O "Balladzie o Zakaczawiu" i nieco póź­niejszych "Wschodach i Zachodach Miasta" legnickiego Teatru imienia Heleny Modrze­jewskiej mówiło się przede wszystkim jako o spektaklach, które odsłoniły mityczny wy­miar Legnicy. Oba dramaty oparto na rela­cjach świadków wydarzeń, które rozegrały się w tym mieście przed drugą wojną świa­tową i po jej zakończeniu, gdy na miejscu Niemców pojawili się tu Polacy i Rosjanie. W miesięczniku Dialog o sposobach radzenia sobie z bagażem przeszłości pisała Justyna Kowalska-Leder.


Aby móc spokojnie wystawiać "Balladę o Za­kaczawiu", opowieść o zdarzeniach w najbar­dziej szemranej dzielnicy miasta, teatr mu­siał uzyskać zgodę od legnickiego półświatka. To właśnie między innymi złodzieje dzia­łający niegdyś w tej dzielnicy podzielili się swoimi wspomnieniami z autorami drama­tu. "W tym spektaklu nie ma rzeczy niepraw­dziwych" - zapewnia z kolei Robert Urbań­ski, który, nim przystąpił do pisania "Wscho­dów i Zachodów Miasta", również przepro­wadził szereg rozmów z dawnymi i aktual­nymi legniczanami: Niemcami, Rosjanami, Polakami. Do powojennego rozdziału histo­rii Legnicy wraca też Waldemar Krzystek w scenariuszu "Mała Moskwa", drukowanym w tym numerze "Dialogu".

Czy w opowieściach o Legnicy rzeczy­wiście obecny jest pierwiastek mityczny? O jakim rozumieniu mitu możemy w tym wypadku mówić? A może pod tym okre­śleniem kryje się raczej nostalgia, która przecież, podobnie jak mit, kieruje nasze spojrzenie wstecz i w tym, co zwykłe, co­dzienne, materialne, pozwala dostrzec, od­słania ukrytą sferę wartości? Jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje przekaz histo­ryczny? Jakie znaczenie mają relacje świadków i uczestników wydarzeń?

Trop nostalgiczny jednak okazuje się niewystarczający do wyjaśnienia fenome­nu legnickich opowieści. Co prawda nie są one pozbawione tej tęsknej nuty, za którą kryje się przeświadczenie o bezpowrotnej utracie rajskiego wymiaru życia. Niemniej nie wydaje się ona tak nęcąca poznawczo, jak emanujące z tych przekazów swoiste napięcie między relacją świadka a opowie­ścią mityczną. W położonej na zachodzie kraju Legnicy przegląda się polski wiek dwudziesty, splot przyjaźni, obojętności i wrogości, w jakim żyli zamieszkujący tu Niemcy, Żydzi, Polacy i Rosjanie. Splot to pod względem historycznym i kulturowym niezwykle zagmatwany. Legnica najpierw - jeszcze przed wojną i w trakcie jej trwa­nia - niemiecka, później "stała się radziecko-polska", za sprawą koszar wojska ZSRR zwana Małą Moskwą, wzbogacona również o wypędzonych ze swoich domów miesz­kańców Kresów.

