- Wierzę, że świat wróci do normy, ale jeśli pandemia wróci, będzie to problem nie tylko dla nas, ale dla całego państwa. Nie ma co ukrywać, że od teatru ważniejsi są ludzie, którzy chorują, umierają. I moje precyzyjne plany mogą okazać się niewiele warte, jeśli zgodnie z obawami ministra zdrowia jesienią będziemy mieli powtórkę z koronawirusa - mówi szef legnickiego teatru Jacek Głomb w rozmowie z Magdą Piekarską.


Magda Piekarska: Zaczynałeś w offie, w Legnicy działałeś w rozmaitych, często trudnych przestrzeniach, toczysz nieustanne boje z urzędnikami. Było w twojej karierze doświadczenie trudniejsze od pandemii?

Jacek Głomb: Nie. Pandemia była i jest – bo nie zapominajmy, że wciąż trwa – doświadczeniem najtrudniejszym, bo niespodziewanym, zaskakującym. Owszem, miałem w teatrze różne przygody, polegające przede wszystkim na relacjach z władzami, przerabialiśmy żałoby narodowe, w tym tę najdłuższą, smoleńską, kiedy nie mogliśmy grać. Ale tak totalnego zamknięcia, dotyczącego całego świata, nie pamiętam. To był czas zaskakujący dla mnie i dla moich pracowników. Tutaj wszystko zależy od tego, jak się prowadzi teatr, jaki ma się w sobie rodzaj determinacji i czy jej wystarczy na czas pandemii. Mam poczucie, że nam jej wystarcza, że daliśmy i wciąż dajemy sobie radę, że epidemia nas nie osłabiła, przeciwnie – wzmocniła, dała przestrzeń do nowych doświadczeń. Ale nawet one nie były w stanie ukoić tęsknoty za tym prawdziwym teatrem. Bo wciąż mam poczucie, że ten internetowy nie jest do końca prawdziwy, że nie da się życia teatralnego przenieść do sieci.

Ale przecież to właśnie ty jako pierwszy ogłosiłeś pomysł teatralnej premiery, która odbyła się w sieci.

I jako pierwszy teatr ją zrealizowaliśmy. Nie ścigaliśmy się wcale z innymi, tym niemniej cieszę się, że nasz "Nowy Dekameron" był pierwszą premierą – choćby przez to, niezależnie od artystycznego poziomu, przejdzie do historii. Postanowiliśmy zabrać się za niego przede wszystkim dlatego, żeby nie zwariować, nie kontestować, zająć się twórczą pracą. Ale też, żeby dać sobie szansę i prawo do sfinansowania pracy aktorów, którzy najbardziej stracili na pandemii. Czytelnikom tego wywiadu warto po raz kolejny uświadomić zasadę obowiązującą w większości polskich teatrów – pensja aktora składa się w nich najczęściej z niewielkiej stałej podstawy i honorarium wypłacanego za granie spektakli, co oznacza, że aktor, który nie gra, zarabia minimalną pensję krajową. Ten aspekt był równie istotny, co artystyczna wymowa całego przedsięwzięcia.

Podejmując się tej realizacji, sporo ryzykowaliśmy. Nie mieliśmy środków na premierę. Uwierzyliśmy w zapewnienia ministra kultury, który obiecał, że szybko ogłosi konkurs – z programu „Kultura w sieci” dostaliśmy dofinansowanie, które pozwoliło mi na wypłacenie przez dwa miesiące średnich honorariów aktorom. A wcześniej, w kwietniu, dałem im wysoką jak na legnickie realia nagrodę dyrektorską za spektakl "Fanny i Aleksander", pozwala na to nasz regulamin wynagradzania. Od czerwca zespół jest na urlopach – za ten okres również mają wypłacaną średnią urlopową. Udało nam się zatem znaleźć wyjście z tej trudnej sytuacji, co – jak wiem – nie we wszystkich teatrach było możliwe.

