Podtrzymywanie i niesienie ognia rewolucji to szczytne dzieło. Mimo lat od oktiabrskoj salwy dzieci rewolucji w koszulkach w paski wciąż prą naprzód, niosąc z dumą sztandar i pieśń, i podpierają ten murszejący świat.Oto na jubileusz, czy – stosowniej: jubel – podnosi się zasługę THM (Teatr im. Heleny Modrzejewskiej - @KT), że "Ballada o Zakaczawiu" otwierała oczy, wyważała bramy i burzyła mury, a Łodzie, Warszawy i inne metropolie zobaczały swoje Zakaczawia w idących w odstawkę Bałutach itepe. I to jest iście rewolucyjne, zaiste – postawienie sprawy! Pisze Adam Kowalczyk.


Wydawać by się przecież mogło, iż geny "Ballady" tkwiły już od dawna w tekstach Grzesiuka (i tych do czytania, i tych do śpiewania) i Nowakowskiego, i Tyrmanda, a przyjemniaczki z Łąkowej i Pstrowskiego miały swoje modele w figurach z Konwickiego albo Hłaski. Innymi słowy – że było całkiem odwrotnie, niż się głosi. Rewolucyjnie odwrotnie. Dialektycznie!

Że "Ballada" sytuuje się na końcu długiego szeregu historii o miejskich peryferiach, a nie na ich początku. Niczego nie otworzyła, lecz zamknęła. Nie zaczynała, ale kończyła. Kończyła, bo w dobie kroczących przez miasta deweloperów i zagarniania pod ich budowy coraz to jakichś zapomnianych i porzuconych przez magistraty ulic, kwartałów i dzielnic takiego Zakaczawia już nie uświadczysz. Jak w "Chłopcach z Placu Broni". Całkiem.

Ostatecznie o wrocławskim Trójkącie Bermudzkim słyszano, zanim jeszcze Jacek Głomb do Legnicy zawitał, dyrektorem został, scenę Modrzejewskiej założył i "Balladę o Zakaczawiu" wyreżyserował.

Nie chce mi się dmuchać w popioły, bo żaru pod nimi dawno nie ma, więc tylko zauważę, że sama nazwa Zakaczawie, jaka istnieje obecnie w obiegu w związku z ulicami między rzeką, torowiskiem i cmentarzem – jest jak i Mała Moskwa – tak samo słabo istniejąca wówczas, gdy pełno było tu Rosjan i nazwa Zakaczawie za Benka. To znaczy – Gienka; nota😊 Benek – są tacy publicyści w Legnicy, którzy Benka za autentyczną postać poczytują, co pozwalałoby już nie o micie, a wręcz – mistyfikacji mówić.

Ta romantyczna Arkadia zaś, którą opiewało się jako Zakaczawie, była dzielnicą nie tylko honornego półświatka, lecz także kolejarzy i przymusowo osiedlanych Cyganów (znaczy – Romów). Gdy więc wznosi się toast Za Zakaczawie! w finale filmowej wersji "Ballady", to taka ekstrapolacja dla kogoś, kto, jak ja, przeżywał "Ucieczkę King-Konga" (nie "Winnetou") w kinie Kolejarz – jest zupełnie nie do przyjęcia.

Czy "Ballada" modę w teatrze zapoczątkowała, czy aż rewolucję – to jest pytanie. Cóż bowiem pozostało po tym wystrzale z Aurory? Echa i rozwiewający się dym? Nie! – Posłuchajmy i zważmy u siebie: sama inscenizacja w Kolejarzu czy choćby tylko jej telewizyjna wersja porównywana jest z "Dziadami" Dejmka. Kazimierz Dejmek eo więc ipso staje do pary z Jackiem Głombem! Sława!

A tak serio, to po "Balladzie" zostały się pewnie plakaty gdzieś po zakamarkach teatru pouwieszane i wspomnienia twórców, bo dzielnica sama marnieje coraz bardziej i fama ogólnopolska nic jej ani mieszkańcom nie pomogła. Ale nie po to przecież teatr się robi, aby ratować dzielnice. Zniknęło zatem i kino Kolejarz, i z nim siedziba Związku Zawodowego Kolejarzy, i kolejarskie przedszkole, i kolejowa szkoła, i mleczarnia, i po stołówce wielebnego Gacka (choć to już zupełnie inne niż Benka/Gienka czasy), gdzie pierwej wódkę nalewali w knajpie po schodkach w narożnej kamienicy – dawno śladu nie ma jak i po kamienicy samej, i fantastycznie gotycyzujący późny modernizm z fatalnie topornym portalem – jak opisał ktoś fasadę przy Daszyńskiego – też niebawem zniknie.

Nieodwołalnie też obumrze, jak sądzić wolno – ten rocznicowo podsycany mit o "Balladzie". Mit o micie. I przeżywany właśnie jubeleusz nie powstrzyma tego zniknięcia. I nawet wizyty aktorów. Albo te soczyste wspominki z dawnych lat, że ludzie prosili się, żeby wejść, że z widowni w Kolejarzu dały się słyszeć różne komentarze i dzwonienie butelek, a herszt dzielni dał ekipie Modrzejewskiej list żelazny, żeby spokojnie robiła swoje – to tylko jakieś paprochy. Jak na mityczną legendę (albo legendarny mit – takie łamańce są częste w informacjach o spektaklach THM) fota w pustce po Kolejarzu uwieczniła niewielką liczbę ludzi, wśród których skąpo jakoś ziomów z Zakaczawia, większość natomiast – tych zza rzeki.

Kiedy więc pod parafrazą tekstu JFK z Berlina wygłoszoną przez Dyrektora Głomba na Łąkowej stają do zdjęcia i Przewodniczący Rady Miasta Legnicy, i emerytowana rusycystka – i wszyscy chcą być z Zakaczawia, to trochę tak, jakby siostry Kopciuszka trzewik usiłowały przymierzyć.

(Adam Kowalczyk, "Dmuchanie w popiół czyli mit o micie", http://www.gazetapiastowska.pl, 9.10.2020)