Sam fakt, że mamy tu do czynienia ze skomplikowaną przeszłością, nie oznacza wcale, iż autorom tekstów i przedstawień chodziło o ujawnienie przemilczanej lub przekłamanej dotychczas prawdy. Raczej nie stawiali sobie za cel rozliczeń, spro­stowań i weryfikacji historycznych i wca­le nie mieli zamiaru oznajmić światu, jak było naprawdę. Spojrzenie twórców pa­dło na Legnicę zapewne dlatego, że do­skonale symbolizuje ona zagmatwaną historię współczesnej Polski o amputowa­nej tradycji i wytrzebionej wielokulturowości. Opowieść o tym mieście, czy to teatralna, literacka czy też filmowa, może być odczytana jako swoista propozycja sposobu poradzenia sobie z bagażem hi­storycznym. W legnickich opowieściach przy­kuwa uwagę napię­cie między relacją świadka a opowie­ścią mityczną. W pierwszym przypad­ku mamy do czynie­nia z historią, która we współczesnej hu­manistyce często bywa rozumiana po prostu jako subiek­tywna narracja (jej wzorcową realizacją jest właśnie indywi­dualne świadectwo), w drugim zaś - z opowieścią mi­tyczną, informacyjnie pustą, jako źródło wiedzy historycznej bezużyteczną. Otóż zanik komponentu in­formacyjnego okazuje się zjawiskiem o szerszym zasięgu, daje się je zaobserwo­wać nawet przy odbiorze tekstów z pozoru stworzonych po to, by dać świadectwo prawdzie, a więc zdawałoby się, by poin­formować o niej czytelnika. Chodzi tu zwłaszcza o cieszące się dziś popularnością i wśród czytających, i wśród piszących tek­sty autobiograficzne. Na pewno takie opo­wieści pełnią jakąś funkcję porządkującą in­dywidualny i zbiorowy wymiar życia. Po­zwalają przecież odnieść własną biografię do narracji historycznej. Pozwalają zwią­zać ze sobą zerwane wcześniej wątki, skon­frontować ze sobą pozornie sprzeczne fak­ty, przypomnieć zarzucone kiedyś pytania o prawdziwy kształt historii. Nie mają jed­nak na celu ostatecznie rozstrzygnąć, kto co komu był winien i po czyjej stronie jest racja. Ich funkcja wydaje się daleko bar­dziej irracjonalna. "Potrzeba nam nie tyle przeszłości takiej, jaką rzeczywiście była, ile przeszłości, z którą można by żyć - zauważa Hayden White. - Nie znaczy to, że musimy mówić o niej kłamstwa, ale że musimy jeszcze raz przemyśleć pytania, które w odniesieniu do niej zadajemy." Nie czytamy więc tego rodzaju tekstów, nie oglądamy spektakli i filmów po to, by w końcu zrozumieć, jak to było naprawdę z tymi partyzantami, komunistami, po­wstańcami, Żydami, Niemcami i Polakami. Chodzi przede wszystkim o zaspokojenie innej potrzeby, wynikającej z poczucia de­ficytu sensu. Ten niedobór z całą pewno­ścią silnie odciska się na życiu i Polaków, i innych narodów naszej części Europy, bo­leśnie doświadczonych przez drugą wojnę światową, a później przez komunizm.

Wciąż słyszymy, że okres PRL to w naj­lepszym wypadku czas zmarnowany, jeśli nie po prostu etap nieodwracalnych znisz­czeń materialnych i mentalnych. A przecież w jego cezurach zamyka się aktywne życie co najmniej jednego pokolenia, któremu w ten sposób odbiera się nie tylko jego prze­szłość, lecz również prawo do teraźniejszo­ści. Nawet jeśli potrafi ono odnaleźć się dziś w kapitalizmie, globalizmie, pluralizmie, to nie jest w stanie amputować sobie części życiorysu. A poza tym te fundamentalne zmiany w makrosferze, zwłaszcza rozpatry­wane z perspektywy człowieka odsuniętego na margines życia społecznego, pozbawio­ne są większego znaczenia. Otóż legnickie opowieści są swego rodzaju odpowiedzią na ten stan rzeczy. Spotykamy się w nich ze swego rodzaju mitem, który ma oświetlić sensem rzeczywistość empiryczną, pozosta­jąc zarazem obojętnym i głuchym na wszel­kie sprostowania, wyjaśnienia i weryfikacje historyczne. Jeśli empiryczne realności po­strzegamy jako sensowne, sensu nabiera również nasze życie. Oto stawka, o jaką to­czy się gra w tych narracjach.

Odmieniając przez wszystkie przypadki słowo sens, nie przybliżymy się jednak do odkrycia znaczenia legnic­kich opowieści; w każdym razie nie bardziej niż po­szukiwacze ich mityczności. Zapytaj­my więc, o jaki sens tu chodzi.

Po pierwsze, trzeba powiedzieć, że nigdy nie jest on nam po prostu dany, lecz powsta­je w wyniku twórczej aktywności człowieka. "Odnajdujemy sens życia przez jego artykulację - zauwa­ża Charles Taylor. - To, czy nasze życie ma sens, w znacznym stopniu zależy od naszych własnych środków ekspresji." Korzystając z nich, budujemy narracje będą­ce w istocie filarami naszej tożsamości. One właśnie, podobnie jak opisane przez Lesz­ka Kołakowskiego niereligijne mity, "są próbą przekroczenia w słowie przypadko­wości doświadczenia, przypadkowości świata. Usiłują opowiedzieć coś, co naszej percepcji i naszej praktycznej styczności ze światem nada wartość nieprzypadkową; usiłują opowiedzieć to, co się opowiedzieć dosłownie nie daje [...]. Mówią tedy głów­nie przez kolejne negacje, uporczywie i nie­skończenie krążąc wokół ośrodka mitycz­nej intuicji, w który słowo nie trafia". Za­chowując w pamięci te słowa, powtórzy­my teraz pytanie o sens czyjegoś doświad­czenia czy po prostu zdarzenia, które, co warto dodać, ma dla nas rację bytu o tyle, o ile zostało przez kogoś doświadczone.

