Zamek legnicki, którym włada dolnośląski marszałek stał się w ten czas sceną dla Teatru Modrzejewskiej – tegoż marszałka podopiecznego. Tu więc się ostatnio rozegrały widowiska o Henryku (Karlińskim) i "Wdowie Schadenfreude". Mitotwórcza rola, jaką przypisuje sobie Modrzejewska realizacjami takimi jak "Ballada o Zakaczawiu", "Człowiek na moście" czy "Skarb…" prowadzi do wytwarzania jakiejś nieprawdy, jaką zwykle sztuka jest, lecz te – ciążą ku sztuczności. Pisze Adam Kowalczyk.

Widownia trochę jak na trybunach US Open głowami obracać musiała – od lewej, ku prawej, bo spektakle rozmach wzięły na całą szerokość dziedzińca. To uwaga co do kształtu. Co zaś do treści – byłyby to swego rodzaju seanse wywoływania duchów. Zamkowi duchy – jak psu zupa, więc wszystko jakby się klei. Ale tylko – jakby.

O realizacji propozycji Roberta Urbańskiego raczej bez entuzjazmu pisał zaraz po premierze w 2016 roku Leszek Pułka i z wieloma jego ówczesnymi stwierdzeniami nie można i obecnie się nie zgodzić. Że scenografia nie sprzyja aktorom – jak rampa, którą wkraczają do gry i opuszczają ją rakiem, a przez to lękliwie (A tam dobry kawał z góry!), bo w tych kieckach starodawnych uplątać się łatwo i kłopot gotowy. Toteż i figury tanga Żony gospodarza (Ewa Galusińska) – takie ostrożne, jakby dopiero się do nich przymierzała przy drążku przed lustrem. Jak rekwizyty – pistolety, które strzelają, kiedy chcą – albo wcale, kiedy trzeba. I na chybotliwych podestach więcej uwagi poświęcić trzeba, aby nie spaść, i mniej jej na słowa wystarcza, więc z Wielkiej Niedźwiedzicy (Ursa maior) robi się Utra maior w pamiętniku absolwentki Uniwersytetu Jana Kazimierza (Magda Skiba).

Inna (widoczna także w "Człowieku…") uwierająca dotkliwie właściwość "Skarbu…" to dziwnie prowadzone postacie. Damska część zespołu jeszcze wytwarza coś na kształt możliwego magla, ale tylko na kształt. Bo trudno uwierzyć, że te wszystkie krewkie panie nie skoczyłyby sobie do oczu i nie wzięły za fryzury w sytuacji wspomnień tamtych wielkich chuci i pokus, jakimi były domniemany skarb i rzeczywisty Bronek. I że ich temperamenty tak hamowała sytuacja show w TV (bo nie prowadząca je bezradna Redaktor (Gabriela Fabian) przecież). Od biedy można by dać temu wiarę. Choć, może gdyby okazały sobie mniej rezerwy, studio ożywiłoby się. Może.

Ale panowie, o których wspomniany Leszek Pułka napisał przed czterema laty: "Paweł Wolak, Paweł Palcat i Bogdan Grzeszczak – powinni o swoich słabych rolach prędko zapomnieć" – nie zapomnieli. Można pomyśleć, że przyjęto założenie, że widza należy zwolnić z wszelkiego, najmniejszego wysiłku i w dodatku koniecznie, ale to koniecznie go rozbawić, dlatego już w tekście (dramaturg), a potem na scenie (aktorzy) widzimy karykaturalnie przerysowane postacie. Nie charaktery, lecz stereotypy: figury gadatliwego i niekoniecznie rozgarniętego listonosza (Paweł Wolak), tępawego Ruska w uszance (Rafał Cieluch), pantoflarza-Gospodarza (Bogdan Grzeszczak) albo wywałaszonego oprycha (Paweł Palcat).

Czy "Skarb…" to studium ludzkich pożądań, czy rozprawa z mediami i ich nieusuwalną skłonnością do deprawowania ludzi, czy zaduma nad tym, jak historia miażdży jednostkę i jej pamięć, portret zbiorowości, próba uchwycenia ducha czasów, genius loci, czy wywoływanie ducha Bronka M.? Czy wszystko z wszystkim – swawolenie bez formy, by dać aktorom okazję do pokazania warsztatu?

Ostatnia pieśń "Skarbu…", której nie zapamiętałem dokładnie, poucza w refrenie, że każde spojrzenie odkrywa w rzeczywistości świata jakiś znak. Jest ich więc wiele i trudno ustalić, czy zachowuje się między nimi jakaś hierarchia. Zdaje się, że nie. Chyba jakoś tak to było? Prawda więc o Bronku ustalić się nie dała, bo opowieści gmatwały się, bohater, zdaje się, żadnym bohaterem nie był. A i skarb okazał się zaledwie wymysłem skundlonego podwórka. Same więc złudy i pałuby.

Mitotwórcza rola, jaką przypisuje sobie Modrzejewska realizacjami takimi jak "Ballada o Zakaczawiu", "Człowiek na moście" czy "Skarb…" prowadzi do wytwarzania jakiejś nieprawdy, jaką zwykle sztuka jest, lecz te – ciążą ku sztuczności. Niespisaną wciąż w jakiś epicki wolumin historię powojennej Legnicy zastępują jej substytuty. Na dodatek są nieznośnie wesołkowate, choć lekkość bytu, jak pokazał Milan K. – goryczą obficie zaprawiana jest. Ducha bohatera, który nie istniał, wywołać się nie da. Ani go zsyntezować teatrem.

Żył kiedyś w Legnicy gość malowniczy bardzo. Pozostaje dla mnie tajemnicą, choć był prawdziwy. Lata temu – siedemdziesiąte i wcześniej. Niewysoki, niepozorny – mały wręcz. Zawsze z pełnymi książek wielkimi teczkami ściągniętymi paskiem zapiętym na ostatnią dziurkę. Mimo istnienia kilku księgarń w mieście – pod dworcem, w Rynku, na Złotoryjskiej, latał po mieście z tymi rozepchanymi tekami i udręczeniem na twarzy, bo wiadomo, jak ciężkie są książki. Właściwiej byłoby powiedzieć – przemykał. Z powodu niewielkiej postury oraz nierzucającego się w oczy ubioru niełatwo było go zauważyć. Kolporter. Wchodził do biur, szkół, odwiedzał umówione adresy, przynosił to, czego w legnickich księgarniach nie można było dostać. Wiadomo – prowincja. Zaopatrywał prywatne osoby – lekarzy, dyrektorów. Pamiętam zszarzały démodé płaszcz, chyba kapelusz. Ściszony głos i ostrożnie wyjmowane z teczek nowiutkie książki.

Bym zamówił o nim opowieść. Tak jak deklarował swego czasu manifest teatru – z początkiem i końcem. A z tym końcem – z oczyszczającym wzruszeniem. Nie o jakiejś hybrydzie Indianina z kulturystą czy artystycznej figurze artysty-wiecznego tułacza, i nie duchu, ale prawdziwym człowieku. Stąd.

(Adam Kowalczyk, "Wywoływanie duchów", http://www.gazetapiastowska.pl, 1.09.2020)