Skromną jakby jest reakcja krytyki teatralnej na legnickiego "Króla Leara". Covid? Może. W okolicznych mediach przeważnie zajawki sprzed premiery oparte głównie na komunikatach dostarczanych z biura prasowego teatru. Ogólnopolskie Teatralny.pl – nic. E-teatr – nic. O naszych lokalnych podejściach do "Leara", legnickich – nie mówię. Pisze Adam Kowalczyk.


Całkiem niedawno napisano o tej najnowszej, ale liczonej dzisiaj już jako past, realizacji THM  (Teatru im. Heleny Modrzejewskiej - @KT) w Tygodniku Powszechnym. Chytrze, bo autor ożenił scenę z rzeczywistością. I jakoś zgrała mu się sytuacja w Sejmiku (konkurs na dyrektora, zamach na sztukę, spisek polityków – te rzeczy…) z propozycją Anny Augustynowicz – że to niby życie się ze sceną splotły i nie wiedzieć, co naśladuje, a co naśladowane jest. W tym niszczeniu, szale dezintegracji, rozwalaniu zastanego, grzechu, bombie atomowej i temu podobnych.

"Króla Leara", jak pamiętamy, zapowiadano już w maju, zanim we Wrocławiu powstał pomysł na konkurs. Ale zauważenie tej koincydencji (konkurs w sejmiku – konkurs w Brytanii) dla obserwatora życia (w tym kulturalnego) – to okazja. Gratka. Wielokrotnie w związku z tym powstawały wypowiedzi z pojęciem polityka w środku. A to że konkurs ma polityczne motywy, bo PiS i inni chcą zgarnąć dla siebie – czyli odebrać – wypróbowany brand jakim jest THM. A to że Dyrektor ma niezgodne z obowiązującymi poglądy polityczne. A to że politycznie wysługiwał się poprzedniej ekipie. Te i inne wypowiedzi powstawały po obu stronach – tak marszałkowskiej jak i teatralnej.

Sam Dyrektor Jacek Głomb wprost mówił, że polityczne poglądy ma i ukrywać ich nie usiłuje, ale… nie mają one wpływu na pracę teatru. Przegląd fotografii na FB, działania w KOD albo inicjatywy "Naprawiaczy świata" jasno pokazują barwy politycznych przekonań Dyrektora. Wydaje się jednak, że Dyrektor Głomb ma przyglądających się sprawie konkursu za więcej niż naiwnych, jeśli chciałby, aby jego słowa o niewłączaniu jego politycznych przekonań do kierowania teatrem odebrane zostały jako deklaracja rzeczywistej apolityczności kierowanego przezeń teatru.

Co to znaczy, że poglądy Dyrektora nie wpływają na pracę teatru? Utrzymywałbym, że jest zupełnie inaczej. I to nie z powodu na przykład "Hymnu narodowego", w którym sekta smoleńska, oazowcy-katole i członkowie PiSu są bez litości tratowani artystycznym obcasem Przemysława Wojcieszka i dość ohydnie karykaturowani. Takie zaistnienie poglądów politycznych w spektaklu to, oczywiście – kopniak jedynie taktyczny. Są wszakże w THM stricte polityczne manewry poziomu strategicznego. To znaczy niemal przezroczyste i długofalowe. Realizowane na przeciągu sezonu lub sezonów. Lat.

Przepychanki o słuszność/niesłuszność przeprowadzenia konkursu na stanowisko dyrektora teatru nie są jednak powodem, dla którego powstaje ten tekst. Powodem jest jubileusz dwudziestolecia premiery "Ballady o Zakaczawiu". Jubileusz intrygujący – w tej coraz bardziej gorącej atmosferze zbliżającego się rozstrzygnięcia: będzie konkurs, czy go nie będzie, a jeśli będzie – to czy Dyrektor Głomb przystąpi do niego, czy nie, a jeśli przystąpi – to wygra czy przegra? Polityka to czy nie polityka zdecyduje?

Czytam przytaczane ostatnio przez @kt stare recenzje "Ballady" z radością. Największą z powodu przypomnienia starej (2001r.) rozmowy z Tygodnika Powszechnego, w której Piotr Gruszczyński spierał się o "Balladę" z Łukaszem Drewniakiem i puentował tę rozmowę tak: "sukces „Zakaczawia” jest znamienny. Ale dla mnie stanowi świadectwo upadku gustu. Jest też dowodem na zwycięstwo sentymentalizmu w naszych duszach i kiczu w estetyce: Z głupim uśmiechem utoniemy w oparach kiczu" (@kt -Dwudziestka (10)).