Jak zauważa Kołakowski, o sensowno­ści zdarzenia nie decydują ani motywy jego uczestników, ani jego stosunek do wykry­walnych regularności procesów historycz­nych. Zrozumienie zdarzeń poprzez odnie­sienie ich do praw czy przyczyn nie zaspo­koi w człowieku głodu sensu własnego ży­cia. "Dlatego każde moje wezwanie, każde roszczenie wobec historii, każde wartościowanie zdarzenia albo nie ma racji, albo ma rację w micie, tj. w człowieczeństwie wyprzedzającym historię" - pisze Kołakow­ski. Zdarzenie nabiera więc sensu tylko w odniesieniu do pozaczasowej sfery ak­sjologicznej, która w istocie będąc mitem rozstrzyga o kwestii zasadniczej, czyli o po­wołaniu człowieka. Na próżno jednak bę­dziemy szukać w legnickich narracjach cech opowieści o Początkach, do której można by odnieść nasze doświadczenie hi­storyczne. Nie ma tu miejsca na tak dosłow­ne rozumienie mityczności.

Odpowiedź na pytanie, w jaki sposób legnickie opowieści mają być dostarczy­cielkami sensu, wymaga dłuższego namy­słu nad problematyką mitu i historii oraz ich wzajemnej relacji. Drzemiące w tek­stach o Legnicy (spektakl teatralny traktu­jemy tu również jako tekst) napięcie mię­dzy mitem a świadectwem historycznym wynika przede wszystkim ze spotkania skrajnie odmiennych funkcji tych opowie­ści. Można nawet powiedzieć, że są to funk­cjonalne bieguny pewnego continuum. Re­lacjonujący świadek związany jest z od­biorcą niewypowiedzianą umową, w któ­rej zobowiązał się do mówienia prawdy, dania subiektywnego świadectwa. Mit na­tomiast jest prawdą samą w sobie, pełną, obiektywną, ma charakter społeczny, jako objawienie nie potrzebuje autora, którego w razie niezgodności faktów można by pociągnąć do odpowiedzialności.

Może jednak wewnętrzne sprzężenie sprzecznych elementów, o jakim mówimy w odniesieniu do legnickich opowieści, wcale nie jest tak wielkie, a mit i relację świadka łą­czy więcej, niż początkowo by się wydawało. Aby to dostrzec, trzeba porzucić dziewiętnastowieczną wizję historii, a na mit spojrzeć nieco inaczej niż na przykład na opowieści Indian Nambikwara. Jeśli bowiem, jak twier­dzi Claude Levi-Strauss, dla kultury zachod­niej historia jest tym, czym mit w kulturze zim­nej, to przedmiotem jej oddziaływania musi być zarówno rozum, jak wyobraźnia. I, co może najważniejsze i wiążące dzisiejsze rozu­mienie historii z mitem - łączy je też wbudo­wana w nie sfera wartości. Historia to nie zbiór wydarzeń czy faktów. Historia to narracja o wydarzeniach czyniona zawsze w ramach, jak nazywa to Taylor, pewnego horyzontu moralnego. A stąd już bardzo blisko do wska­zanego wcześniej przez Kołakowskiego "czło­wieczeństwa wyprzedzającego historię".

Pozbawienie ludzkiego doświadczenia odniesienia do jasno sformułowanej sfery aksjologicznej prowadzi do kryzysu tożsa­mości, o którym Taylor pisze, że "jest to skrajna postać dezorientacji, którą często ludzie starają się wyrazić mówiąc, że nie wiedzą, kim są. Możemy na nią jednak pa­trzeć również jako na sytuację, w której ludzie znajdują się w stanie radykalnej nie­pewności co do swojego stanowiska w róż­nych sprawach. Brak im ram czy horyzon­tu, w którym rzeczy nabierają trwałego zna­czenia, a pewne życiowe wybory jawią się jako dobre bądź sensowne, inne zaś jako złe bądź nieistotne. Znaczenie wszystkich tych wyborów jest teraz nieustalone, płyn­ne, nieokreślone. Doświadczenie to jest bolesne i przerażające". To brakujące tło autor "Źródeł podmiotowości" nazywa prze­strzenią moralną, która jest warunkiem po­jawienia się pytań o dobro i zło, o wartość i sens poszczególnych czynów. Dodajmy, że na kształt takiej przestrzeni ma wpływ doświadczenie historyczne. Im większy więc kłopot z historią, tym większy kryzys tożsamości, będący w istocie świadectwem rozpadu czy rozchwiania ładu aksjonormatywnego.

