7 października 2000 roku pewien teatr, w pewnym prowincjonalnym dolnośląskim mieście, zagrał wszystkim na nosie. Zrobił własną wersję "Złego" Tyrmanda bez warszawki i po swojemu. Wystawił "Balladę o Zakaczawiu". Zrobił to tak, że wkurw centrali był uzasadniony. Dał dowód, że sztukę można robić gdziekolwiek, gdy ma się słuch i ciekawość miejsca, w którym się robi. I najstraszniejsze. Po dwudziestu latach dowiódł, że emocje nie wygasły.

W historii legnickiego teatru było wiele premier, było wiele znakomitych spektakli. Jeden jest jednak najważniejszy, nawet wówczas, gdy nie do końca wiadomo dlaczego. Ale jest. Bo ci, co go wymyślili, i ci co w nim zagrali, od lat noszą emocje w sobie. Do dziś. Inaczej nie pojawiliby się na jubileuszu. Zwykle byłaby to okolicznościowa nuda. Plus popijawa. A jednak przyjechali.

Na początek zrobili sobie pamiątkową fotkę w dziurze, która była kiedyś kinem, w którym grali tę "Balladę..." Chcieli na niej być. Wiedzieli, że to wyjątkowa okazja. Że nic dwa razy się nie zdarza. Potem pojechali do teatru w Rynku, by powspominać, co tak naprawdę się stało i czego byli uczestnikami. Dwadzieścia lat wcześniej najwyraźniej o tym nie wiedzieli. Dziś już wiedzą, że byli uczestnikami i świadkami prawdziwego cudu nad Kaczawą. "Bo wszystko było wtedy takie nasze" - zauważyła Małgorzata Urbańska (major KGB Natasza Tiereżkowa).

Rozbrająjące, ale też trochę wyciskające łzy, były trzy filmowe reportaże sprzed lat. Twórcy i bohaterowie "Ballady..." patrzyli na siebie o te dwadzieścia lat młodszych, nieco naiwnych i żarliwych. Potem zaczęli wspominać. "Teatr nie zbawi świata, ale może pomóc w nim żyć" - mówił z pewną rezygnacją i smugą cienia w oku Jacek Głomb. A my oglądaliśmy na ekranie czarno-białe sceny, których nie było w telewizyjnej wersji przedstawienia.

Uważny słuchacz opowieści twórców "Ballady..." odnotował nawet, że robili ją jednak faceci z zewnątrz. Zachwyceni i podnieceni legnickimi legendami, które wpisali do scenariusza. Wtedy twórcy wiedzieli, że dzwonią, ale jeszcze nie wiedzieli, w którym kościele. Opowieść o tragicznej miłości ruskiego sołdata i siostry zakaczawskiego zakapiora wywiedli z opowieści o strzelaninie w pewnej legnickiej kawiarni. To brednia. Wiele lat później do prawdy zbliżył się Waldemar Krzystek w "Małej Moskwie". Ale nie byłoby tej historii, a nawet tego filmu, bez "Ballady..." i jej mitologizującego potencjału.

"Za Zakaczawie!" - mówi narratorka i duch opowieści Janina Dębówna (Katarzyna Dworak) pijąc wódkę z butelki w finałowej scenie telewizyjnej realizacji. "Za wszystko, czego już nie ma" - dopowiadał Maniek Pecaj (Janusz Chabior). Co prowadzący dyskretne wspominki po latach Wojciech Majcherek celnie skwitował zdaniem: "Ballada" powstała z legendy, a spektakl sam stał się legendą".

Jak zwykle przy okazji wspominek po latach wysypały się anegdoty i plotki. Nadal jednak nie ma oficjalnej wersji, skąd zrodził się pomysł na "Balladę...", bo każdy ma własny. Warto jednak odnotować emocje środowego wieczoru. Oraz wspomnienia: "Byliśmy, jak przygotowywaliśmy "Balladę" i jak ją graliśmy, jak w narkotycznym ciągu" - przypominał Benek Cygan (Przemysław Bluszcz). "Muzyka! Wzruszam się nią do dzisiaj" - podrzucał Wojciech Majcherek, na co jej kompozytor Bartek Straburzyński zareagował z właściwie sobie skromnością: "Wsłuchałem się w te zakaczawskie mury i wyszło!".

Były jednak podczas środowej "Dzwudziestki" rzeczy nowe, wcześniej nie opowiedziane. Podobno był nawet pomysł, by w innym miejscu, czyli na Scenie na Nowym Świecie (też ruina), wznowić "Balladę..." w nowej obsadzie. W nowej, bo Bluszcz i Chabior zakotwiczyli już w Warszawie, a do legnickiego zespołu dołączyła spora grupa świeżych twarzy. - Na szczęście to właśnie aktorzy przekonali mnie, że tego się nie da zrobić i nie warto - wspominał dyrektor legnickiego teatru Jacek Głomb, który - przy okazji - ujawnił także po latach, jak handluje się z telewizją. - Mieliśmy wyłączne prawa do "Pielgrzymów" Marka Pruchniewskiego, których zrobiliśmy u nas jako "Wesele raz jeszcze". Gdy telewizja zaproponowała nam filmową realizację "Ballady" z aktorami, których sama chciała widzieć i dobierać, powiedziałem krótko. Albo będą grali nasi, albo nie dostaniecie praw do "Pielgrzymów". I dobrze zrobiłem.

Ja także miałem swoje odkrycie. Małgorzata Siatka (striptizerka i żona Benka Cygana w teatralnej wersji spektaklu) pokazała mi fotkę z legnickiego cmentarza, na którym złożyła kilka godzin wcześniej czerwoną różę. Na grobie pierwowzoru głównego bohatera teatralnej i filmowej opowieści. Kulturysty, bramkarza z hotelu Cuprum i zakaczawskiego zakapiora Gienka Cygana.

Grzegorz Żurawiński