Żeby dotrzeć na przedstawienie, trzeba najpierw przejść most na rze­ce Kaczawie, która dzieli Legnicę na dwie nierówne części, ominąć bramy, w których dyżurują młodzi mężczyźni w dresach, przemknąć się przez słabo oświetlone ulice pod odrapaną fasadę ki­na Kolejarz. Tam, w sali, w której ostat­ni film wyświetlono dwadzieścia lat te­mu, legnicki teatr gra od miesiąca "Balladę o Zakaczawiu". Dzięki teatrowi dzielnicowe kino żyje drugim życiem. W Gazecie Wyborczej pisał Roman Pawłowski.


- Wybraliśmy kino Kolejarz, bo to ser­ce Zakaczawia. Przewija się przez wszystkie opowieści i legendy tej dziel­nicy - mówi Jacek Głomb, szef legnic­kiego teatru i reżyser przedstawienia.

Zakaczawie to odpowiednik warszaw­skiej Pragi i łódzkich Bałut, przedmie­ście słynące z niebezpiecznych ulic i szemranych interesów, a zarazem z barwnych anegdot o mieszkających tu ludziach. Jacek Głomb i współautor sce­nariusza Krzysztof Kopka przez wiele miesięcy zbierali autentyczne opowie­ści z Zakaczawia, aby na ich motywach zbudować spektakl. Przed ostateczną redakcją oddali materiał Maciejowi Ko­walewskiemu, aktorowi z Wrocławia, który wszystkiemu dodał dystansu. Po­wstała sztuka, której bohaterem zbiorowym jest cała dzielnica.

Wehikuł czasu

Kiedy na sali gaśnie światło, znikają łuszczące się ściany i dziurawa podło­ga. Zrujnowane kino zmienia się w we­hikuł czasu. Przed moimi oczami prze­wija się jak film pół wieku historii ziem zachodnich: od wojny po powódź 1997 roku. W 1945 roku patrzę na repatrian­tów ze Wschodu, wysypujących się z to­warowych wagonów na bocznicy w Liegnitz. W 1958 roku siedzę na ze­braniu Towarzystwa Miłośników Lwo­wa. W 1963 roku oglądam z bohatera­mi w nowym kinie Polską Kronikę Fil­mową. Cztery lata później jestem na meczu bokserskim między reprezenta­cją miasta i radzieckiego garnizonu. Ki­bicuję Benkowi Cyganowi, który wal­czy z szeregowcem Lową w wadze lekkopółśredniej.

Przez zaimprowizowaną scenę przewi­ja się ludzki kalejdoskop: złodzieje, ich kochanki, towarzysze partyjni, funkcjo­nariusze Milicji Obywatelskiej, żołnie­rze z radzieckiego garnizonu, sportowcy, Cyganie, Rosjanie, Niemcy, Polacy. Nie słyszałem jeszcze w polskim teatrze tylu języków i akcentów naraz: oprócz polskiego brzmi tu gwara śląska, rosyj­ski oraz łamana ruszczyzna, za pomocą której Polacy załatwiają interesy z żoł­nierzami. Jest też gwara lwowska, którą mówią repatrianci, a także pojedyncze niemieckie słowa, które wtrąca jeden z bohaterów, emerytowany kościelny z parafii ewangelickiej. Autorzy "Balla­dy" zamknęli w języku pół wieku powo­jennej historii ziem zachodnich.