Tego, że Polacy mają kłopot z historią ostatniego stulecia, nie trzeba chyba szczególnie dowodzić. W powszechnym odbio­rze (co dziś oznacza przede wszystkim od­biór telewizyjny) dwudziesty wiek jest przede wszystkim przedmiotem manipula­cji politycznych. Taki stan świadomości ne­gatywnie wpływa na proces kształtowania się tożsamości Polaków. "Ludziom, którzy znaleźli się poza zwarcie napisaną historią tych, którzy ją tworzą [definers], pozostaje jej krach i powrót do mitu" - zauważa Kirsten Hastrup, duńska etnografka z Arhus badająca różne sposoby przedstawiania prze­szłości. "Pozbawieni opartej na ciągłości pamięci różnych okresów własnych niepo­wodzeń, popadają oni w alegoryczne asocja­cje pomiędzy dawnymi czasami i dniem dzisiejszym. Przeszłość i teraźniejszość są porównywane i przeciwstawiane, lecz nie łączy ich, jak w przypadku historii, uporząd­kowana kolejność." Dodajmy, że podobnie wygląda to w przypadku opowieści nostal­gicznych, które wszystko, co wartościowe i piękne, lokują w przeszłości niedostępnej inaczej niż za pośrednictwem wspomnień. Stąd zapewne łączenie nostalgii na przykład za Peerelem z rzekomą mitycznością jego przedstawień.

Legnickie opowieści, podobnie jak cie­szące się zainteresowaniem rozmaite świa­dectwa wojenne czy wspomnienia Peerelu, traktowane jako budulec naszej tożsa­mości, przypominają kolejne wersje mitu, o których Levi-Strauss pisał, że są równo­prawne; "nie istnieje wersja p r a w d z i w a, której inne byłyby kopiami bądź znie­kształconymi odbiciami. Wszystkie wersje należą do mitu" - czytamy w "Antropolo­gii strukturalnej". Mit ciągle opowiadany przybiera nowe kształty, gubi niektóre zna­czenia, wzbogacając się o inne. "Jeśli praw­dą jest, że celem mitu jest dostarczenie lo­gicznego modelu rozwiązywania sprzecz­ności (co jest zadaniem niewykonalnym, jeśli sprzeczność jest rzeczywista), to po­jawia się teoretycznie nieskończona ilość warstw, z których każda różni się nieco od poprzedniej" - zauważa dalej Levi-Strauss. Niemożliwa z założenia mediatyzacja mię­dzy sprzecznościami pojawia się w wyni­ku ciągłego ponawiania opowieści, podej­mowania prób wyrażenia tego, czego de facto wyrazić się nie da. Chodzi tu bowiem o wskazane przez Kołakowskiego uporczy­we krążenie słowa wokół nieosiągalnego "ośrodka mitycznej intuicji", bez szansy na dotarcie do celu. Mediatyzacja, o której mówi Levi-Strauss, jest możliwa pod wa­runkiem że ów mit jest żywy dla społecz­ności, żywy - znaczy opowiadany, mimo że nie dostarcza żadnych nowych informacji.

Czym jednak w legnickich opowie­ściach są owe sprzeczności poddawane mediatyzacji? Hayden White pisze o nich w odniesieniu do pracy historyka, którego najważniejszym społecznym zadaniem Jest nie tyle ustalenie prawdziwej wersji prze­szłych wydarzeń, ile pośredniczenie między tym, co naukowa relacja o przeszłości może nam zgodnie z prawdą o tej przeszłości po­wiedzieć, a tym, co pamięć, działając pod presją nakazów moralnych, domaga się, by o niej powiedzieć". Wydaje się, że podobnego zadania podjęli się autorzy opowieści o Legnicy, mieście symbolizującym dwudziestowieczną destrukcję kraju, na której, choć to konieczne, trudno dziś osadzić po­czucie własnej tożsamości. Trzeba więc mediatyzować między dwoma biegunami: pierwszy z nich znaczy pustkę, brak, prze­strzenne, czasowe, językowe zerwanie, któ­rych znakami są zdewastowane poniemiec­kie domy, zniszczone radzieckie koszary, porzucone groby; konsekwencją zaś - po­czucie bezsensu i krzywdy. Na drugim bie­gunie sytuuje się potrzeba ciągłości, przy­rastania wartości, nakładania się znaków tradycji, nawarstwiania doświadczeń, zna­czeń. Mediatyzacja zachodzi tu więc mię­dzy realną destrukcją a potrzebą wzrostu, rozwoju kulturowego. Tworzenie pomostu między takimi biegunami jest właśnie sen­sem tych opowieści. Pamiętajmy jednak, że rzeczywista mediatyzacja między dwiema sprzecznościami jest po prostu niemożliwa. Chodzi tu raczej o to, by ciągle ten pomost przerzucać, wciąż opowiadać i wysłuchiwać relacji, aby bez końca gonić króliczka, któ­ry nigdy nie da się schwytać.

