Zawiadomienie o zbliżającym się ku końcowi okresie dyrektorowania Jacka Głomba w teatrze Modrzejewskiej i tym samym zamiarze przeprowadzenia konkursu na to stanowisko wywołało sporo emocji. Chyba nie mniej niż uprzednie – o nieprzeprowadzeniu konkursu na stanowiska dyrektora legnickiego teatru w 2017 roku. Tym razem jednak, co zrozumiałe, ton i styl komentarzy i opinii na temat decyzji Marszałka jest zupełnie inny. Pisze Adam Kowalczyk.

Natychmiast zaalarmował o tym Akt (@KT - przyp. red) – teatralna gazeta internetowa. To właściwe słowo – alarm. Byli i kolejni w Akcie przytaczani. Najświeższe doniesienie o niepokoju zgłoszone zostało za pośrednictwem TOK.FM w rozmowie Jacka Żakowskiego z Krzysztofem Mieszkowskim.

Były dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu wystosował do Marszałka list z apelem o nieprzeprowadzenie konkursu – eo ipso pozostawienie Jacka Głomba na dyrektorskim fotelu. Posłużył się w nim najpierw przytykiem ("nie rozumie pan teatru oraz specyfiki zarządzania taką instytucją kultury"), a następnie przeszedł do insynuacji ("zamierza się Pan pozbyć wybitnego artysty"), aby w końcu przygwoździć serią sztychów w postaci tytułów-wizytówek Dolnego Śląska. Niestety, wymienił także "Hymn narodowy", do którego Modrzejewska w całości wynajęła się bardzo bez namysłu, choć, jak czytamy w zielonym Dialogu, ten tekst ulegał dużym zmianom, gdyż aktorzy nie chcieli brać udziału w projekcie, "który będzie przede wszystkim manifestacją polityczną" (Paweł Wolak). Bardzo ciekawe, z czym przybył do Legnicy Przemysław Wojcieszek i co tam zmieniono, skoro wyszło właśnie to coś, co można było zobaczyć. I na co, litości – powołał się Krzysztof Mieszkowski.

Ale nie o to. Argumentacja posła Mieszkowskiego mogłaby być ostrożniejsza. Nie tylko zresztą w doborze exemplów. W rozmowie z Jackiem Żakowskim, o ile ją zrozumiałem należycie, doszło do rozumowania, które dałoby się chyba streścić następującymi słowami: "Przeprowadzenie konkursu to zamach na demokratycznie zawarowane wolności". Jacek Głomb więc, jak należy rozumieć – dyrektorem Modrzejewskiej musi pozostać dożywotnio, a Marszałek nie może wykonywać prawa, inaczej, ogłaszając konkurs, okaże się światopoglądowo po linii partii rządzącej – czyli wyjdzie na siepacza na usługach tyrana z Nowogrodzkiej.

Ile w tym "Liście otwartym w sprawie konkursu na dyrektora Teatru im. Heleny Modrzejewskiej" jest żalu nad własnym – pozornie podobnym z powodu pozbywania się – losem eksdyrektora Teatru Polskiego – nietrudno odgadnąć. Jest różnica jednak między Jackiem Głombem i Krzysztofem Mieszkowskim. O firmie tego pierwszego z powodu nieprzeprowadzenia konkursu w 2017 roku pisało się, że "dokumentacja finansowa tej jednostki prowadzona jest wzorowo, a od kilku lat bilans instytucji zamyka się na plusie". Albo: "jest też jedną z nielicznych na Dolnym Śląsku instytucji kultury, która nie ma długów".

Dyrektor Jacek Głomb w opublikowanym na YT seminarium z 22 marca 2018 roku podkreślał przychylność organizatora – to jest Urząd Marszałka. A prowadząca seminarium, stojąc na scenie obok dyrektora Głomba stwierdziła: "Instytucje artystyczne są lokalne. Jako organizatora mają samorządy". Kropka. Seminarium to miało temat: "Rola teatru w budowaniu społeczności lokalnej".

Samozwańcza rodzina Modrzejewskiej, zdaje się, objawia silny lęk, że rodzinna firma może wymknąć się jej z rąk. I że wpływ na budowanie tej specyficznej społeczności lokalnej mógłby się zmniejszyć. Albo ustać, co gorsza. Możemy być w niedalekiej przyszłości świadkami ciekawych wydarzeń z teatrem w ich centrum. Jak zwykle.

Ale skoro Jacek Głomb deklaruje w liście do pracowników Teatru Modrzejewskiej, że do konkursu może przystąpić – konkurs może się okazać papierowym tygrysem i wszyscy wyjdą z tej sytuacji zwycięsko – i Marszałek, i Jacek Głomb, i Teatr im. Heleny Modrzejewskiej, i może nawet lokalna społeczność. Do następnego razu.

(Adam Kowalczyk, "Papierowy tygrys", http://www.gazetapiastowska.pl, 6.09.2020)