Dawno już chyba wokół jednego spektaklu nie było tyle szumu i krańcowo sprzecznych opinii. Ponad rok od premiery gorące w tonie dyskusje wciąż trwają. A przecież nie jest to kolejna premiera "Dziadów". "Ballada o Zakaczawiu" zdobyła w mijającym roku ważne nagrody: pierwsze miejsce w VII Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, nagrodę im. Konrada Swinarskiego za reżyserię dla Jac­ka Głomba. Należy się spodziewać, że emisja telewizyjnej wer­sji przedstawienia podtrzyma to zainteresowanie. Pisała Małgorzata Wilczewska w Didaskaliach.


Spektakl uznano za głos w dyskusji o ważnych problemach społecznych. Ci, którym "Ballada..." się podoba, chwalą: oto pięć­dziesiąt lat naszej powojennej historii przełożonej na doświad­czenia lokalnej, legnickiej społeczności. Oto odmalowane z uczu­ciem życie, o jakim kapitalistyczna współczesność chętnie by zapomniała: biedne życie robotników i złodziei, życie dzielnicy wyklętej, podobnej do tych, jakie istnieją na obrzeżach każdego dużego miasta. Przeciwnicy oskarżają "Balladę..." o ckliwy senty­mentalizm. Jaki więc jest ten spektakl, czy istotnie dotyka histo­rii, rzeczywistości i co o nich mówi?

Zacząć chyba trzeba od miejsca, w którym przedstawienie powstało - tak mocno wyrasta ono z lokalnych uwarunkowań, więcej, jest konsekwencją pewnego pomysłu na teatr.

Działalność Teatru Modrzejewskiej w paru istotnych punk­tach odbiega od schematu egzystowania placówek kulturalnych w niedużych miastach, z którymi nieodmiennie kojarzy się ma­razm i bezruch. Jeśli Legnica jest dziś wyrazistym punktem na teatralnej mapie Polski, nie stało się to tylko dzięki "Balladzie..." Od paru lat zwyczajem teatru jest realizowanie przedstawień w różnych częściach miasta, przeważnie w budynkach, które mają pieczęć historii, niekoniecznie tej najdawniejszej. I tak "Pa­sja to jest historia Męki, Śmierci i Zmartwychwstania (...) Jezusa

Chrystusa" grana była w kościele ewangelicko-augsburskim, "Zły" według Tyrmanda - w nieczynnej hali fabrycznej, "Koriolan" - w koszarach Armii Radzieckiej. Najnowsza premiera, "Hamlet", miała miejsce w porzuconym i odrapanym budynku Wojewódz­kiego Domu Kultury, który służył legniczanom jeszcze całkiem niedawno. Legnica wiele ma takich miejsc: niechcianych, nie­wygodnych - mówił wielokrotnie dyrektor teatru Jacek Głomb.

Również w samym wyborze dramatów, a bardziej jeszcze w sposobie ich interpretowania, da się zauważyć pewną linię. Najkrótszym określeniem byłaby może pasja historyczna, predylekcja do pokazywania człowieka w obliczu dylematów wła­dzy i w ważnych momentach życia społeczeństw - nieważne, czy narzędziem do tego będzie tekst współczesny, czy Szekspir. Ostatnio zrealizowany "Hamlet" potwierdza tę obserwację.

"Teatr zaangażowany w rzeczywistość" jest nie tylko arty­stycznym wyborem, ale w pewnym sensie koniecznością. Ko­lejne premiery składają się na "być albo nie być" teatru oraz - w jakimś stopniu - miasta, które straciło status stolicy woje­wództwa. Pomysł na teatr okazał się skuteczny - najlepszy do­wód to opinie mieszkańców miasta, którzy lubią swój teatr i uwa­żają go za instytucję ważną i prężnie działającą.

Nic więc dziwnego, że w jednym ze spektakli miasto stało się bohaterem. Bohater ten przemawia głosem miejscowych le­gend i opowieści, na jego losy składają się losy poszczególnych mieszkańców i anegdoty z nimi związane. Materiał, z którego powstał scenariusz "Ballady o Zakaczawiu" autorstwa Macieja Kowalewskiego, Krzysztofa Kopki i Jacka Głomba, został ze­brany podczas spotkania z mieszkańcami dzielnicy. To jeden z powodów, dla którego widzowie odbierają spektakl bardzo osobiście.

Stary, zdewastowany budynek dawnego kina "Kolejarz" jest sercem legnickiej dzielnicy Zakaczawie. Na dawno opustoszałej widowni zasiadają (jak ongiś) legniczanie, by uczestniczyć w se­ansie pamięci swego miasta. A zaczyna się on, jak kiedyś w ki­nie, urywkami autentycznej kroniki filmowej. Przed oczami wi­dzów przesuwają się epizody końca wojny: ulicami wśród gru­zów maszerują zaprzyjaźnione wojska, ludzie uśmiechają się, w mieście zaczyna się zwyczajne życie. Obrazki migają jak w ka­lejdoskopie.

