Performatywne czytanie "Nieba" Białorusina Andreja Kurejczyka w piątkowy wieczór w THM (Teatr Heleny Modrzejewkiej - @KT) – czyli siedmioro aktorów z tekstem w ręku reżyserowanych przez Łukasza Kosa ("Fanny i Aleksander"). Plus światło, muzyka i elektronika. Wszystko zaczyna się od wykonanych po białorusku w mocnym rockowym brzmieniu "Murów" Kaczmarskiego (który ostatnio na tej samej scenie dostaje drugie – i inne życie). Pisze Adam Kowalczyk.

Sam autor z nagrania video zarekomendował swoją sztukę, a następnie Henryk Mazurkiewicz z wrocławskiej diaspory Białorusinów opowiedział jak tam jest. Każdy zresztą z widzów dostał ulotki z garścią informacji o Białorusi przy wejściu. To nie wygląda dobrze. Czwartek jest w Mińsku czarnym dniem – wtedy zaczyna się weekend dla opozycjonistów. Są aresztowani zapobiegawczo, aby nie mogli wyjść na ulicę w sobotę lub niedzielę.

Sama gra, swego rodzaju brudnopis spektaklu, była tego wieczoru atrakcyjnym pokazem tego, co w THM robi się najlepiej – sztuki aktorstwa.

Historia jest stosunkowo prosta – od entuzjazmu i braterstwa w małych przyjemnościach (wódka, zioło i miłostki) po gorycz i osamotnienie. Energiczny Nikita (Paweł Wolak) chce założyć art-klub w Mińsku. Po znalezieniu przewrotnej nazwy "Niebo" (klub ma się mieścić w piwnicy) trzeba jeszcze tylko znaleźć trochę kasy, masę pieczątek. I wsparcie ważnej osoby, co okaże się kluczowe dla przedsięwzięcia.

Wątek przejścia przez morze czerwone białoruskiej biurokracji, znany z wielu innych historii, rozegrano lekko i zabawnie. Choć tak naprawdę spychologia, biurokracja i bezwład urzędników to nic wesołego, jak wiadomo. Potem jest nieco entuzjazmu, bo w "Niebie" bawią się wszyscy i urzędnicy od pieczątek, i rastafarianie. Ale do czasu. Bowiem o dolę z interesu zaczną się upominać ci, którzy podpisywali urzędowe zezwolenia na otwarcie klubu.

Jak zwykle – nieoficjalne żądanie wsparte grzecznymi pogróżkami (urzędnik – Jerzy Górski), oficjalne kontrole organów finansowych i coraz bardziej realna wizja zamknięcia. Do tego rwące się i tak mocno napięte więzi w grupie założycieli (bogaty cynik z nomenklaturowej rodziny Fiedia – Paweł Palcat, dwie panie – zdecydowana i niezdecydowana Oleńka i Lena – Magda Skiba i Małgorzata Urbańska, zagubiony poeta Oleg – Bogdan Grzeszczak i nijaki Wania – Maciej Rabski).

W końcu szef "Nieba" ląduje w mamrze. I tyle. W sumie historia, jakich wiele i kto by oczekiwał, że w ramach solidaryzowania się z Białorusią zobaczy jakieś antyreżimowe dzieło – mógł zawieść się pewnie i znuży (głośne chrapanie w mroku widowni mogłoby być tu dowodem). Jest jednak w tekście "Nieba" pewien niuans wart podkreślenia. Pułapka, w jaką wpaść było łatwo kiedyś i dzisiaj, i tam, i tu.

Kiedy już nic się nie dało już zrobić, by pozyskać wszystkie potrzebne do otwarcia klubu dokumenty i wszystkie sposoby ratunku upadły, Fiedia wykonał telefon do swojej mamy. Ta pociągnęła za sznurki i "Niebo" się otworzyło. Radość trwała rok, złudzenia rozwiewały się pomału, ale trwale. Do Nikity dotarło w końcu, że "Niebo" działa z racji i łaski kaprysu, jaki rozpanoszył się na obrzeżach reżimu, a nie dzięki jego wytrwałości, sprytowi czy organizacyjnym talentom. Żył w przekonaniu, że odniósł sukces i swojej pracy go zawdzięcza, gdy było odwrotnie – wszystko było chimerą władzy, a on sam żył wśród ułud, które uznał za własne Niebo.

Czy to specyfika autorytaryzmu białoruskiego? Albo polskiego, jak chcą niektórzy Niekoniecznie. Jest w "Niebie" Andreja Kurejczyka prawda o pazerności i korupcji, marzeniach i złudzeniach, naiwności i cynizmie – jak wszędzie. I zawsze.

Natomiast nazwanie instytucji nadzorującej "Niebo" NIK-iem albo włożenie w usta zdewociałej urzędniczki słów "Barki" trochę zamazuje białoruskość tej opowieści. I wyłaniające się w ten sposób z "Nieba" majaki, że u nas jest tak samo, bo autorytarna władza zamyka kluby i wsadza do więzień za niezłomne i nienormatywne przekonania – stawiałyby aspirujących do demokratycznych swobód Białorusinów w poważnym kłopocie.

(Adam Kowalczyk, "Niby Niebo", http://www.gazetapiastowska.pl, 27.09.2020)