Zadziwia mnie także szereg: Robert Urbański i Claude Lévi-Strauss, Leszek Kołakowski i Jacek Głomb. Filozofia i strukturalizm, mityczny wymiar Legnicy i historia nieuciążliwa podsumowane zdaniem z piramidą przeinaczeń: "Tak oto niedawna historia, która umieściła radzieckie wojsko w świeżo odzyskanym przez Polskę zachodnim mieście, dziś przegląda się w micie o tragicznej miłości nieszczęśliwych kochanków" (@kt –Dwudziestka (15)).

To historia umieściła okupantów w Legnicy i teraz przegląda się w micie. Oj! Podobne fałszujące rzeczywistość stwierdzenia można było całkiem niedawno zobaczyć tu – w Legnicy: stacjonowanie wojsk ZSRR nazywano pobytem, a ich wyrzucenie z Polski wyjazdem. I tu właśnie jest miejsce na mówienie o polityczności THM.

Legnickie przedstawienia, w których historia przegląda się w mitach: "Skarb wdowy Schadenfreude", "Człowiek na moście" czy "Ballada" właśnie to widowiska o wyrazistym politycznym profilu. Od lat w teatrze usiłuje się, poprzez pracę na scenie i poza nią (sceną jest także miasto – jak głosił tytuł jednego z teatralnych wydarzeń) – kształtować wizerunek Legnicy i urabiać postawy nowoczesnego legniczanina. Czyż to nie jest polityka?

Paradoksalnie jest to wizerunek miasta zbliżony do antagonistycznego wobec teatru Ratusza. To wizerunek miasta bez właściwości, którego slogan ogłasza, że każdemu z nim po drodze. Miasta otwartego, bez pewnych i trwałych zakotwiczeń w historii, tradycji, gotowego przedzierzgnąć się w kostium "Małej Moskwy", dzielnicy zza rzeki, czy nieokreślonego grodu pod zamkiem. Miasta, w którym w przededniu Narodowego Święta Niepodległości w teatrze Bitlesi wzięli górę nad Dmowskim czy Piłsudskim. Z powodu nazbyt patriotycznego i kościelnego sposobu świętowania rocznic historycznych. Szczególne było, że stare plenerowe widowisko THM z czerwca 2001 roku oparte na "Legnickim Polu" Zofii Kossak-Szczuckiej akcentowało nie doniosłość przeciwstawienia się chrześcijańskiego księcia barbarzyńcom z Azji, lecz bazowało na pobocznym wątku powieści. "Romans miał, zdaniem reżysera widowiska Jacka Głomba, uatrakcyjnić opowieść o bitwie" – jak donosiła depesza KAI.

O antykaczyźmie w postaci "Mizantropa" albo popisach zaproszonej przez legnicki KOD Klaudii Jachiry pod nota bene – symbolem miasta, jak nazwał tak zwany "Pomnik wdzięczności" Jacek Głomb – nie wspominamy. Czy więc polityczne poglądy Dyrektora Jacka Głomba nie wpływają na ofertę THM i jego, jak to się dzisiaj mówi – innych aktywności?

Bardzo ciekawa dyskusja przeprowadzona w Modjeskiej w 2018 roku zatytułowana "Teatr 2018 – misja czy wizja?" odsłaniała sporo z tego, jak myśli się o teatrze (i polityce w teatrze) także i dzisiaj. Streszczający tę rozmowę redaktor @ktu (10 czerwiec 2018) nie użył w swoim tekście słowa polityka, choć jej uczestnicy wciąż o niej mówili (np. Paweł Łysak: "Robimy to myśląc o społeczeństwie wolnym, równościowym i empatycznym. Stąd m.in. nasza współpraca z ruchami i organizacjami społecznymi, które czasami można nazwać ruchem oporu. To jest przyczyna, dla której nasza estetyka podporządkowana jest zadaniom społecznym"). Czyli – politycznym.

Pamiętam, że usiłowałem wtedy zabrać głos w związku z zagadnieniem porzucenia widza, posługując się przykładem "Ballady" w duchu zbliżonym do cytowanego Piotra Gruszczyńskiego, ale Dyrektor Głomb stwierdził coś około tego: "Drogi Panie, "Ballada…" nie jest najlepszym spektaklem, jaki zrobiłem". Politycznie wypadło zamilknąć.

(Adam Kowalczyk, "20 lat po – 2.0", http://www.gazetapiastowska.pl, 7.10.2020)