To na pewno ważny spektakl dla lokalnej społeczności. Rów­nież dla osób niezwiązanych z Legnicą mogłaby mieć "Balla­da..." siłę prawie że dokumentu, siłę prawdziwej historii. Mogłaby - ale nie ma. Pozostaje na poziomie sentymentalnej, trochę strasznej, trochę zabawnej opowieści.

Sporo było zakaczawskich bohaterów-legend. W spektaklu ich losy połączono w biografiach kilku postaci: "złotych mło­dzieńców", zajmujących się wszystkim i niczym (głównie złodziejstwem), miejscowych prominentów, milicjantów, ludzi przedmieścia. Szczególnie losy Benka Cygana (Przemysław Bluszcz) mają się stać symbolem dziejów Zakaczawia. Jeśli jest tu jakaś fabuła, to traktowana z przymrużeniem oka, kojarząca się z ironiczną czarną komedią albo melodramatem. Niestety, nawet uwzględniając reguły tych gatunków, trudno nie zauwa­żyć słabości przedstawienia, od scenariuszowych poczynając, na reżyserskich kończąc.

Benka poznajemy we wczesnej epoce stalinizmu jako mło­dego gangstera zdobywającego szlify zawodowe. Z założenia­mi i spektakularnymi osiągnięciami lwowskiej szkoły kieszonkowców zapoznaje go repatriant ze Lwowa Tońko Kulka (Bog­dan Grzeszczuk) udowadniając, że nie tylko znana matema­tyczna szkoła rozsławiła jego miasto. Historia Benka i jego kolegów składa się właściwie głównie z takich, mniej lub bardziej śmiesznych, anegdot i ciągnie się przez całe powojenne pięć­dziesięciolecie. Publiczność ogląda mecz bokserski (żołnierze radzieccy kontra miejscowe cwaniaki), pojedynek pijaczka Ca­sablanki (mistrza szachowego) z posterunkowym MO, miejsco­we romanse, śluby, bijatyki.

Czas upływa, bohaterowie zaś wydają się zanurzeni w mi­tycznej bezczasowości. Pragnienie, by pokazać powojenną hi­storię Zakaczawia poprzez pryzmat kilku biografii, doprowadza do kilku niedorzeczności. Na postaciach nie widać mijających lat. Zmieniają się fakty dotyczące ich życia, ale wygląd i zacho­wanie pozostają te same. Benek, nie bacząc na swój potencjal­ny wiek, przeżywa w latach osiemdziesiątych swój pierwszy romans, żeni się i zostaje ojcem. Sympatyczna kapral Halina Gniazdko (Gabriela Fabian), której początki kariery w milicji obserwujemy w pierwszych scenach spektaklu (lata pięćdzie­siąte), pod koniec (późne osiemdziesiąte) wygląda równie kwit­nąco i zachowuje się równie naiwnie. Takich przykładów moż­na wymienić więcej.

Filmowa niemal liczba epizodów przedstawienia wiąże się z wielością miejsc akcji. W olbrzymiej kinowej hali pomiesz­czono całą dzielnicę: na prawo w głębi bar i wysokie stołki (wnętrze knajpy), na lewo portret Lenina nad biurkiem (komi­sariat milicji). Kino "Kolejarz" raz jest kinem - za naszymi pleca­mi Benek ze swą bandą komentuje głośno seans filmowy; raz znów ulicą, na której pojedynkują się miejscowe gangi. Pomysł ten sprawdza się tylko częściowo. Niektórym scenom, czy se­kwencjom brak bliskości obrazu, jaką daje filmowa kamera; odległość i teatralna ekspresja pozbawia je charakteru.

Ballada... balansuje między realizmem a umownością, ogól­nością a konkretem. Poszczególne elementy tworzą dysonanse, wywołując wrażenie niezdecydowania. Wyraźny, rodzajowy styl gry niemiło kontrastuje z dialogami, które już w pobieżnej ana­lizie "na słuch" wydają się brzmieć fałszywie. Ich wypowiedzi są nienaturalne, daleko im do żywej mowy ulicy. Teksty grzeszą też dosłownością, jak na przykład ta rozmowa między Benkiem a jego siostrą, mająca ilustrować odwieczne okrucieństwo ko­nieczności wyboru między racją serca a obowiązkiem patrio­tycznym: " - on jest Rosjaninem! / - a ja w nim widzę Lowę... / - a ja w nim widzę Rosjanina!".

Szkoda, gdyż zespół legnicki na ogół dobrze wywiązuje się ze swoich zadań. Słusznie doceniony i nagrodzony został za swą kreację Przemysław Bluszcz, warto też wyróżnić Małgorza­tę Urbańską za rolę Tierieszkowej, major KGB.

