków niedających się wkręcić w wojskowy dryl. Autorzy „Operacji" uznali jednak, że dla polskiego widza nie mniej atrakcyjne będą odniesienia do popularnego w PRL i RP serialu „Czterej pancerni i pies". Zabrakło tylko psa, choć na pamiątkowym zdjęciu, które robią sobie nasi wojacy przed czeską karczmą, pojawia się też miejscowy kundel. Pancerni są nasi, pies czeski, i to już jest prawie happy end.

Wojna na stereotypy

O tym, że wszystko dobrze się skończy, wiadomo było z góry, kiedy tylko pojawiła się informacja, że w produkcji weźmie udział strona czeska, dając pieniądze i aktorów, pośród których pojawia się sam Jifi Menzel, sprawujący jednocześnie opiekę artystyczną nad filmem polskiego debiutanta. Dodatkowo Menzel wypełnia poprawnie zadanie aktorskie, na przykład szarżując ze sztachetą na polski czołg. Jak się potem zorientujemy, grany przez niego poczciwy dróżnik nieźle zna historię Polski i słyszał coś o ataku ułanów na niemieckie czołgi.

Mamy zatem odwrócenie ról, teraz nasza armia występuje w roli agresora. Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej załodze czołgu „Biedroneczka", nie ma się kogo bać. Dowódca matoł, kierowca, który ucieka przed amorami dowódczyni oddziału, herod baby zdradzającej notorycznie męża, ale kochającej miłością pierwszą ludową ojczyznę, studencik w okularkach, ofiara wydarzeń marcowych, przydatny (także scenarzystom) z jednego głównie powodu - zna czeski i staje się tłumaczem pomiędzy zwaśnionymi stronami. Wreszcie najmłodszy w tym kwartecie, Janek, noszący takie samo imię jak główny bohater „Pancernych". To on jest narratorem filmu, w wolnych chwilach pisze listy do swego sławnego imiennika, dzieląc się z nim wrażeniami z pola walki.
 
Może nie od razu naiwny Jasio to zauważa, ale, niestety, jest to głównie walka na stereotypy. Kiedy u nas trwają chaotyczne przygotowania do akcji bojowej pod wziętym do tytułu kryptonimem Operacja Dunaj, po tamtej stronie widzimy gromadkę szczęśliwych Czechów przy biesiadnym stole. Wszystko jest dokładnie takie, jakie powinno być na malowanym z wyobraźni obrazie pod tytułem „RodakHrabalaw karczmie". Do nieuchronnego zderzenia cywilizacji dojdzie w momencie, kiedy czołg „Biedroneczka", zasłużony w bitwach II wojny światowej, lecz obecnie z trudem poruszający się na sfatygowanych gąsienicach, zatrzyma się niechcący na ścianie karczmy, nadwerężając budynek, lecz nie robiąc krzywdy bywalcom. Jest strasznie, ale i śmiesznie zarazem.
 
Knedliczki i seks

Jakkolwiek na to patrzeć, jednak agresja. Trudno zatem dziwić się reakcjom miejscowych, którzy w mig przypominają sobie, dlaczego o polskich sąsiadach nigdy nie mieli najlepszego zdania. Pancerni odwdzięczają się w tym samym stylu, na szczęście tłumacz łagodzi sytuację, zmieniając sens najbardziej drażliwych kwestii (to jedna z najzabawniejszych sekwencji w całym filmie). Następuje kruchy rozejm, który nie wiadomo, jak by się skończył, gdyby nie beznadziejność położenia obydwu stron konfliktu. Załogę „Biedroneczki", zwłaszcza jej kierowcę, ściga na motorze dowódczyni oddziału, ponadto w okolicy pojawia się czołg radziecki, sprawny jak najbardziej. W tej sytuacji lepiej sobie pomagać.