Nasza internetowa premiera nie zmienia mojego podejścia – wciąż głoszę wyższość teatru opartego na bezpośrednim spotkaniu człowieka z człowiekiem. Przy całym moim szacunku dla możliwości, jakie daje Internet, sprawiając, że publiczność naszej premiery może liczyć półtora tysiąca osób, że mogą na niej zasiąść widzowie ze Szwajcarii, Danii i innych europejskich krajów, brakuje mi cholernie prawdziwego teatru. Spotkania bez maseczek i bez konieczności zachowania dystansu dwóch metrów. Jeśli teatr ma sens, to tylko w wymiarze totalnym, reżim sanitarny jest dobry, żeby coś poudawać przez kilka chwil.

"Nowy Dekameron" to kolejna realizacja zespołowa w historii Modrzejewskiej. Ale chyba pierwszy taki spektakl, kiedy każdy z aktorów dostał taką wolność w podejściu do pracy.

Kiedy zaczynaliśmy tę pracę, była jeszcze szansa na wyjście z domu, więc miałem nadzieję, że wszystkie działania połączy jeden operator, współpracujący z naszym teatrem Karol Budrewicz. Tydzień później okazało się to niemożliwe, nastąpił totalny lockdown, w dodatku pojawił się strach części koleżanek i kolegów przed takim spotkaniem. Ta metoda, która ostatecznie okazała się całkiem korzystna, była więc wymuszona przez sytuację – moja rola, role scenografki Małgorzaty Bulandy, dramaturga Roberta Urbańskiego, kompozytora Łukasza Matuszyka czy Karola ograniczyły się właściwie do konsultacji projektów z aktorami. Odbyło się, owszem, wiele indywidualnych spotkań w sieci, rozmów telefonicznych, mailowych, ale wiadomo, że to nie zastąpi prawdziwych prób. Kiedy obostrzenia się rozluźniły, na przykład Ewa Galusińska nagrała piosenki ze spektaklu w studiu muzycznym Łukasza Matuszyka – to ważne, bo mają dzięki temu profesjonalnie zrealizowany dźwięk. Bardzo zależało nam na jakości, tym bardziej że mam krytyczny stosunek do wielu teatralnych działań w sieci, mam wrażenie, że pojawiło się tam dużo niepotrzebnych rzeczy, w tym nagrania techniczne przedstawień, które nie powstały przecież z myślą o ich upublicznieniu. Tym bardziej jestem zadowolony, że spektakl jest chwalony także za stronę techniczną, chociaż większość nagrań aktorzy wykonali sami. Ale w Modrzejewskiej zrobiliśmy siedem spektakli Teatru Telewizji, mamy doświadczenie w realizacji innych technik niż żywy teatr.

Tekst Boccaccia był pierwszym wyborem?

Tak, szukaliśmy pomysłu zaledwie przez parę dni, tyle daliśmy sobie czasu. Można marudzić, że nie tylko my sięgnęliśmy po "Dekameron", ale jestem przekonany, że z tej pandemii, pozostanie tylko ta nasza adaptacja. Chodziło o suwerenny materiał, z którym każdy się zmierzy. Tekst Boccaccia składa się ze stu nowel, mając do dyspozycji piętnastu aktorów, pomyślałem, że niezłym pomysłem jest dać im wolną rękę, tak żeby mogli wybrać swój preferowany tekst. Jedyny warunek, jaki postawiłem, był kwestią wyboru różnych konwencji, sposobów opowiadania. Te wybory konsultowałem, nie chciałem, żeby pomysły się powielały, zależało mi, żeby pojawiały się różne techniki, stąd na przykład animacje, zrealizowane na naprawdę wysokim poziomie.

Spektakl robi wrażenie, jakby kolejne nowele łączył wspólny zamysł dramaturga – na pierwszy plan wysuwają się kwestie dotyczące grzechów kleru, ale też pozycji i roli kobiet, tu z elementami krytycznego odczytania.