Z Ballady... najlepiej pamięta się poszczególne obrazki. Opowiastki te są trochę jak ze starych filmów: poczciwe, naiw­ne, wywołują śmiech, choć ich humor czasami trąci myszką. Stanowią największą siłę spektaklu, ale, paradoksalnie, decydu­ją również o jego słabości. Niektóre z nich maja dobre tempo, iskrzą dowcipem, zaskakują pointą. Inne są nudne i sztuczne, jeszcze inne tak epizodyczne, że niepotrzebne. Epizody, drob­nostki, rozsadzają spektakl, ich materia życiowa często jest zbyt wątła.

Dodanie całemu spektaklowi narratora w osobie niby uczest­niczki zdarzeń Janiny Dębówny (Katarzyna Dworak), taksówkarki oraz fotografki-hobbystki, również dowodzi słabości scenariusza. W spektaklu Głomba narratorka stanowi wygodny sposób na zapchanie scenariuszowych dziur. To, co samo z sie­bie nie tworzyłoby historii, nie układałoby się w logiczną ca­łość, zostało opatrzone odpowiednimi informacjami o upływie czasu, zmianie sytuacji i uwarunkowań. Wygląda to tak, jakby na parę scen brakło twórcom pomysłu. Jednocześnie narratorka opatruje niektóre sceny komentarzem, który często brzmi jak najgorsza łopatologia. W rezultacie wiele w spektaklu tautolo­gii, niepotrzebnego gadania, i z pewnością za dużo dydaktyki, co prawda przewrotnej - wszak pozytywnymi bohaterami są złodzieje - ale jednak. Poszczególnym sekwencjom brak siły dramatycznej, a już na pewno brak jej całości przedstawienia. Zbyt dużo zdarzeń, nawet jak na sentymentalną opowieść, daje się z góry przewidzieć, i właściwie momentami na widowni jest nudno.

Spektakl pointuje wyraźny symboliczny i konsolacyjny ak­cent. Przy dużym stole gromadzą się bohaterowie przedstawie­nia, aby wspominać wszystkich prawdziwych mieszkańców dzielnicy. Źli zostają potępieni - niewierna żona Benka, która zdradziła go wyjeżdżając na Zachód, nie zostaje przyjęta do grona biesiadników - inni zachowują łaskawą pamięć. Wspólnota feruje moralne wyroki - dawni bohaterowie, choć zbóje, są dobrzy, ci, co przyszli po nich, są już źli. Proste, jak to w bal­ladzie.

Legnicki seans pamięci dobiega końca. Dla samych legni-czan ma on znaczenie emocjonalne i marketingowe zarazem. Gra na dość powszechnym ludzkim sentymencie do "dawnych, dobrych czasów". Przeszłość jest w Balladzie... świadomie ide­alizowana i pokazywana w perspektywie jednowymiarowej. Brak spektaklowi dystansu, z którego można zadawać pytania o prawdziwe przyczyny wielu zdarzeń. Aluzje łączące miejsco­we dzieje z szerszą, ogólnopolską perspektywą, z losami naro­du (jak na przykład cytowanie Popiołu i diamentu w zakończe­niu) niczego nie dowodzą; widać bowiem, jak bardzo na siłę są wmontowane. Dlaczego dziś dzielnica Zakaczawie jest trakto­wana po macoszemu, dlaczego niszczeje, dlaczego świat, w któ­rym nawet bandyci mają zasady, odszedł w niepamięć? Ballada o Zakaczawiu nie tyle nie daje odpowiedzi, co nawet nie pró­buje stawiać tych pytań. Pokazuje tylko barwne obrazki, miłe, ale obrazki.

Z Legnicy wyjeżdża się z niepokojącą ambiwalencją uczuć. Trudno zaliczyć przedstawienie do artystycznych przeżyć, lecz trudno nie mieć szacunku do przedsięwzięcia tak odmiennego od standardowych propozycji innych teatrów. Trudno nie za­uważyć zaangażowania i wiary, z jaką teatr jest w Legnicy ro­biony, i sympatii, z jaką jest odbierany.

Jacek Głomb mówi, że tylko teatr zmieniający rzeczywistość go interesuje. Jest w tym coś z siły manifestów niegdysiejszej alternatywy. Dlatego być może inicjatywa Głomba została natychmiast i entuzjastycznie podchwycona przez środowisko te­atralne (a raczej część tego środowiska), od dawna biadającą na to, że teatr zamyka się na rzeczywistość i zostawia ją "nie przed­stawioną". Przykład Ballady o Zakaczawiu pokazuje jednak, że wykształcenie teatralnego języka do mówienia o tej rzeczywi­stości nie jest procesem łatwym.

(Małgorzata Wilczewska, "Ballada o pewnym teatrze i o jednym przedstawieniu", Didaskalia, nr 46/2001)