Przesłanie filmu jest zatem wręcz ostentacyjne - cała ta inwazja w 1969 r. była wymysłem komunistycznych polityków, podczas gdy zwyczajni ludzie mieli jak najlepsze zamiary. Jesteśmy świadkami narodzin przyjaźni polsko-czechosłowackiej, która wykuwa się podczas wspólnego spożywania knedliczków, rozmów o gołębiach i, czego pominąć nie można, wskutek wzajemnych fascynacji erotycznych. Zaczyna młoda Czeszka, która szybko bierze sprawy w swoje ręce, a inni pójdą za jej przykładem. W finale mamy już ogólne polsko-czeskie „Kochajmy się!".

W tej sytuacji naszym zbratanym bohaterom nie pozostaje nic innego, jak tylko wyruszyć wspólnie do krainy szczęśliwości, do której drogę wskaże znajdujący się nieopodal drogowskaz. A Janek z „Biedroneczki" zdobywa przynajmniej w jednym przewagę nad Jankiem z „Rudego" - jego czołg pogonił Rosjan, o czym „Pancerni" nawet nie śmieliby śnić.

Rozśmieszyć historię

Nie wszystko w filmowej „Operacji Dunaj" się udało. Gdzieś w połowie akcja siada i dopiero pod koniec odzyskuje tempo. Gagi są różnej jakości, te koszarowej proweniencji zbyt oczywiste, te wynikające ze zderzenia polsko-czeskiego chyba nadmiernie obciążone poprawnością polityczną. Ale inaczej pewnie się nie dało.

Z przykrością trzeba też odnotować, że w konfrontacji z braćmi Czechami polegli nasi aktorzy. Może to dziwne, a może wcale nie, ale najlepiej radzą sobie wykonawcy z teatru z Legnicy, natomiast stołeczni gwiazdorzy zwyczajnie się zgrywają, jakby im nie powiedziano, że komedia to niekoniecznie od razu sitcom.

Niemniej film zasługuje na życzliwą uwagę. Mamy tu bowiem pierwszą w naszym wydaniu próbę pojednania narodów poprzez kino, z obopólnym zamiarem rozśmieszenia historii, która dotychczas dzieliła. Czy można sobie wyobrazić utrzymany w podobnej konwencji film nakręcony do spółki z Niemcami lub z Rosją? W tej chwili na pewno nie, ale w przyszłości wszystko może się zdarzyć. Nie tylko na ekranie
 

Czołg a sprawa polska

Najsłynniejszym czołgiem w polskim kinie jest oczywiście„Rudy" z „Czterech pancernych" (1965-1968), który z pomocą psa i bratniej Armii Czerwonej pogonił aż do Berlina hitlerowskie hordy. Bojowy pojazd opancerzony odegrał ważną rolę w filmach szkoły polskiej, w szczególności w dwóch scenach mających sens symboliczny. W„Lotnej" Andrzeja Wajdy (1959) na nieprzyjacielskie czołgi nacierała polska jazda, zaś kadr, w którym ułan desperacko rąbie szablą lufę stalowego kolosa, trafił do zbiorowej wyobraźni Polaków (mimo protestów historyków, przekonujących, że takiej szarży nie było).

Czołg zajmuje centralne miejsce w jednej z najważniejszych scen„Eroiki" Andrzeja Munka (1958): warszawski cwaniak DzidziuśGórkiewicz, pokrzepiwszy się gorzałą, rzuca za siebie pustą butelkę, przypadkiem trafiając w nadjeżdżający niemiecki czołg. Wróg nie ucieka, lecz się śmieje. Reżyser-ironista potraktował w ten sposób popularne w czasie powstania warszawskiego zawołanie„z butelkami na czołgi".

Z czołgiem zderzył się po latach bohater„Misia" Stanisława Barei, prezes klubu sportowego Tęcza Ryszard Ochódzki. W„Rozmowach kontrolowanych"Sylwestra Chęcińskiego (1992) powtarza on gest Górkiewicza z„Eroiki", mianowicie przypadkiem trafia butelką z wódką w czołg armii wprowadzającej w grudniu 1981 r. na rozkaz Jaruzelskiego ład i porządek. Ochódzki został bohaterem, a generał zwycięskiej armii, jak mówili w filmie, mocno się zdenerwował.

(Zdzisław Pietrasik, „Polscy pancerni i czeski pies”, Polityka, 12.08.2009)