Na scenę legnickiego Teatru Dramatycznego, a tak napraw­dę na scenę nieistniejącego od 20 lat legnickiego kina "Kole­jarz", wróciła "Ballada o Zaka­czawiu". Spektakl premierę miał w październiku zeszłego roku, ale po miesiącu został zawie­szony do wiosny, bo w kinie od dawna nie działa instalacja grzewcza. W miesięczniku Odra pisał Mariusz Urbanek.


"Ballada o Zakaczawiu" to opowieść o złej dzielnicy Leg­nicy, gdzie nikt rozsądny nie zapuszcza się nocą, o jej histo­rii od wczesnych lat pięćdzie­siątych po wielką powódź 1997 roku. Powstała specjalnie dla miejsca nazywanego też czasem Dzielnicą Cudów i dla ludzi w nim żyjących. Scenarzyści ułożyli ją z opowieści samych mieszkańców, choć nie było o to łatwo, bo na Zakaczawiu ciągle jeszcze poważnie traktu­je się policyjny refren, że każde słowo może być wykorzystane przeciwko człowiekowi. - Każ­de miasto ma swoje Zatybrze - mówił dyrektor legnickiego teatru, reżyser i współautor scenariusza, Jacek Głomb.

- Łódź Bałuty, Warszawa Pragę, Wrocław Trójkąt Bermudzki. A Legnica ma Zakaczawie. Żeby zagrać spektakl, teatr musiał uzyskać zgodę i opiekę nieformalnych przy­wódców Dzielnicy.

Bohaterem "Ballady..." miał być najpierw Benek Cygan, który naprawdę miał na imię Gienek. Benek był naprawdę wychowanym przez ulicę Cyga­nem, którego miejsce na ziemi bardzo szybko wyznaczył pierw­szy młodzieńczy wyrok za kra­dzież. W Legnicy znali go wszyscy. Dla jednych był kul­turystą, który rzeźbił mięśnie w siłowni, dla innych bramka­rzem w jedynej w mieście noc­nej dyskotece, dla jeszcze in­nych bandytą, którego należało unikać. Szybko jednak okazało się, że o Gienku nie da się opowiedzieć, nie opowiadając o Zakaczawiu. O złodziejach z Dzielnicy, których uczyli fa­chu słynni kieszonkowcy przy­byli tu ze Lwowa, o meczu bokserskim z Rosjanami ze sta­cjonującej w Legnicy Północ­nej Grupy Wojsk Armii Ra­dzieckiej, o nachalnym komu­nizmie nakładającym się na co­dzienną biedę. Nie da się opowiedzieć bez historii walk i o wszystko pomiędzy ulicami Marchlewskiego a Czarneckiego, bez cieszących się w kinie "Kolejarz" największym powodzeniem filmów o Winnetou, które wyznaczały kanony dzielnicowego honoru, wreszcie bez wielkiej powodzi 1997 roku, kiedy to pijaczki z Zakaczawia uratowały najpierw swoją dziel­nicę, a potem miasto, choć po­łożone bardzo nisko Zakaczawie było skazane na zalanie.

A przede wszystkim nie da się opowiedzieć o Zakaczawiu bez historii kina "Kolejarz", które przez trzydzieści lat było sercem dzielnicy. Tu odbywały się zebrania, tu puszczano fil­my, śpiewała Kalina Jędrusik i Czesław Niemen, działała bi­blioteka i sekcja szachowa, ale przede wszystkim istniała sek­cja bokserska. Na scenie stawał ring, a publiczność rzucała w bokserów pustymi butelkami po wódce. W 1982 roku w "Ko­lejarzu" zagrał koncert Perfect, a potem budynek poszedł do remontu, który nigdy się nie skończył. Wyszabrowane zosta­ło wyposażenie baru, krzesła, ekran. Zostały tylko ściany z osypującym się tynkiem, nie­sprawne ogrzewanie i znane tylko miejscowym tajne wejście, którym można dostać się w przestrzeń poddachową nad główną salą. Po 18 latach, w zniszczonej sali, z której ścian odpada tynk, a lampy dawno rozkradziono, grana jest "Ballada..."

Dzielnica zaangażowała się w "swój" spektakl. O Zakaczawiu opowiadali scenarzystom złodzieje, prokuratorzy, mili­cjanci, ksiądz, dyrektor szkoły, którą kończyli wszyscy, oficer Armii Radzieckiej. Na apel, że­by przynosić rekwizyty, zaczę­to znosić butelki po oranżadzie z porcelanowymi kapslami, trzydziestoletnie syfony, ręka­wice bokserskie typu "grusz­ki", stary rowery, mikrofon, plakaty filmów, które kiedyś były grane w "Kolejarzu". Okazało się przy okazji, że każ­dy ma swoją własną prawdę o Zakaczawiu. Ludzie, którzy dawno uciekli do innych, lep­szych dzielnic, chcą wracać do wspomnień o Dzielnicy.

Dzisiejsza Dzielnica nie cho­dzi do teatru, więc to teatr musiał przyjść do Dzielnicy. Bi­lety dla mieszkańców Zakaczawia były tańsze niż dla pozo­stałej publiczności. Okazało się, że Zakaczawie potrafi to doce­nić.

Skromnymi siłami legnic­kiego teatru (większość akto­rów gra po kilka ról) stworzo­ny został kolejny spektakl, któ­rym Jacek Głomb wyprowadził swoich aktorów z teatralnego pudełka. Po Szekspirze, wysta­wionym na zamkowym dzie­dzińcu, po "Złym" Tyrmanda, granym w fabrycznych halach, powstał spektakl nazwany "Zły II", który błyskawicznie obrósł legendą. Nieco przegadany je­sienią, kiedy nie zdążył się jesz­cze rozkręcić, po wiosennym powrocie stał się bardziej dy­namiczny, spójny, klarowny.

"Ballada..." kończy się pesy­mistycznie. Legenda umarła. Nie ma już dziś starego Zakaczawia. Nie ma złodziejskiego ho­noru, który powodował, że miesz­kańcy dzielnicy czuli się bez­piecznie, nawet mając za sąsia­dów złodziei. Zakaczawie nadal pozostało najgorszą dzielnicą miasta, bo dalej strach przyjść tu po zmroku, tu najłatwiej kupić narkotyki, tu kręci się najciemniejsze interesy. Ale nie ma już na Zakaczawiu roman­tyzmu, choć być może to tylko z perspektywy lat wydaje się, że kiedykolwiek tam był.

(Mariusz Urbanek, "Dzielnica cudów", Miesięcznik Odra, nr 7-8/2001)