W świetle tych rozpoznań ujawnia się głęboka nieadekwatność formułowanego często wobec sztuki postulatu odsłaniania czy potwierdzania prawdy historycznej. Możemy jedynie poddać się tęsknocie, by za pomocą słów lub gestów przywołać mi­nioną rzeczywistość. Stąd to wsłuchiwanie się w głosy świadków, stąd pęczniejące zbiory rozmaitych relacji osobistych. "Nie ma tu prawdy absolutnej i niepodważalne­go źródła" - pisze Robert Urbański we wstępie do zbioru wspomnień legniczan. Nikomu to jednak nie przeszkadza. Wie­rzymy bowiem, że opowiadający nie mają zamiaru nas oszukiwać. Zawierają z nami, odbiorcami ich świadectw, pakt, zgodnie z którym zobowiązują się do mówienia prawdy. Wiemy jednak, że zawsze będzie to tylko jej część, ten fragment, którego do­świadczył relacjonujący.

"Wspomnienia nie są ani kompletne, ani niezapośredniczone" - zauważa Kirsten Hastrup i podkreśla rolę procesu, na który już dawno zwrócił uwagę Maurice Halbwachs w swojej pracy "Społeczne ramy pamięci". Chodzi mianowicie o to, że na kształt wspo­mnień ogromny wpływ ma sytuacja, w któ­rej się je snuje. Dotyczy to oczywiście rów­nież relacji świadków i, paradoksalnie, przy­bliża je przez to do opowieści mitycznych. Ich odmienność nie jest bowiem aż tak skraj­na, jak początkowo nam się wydawało. Również mit tylko pozornie trwa w skost­niałej, niezmiennej formie. Jest on wciąż ak­tualizowany przez zespoloną nim społeczność, dzięki czemu zawsze odnosi się do spraw dla niej żywotnych. Tylko dlatego możliwe jest trwanie "ludów zimnych", opierających się zmianom. "Zbiorowa nie­świadomość przystosowuje wspomnienie do zmieniających się przedstawień; rzeczywi­ście, by pozostać żywym, mit musi się od­nawiać, pozostając jednocześnie niezmienionym, a nawet aczasowym w potocznym wyobrażeniu" - zauważa Kirsten Hastrup, nazywając to zjawisko reinterpretacją, której podlegają również relacje "lu­dów gorących", utrwalone przez nie w piśmie. Ich auten­tyczność i niezmien­ność jest w takim sa­mym stopniu praw­dziwa lub fikcyjna, jak prawdziwy lub fał­szywy jest mit. Oba te sposoby przedstawia­nia przeszłości podle­gają zmieniającym się tradycjom.

"Pamięć o prze­szłości jest decydują­ca dla naszego poczucia tożsamości" - podkreśla Kirsten Hastrup. "Amnezja niszczy pojęcie ja i ogo­łaca ze znaczenia wszelkie działanie. Twier­dzenie to stosuje się w równym stopniu do jednostek, jak i kultur. [...] Nawet jeśli pa­mięć niezauważalnie zmienia przeszłość, służy ona za stałą ramę odniesień dla teraźniejszości, bez której nie można osza­cować znaczenia życia." To dlatego Wiera, bohaterka scenariusza Waldemara Krzystka, wraca do Legnicy w poszukiwaniu śla­dów znienawidzonej przeszłości. O swojej matce dowiaduje się od pochylonej nad jej grobem swojej polskiej rówieśnicy: "Ona się zabiła z miłości. Dokładnie nie wiem dlaczego, bo to było za komuny i dzisiaj mało co można z tego normalnie zrozu­mieć" - wyjaśnia młoda kobieta. Tak oto niedawna historia, która umieściła radziec­kie wojsko w świeżo odzyskanym przez Polskę zachodnim mieście, dziś przegląda się w micie o tragicznej miłości nieszczę­śliwych kochanków. Tylko w takiej właśnie formie możliwa jest do przyswojenia. Nor­malnie tego się nie da zrozumieć.

(Justyna Kowalska-Leder, "Przeszłość, z którą da się żyć", Miesięcznik Dialog, nr 10/2003)