Jackowi Głombowi udało się uchwy­cić w "Balladzie" duch miejsca. To uko­ronowanie jego doświadczeń ze spek­taklami w przestrzeni miasta, po "Złym" Tyrmanda, granym w dawnej fabryce czołgów, i "Koriolanie", wysta­wionym w koszarach Armii Radziec­kiej. Stare kino gra tu samo siebie i kie­dy operator na balkonie włącza projek­tor z Polską Kroniką Filmową, w mgnieniu oka przenosimy się o pół wieku wstecz. Zachwyca dbałość o szczegóły: bohaterowie nie tylko pi­ją charakterystyczne dla każdej epoki napoje (siwucha w latach 50., peweksowskie "żyto" w 80. i eksportowe bu­telki z uchem w 90.), ale także palą ory­ginalne radzieckie papierosy z oryginal­nej radzieckiej papierośnicy w kształ­cie biblioteczki z dziełami klasyków. Zachwyca muzyka Bartka Straburzyń­skiego, który w dźwiękach akordeonu uchwycił klimat przedmieścia. Dzięki filmowemu montażowi trzy godziny przedstawienia mijają jak ekscytujący seans, podczas którego nie ma czasu spojrzeć na zegarek. Aktorzy uwijają się jak diabły w piekle, nie gubiąc przy tym uczuć i sensów. Bardzo dobrzy są Przemysław Bluszcz jako Benek, gang­ster i sportowiec, i Katarzyna Dworak jako Janina Dębówna, narratorka przed­stawienia, taksówkarka z Bytomia.

Utracony raj

Ale spektakl legnicki opowiada nie tyl­ko o dzielnicy jednego z miast na zie­miach zachodnich, ale o każdym przed­mieściu, gdzie na marginesie wielkiej hi­storii ludzie rodzą się, kochają i umiera­ją. Opowieść ta nie jest pozbawiona ckli­wych wzruszeń, jak to w balladzie bywa. Romans głównego bohatera, gangstera Benka, Cygana, ze striptizerką mógłby stać się kanwą literatury pociągowej, podobnie jak zakończona tragicznym fina­łem miłość radzieckiego szeregowca do dziewczyny z piekarni. Tym melodramatycznym historiom autorzy scenariusza nadali jednak rangę uniwersalnej opowieści. To "Ballada" o odchodzeniu świata takich wartości, jak honor, lojalność, przyjaźń i wierność. O utraconym raju dzieciństwa. O chłopcach, dla których wzorem na całe życie pozostał Winnetou, bohater NRD-owskich filmów we­dług Karola Maya. Kiedy są już dorosły­mi, zatwardziałymi przestępcami, wciąż zastanawiają się, jak na ich miejscu po­stąpiłby bohaterski wódz Apaczów. W re­welacyjnej ostatniej scenie wszyscy sia­dają do stołu, aby uczestniczyć w stypie po minionym świecie, żywi pospołu z umarłymi. Te wypominki mają siłę współczesnych "Dziadów".

Rzeczywistość skrzeczy

Wieczorem dwie przecznice dalej, w lokalu dawnej restauracji Cygańska, która występuje w spektaklu, odbywa się spotkanie z mieszkańcami Zakacza­wia na temat przyszłości dzielnicy. Z sa­li płyną gorzkie słowa: dzielnica dogo­rywa, nieremontowane od wojny kamie­nice umierają jedna po drugiej, straszy nieczynne kino. Legnica tak jak Polska dzieli się na lepszą i gorszą. W tej lep­szej powstają sklepy, domy kultury i place zabaw, tę gorszą władze pozo­stawiły własnemu losowi.

Jedynym wyremontowanym lokalem na Zakaczawiu jest stołówka charyta­tywna, którą w dawnej restauracji otwo­rzył ksiądz Jan Mateusz Gacek. Tam, gdzie przed laty opijali swoje sukcesy bohaterowie "Ballady o Zakaczawiu", dzisiaj wydaje się darmowe obiady. Co­dziennie przychodzi tu czterysta osób. To druga strona mitu o Zakaczawiu, "dzielnicy cudów". Ksiądz Gacek uważa "Balladę" za wielki sukces. Do teatru przyszło oprócz ludzi z miasta prawie 200 mieszkańców dzielnicy. Specjalne bilety po 5 złotych kupowali w barze Paradys.

Jest coś symbolicznego w tym, że tą zapomnianą przez wszystkich dzielni­cą zajmują się na spółkę ksiądz i reży­ser teatralny. Jeden karmi darmową zu­pą, drugi - legendą. Kiedy wracam no­cą przez Kaczawę, już nie wiem, która z nich jest strawą materialną, a która du­chową.

(Roman Pawłowski, "Ballada", Gazeta Wyborcza, 3.11.2000)