Dramaturgiem był zespół, ale Boccaccio już taki jest – jego tekst powstał dla „rozrywki” pań, jest krytyczny wobec Kościoła, w 1559 roku został zresztą umieszczony w indeksie ksiąg zakazanych. A ponieważ wybieramy te wątki, umieszczając je we współczesnym kontekście, nazwaliśmy spektakl "Nowym Dekameronem", to w żadnym razie nie jest klasyczna adaptacja. Sięgnęliśmy po cztery nowele w nowym tłumaczeniu Anny Wasilewskiej, dokonanym specjalnie dla nas, są napisane współczesnym językiem, ponieważ uznaliśmy, że poprzedni przekład autorstwa Edwarda Boyé jest zbyt archaiczny. A jeśli chodzi o dramaturgię, Robert Urbański konsultował scenariusze niektórych części wybranych przez aktorów, ale nasza rola była generalnie służebna wobec ich koncepcji. A mimo że wszystkie części powstawały w domach aktorów, nazwałbym tę realizację zespołową, pokazującą siłę i środki drużyny Modrzejewskiej.

Jak teatr świętuje internetową premierę?

Przeżywaliśmy ją ze scenografką Małgosią Bulandą chyba mocniej niż zwykle, może dlatego, że byliśmy już od dłuższego czasu zamknięci w domu. Następnego dnia, po premierze drugiej części, spotkaliśmy się na Zoomie z aktorami i pozostałymi twórcami, wznieśliśmy toast, można powiedzieć, że „bankiet” odbył się na Zoomie. No i wtedy też po raz kolejny przekonaliśmy się, że nowe media wprawdzie oferują masę udogodnień, ale nie pozwolą nam zastąpić prawdziwego spotkania. Liczę, że dojdzie do niego w sierpniu.

"Nowy Dekameron" miał mieć po zakończeniu pandemii analogową premierę. Kiedy do niej dojdzie?

A wiesz, kiedy będzie normalnie? Ja nie wiem, więc na razie nie wybiegam myślami zbyt daleko. Mam plany na drugą połowę roku i "Nowy Dekameron" w wersji scenicznej się w nich nie mieści. Do premiery dojdzie więc raczej w przyszłym roku. Takie przeniesienie wymaga zmiany formuły, żeby dało się pogodzić premierę w żywym planie z internetowym spektaklem. To wyzwanie dla nas wszystkich, podejmiemy je za jakiś czas.

To jedyny plan, który musieliście odsunąć w czasie?

Skądże. Jako reżyser stałem się jedną z pierwszych „ofiar” pandemii. 7 marca miałem mieć premierę "Gwałtu, co się dzieje!" Aleksandra Fredry w gorzowskim teatrze. Dwa dni przed nią, 5 marca, lubuska marszałek podjęła decyzję o zamknięciu podległych jej teatrów, chociaż dalej czynne były kościoły, baseny, galerie handlowe. Ostatecznie premiera odbędzie się 5 września. Z kolei w Legnicy przed wybuchem pandemii zaczęliśmy próby do "Kaukaskiego kredowego koła" Bertolta Brechta w reżyserii Andro Enukidzego. Po zawieszeniu prób nasi przyjaciele z Gruzji wylecieli z Polski właściwie ostatnim samolotem, 14 marca, dzień później granice były już zamknięte. Podjąłem decyzję o zawieszeniu prób jeszcze przed decyzją rządu, miałem obawy o bezpieczeństwo aktorów. Ostatnim zagranym przez nas spektaklem byli "Dzielni chłopcy" Magdy Drab, to był 8 marca. Trzy dni później musieliśmy odwołać południowy spektakl "Baśni o pięknej Parysadzie i o ptaku Bulbulezarze", kiedy kuratorium zakazało szkołom wyjść poza teren placówek. Z kolegami z Gruzji rozstaliśmy się, obiecując sobie, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, wrócimy do pracy w drugiej połowie października.

Jak wyglądała sytuacja współpracowników teatru? Nie wszyscy są na etatach.

Dzięki wsparciu z programu „Kultura w sieci” mogłem podpisać umowy i wypłacić pieniądze Łukaszowi Matuszykowi czy Karolowi Budrewiczowi za pracę nad "Nowym Dekameronem" – obaj, choć stale z nami współpracują, pozostają freelancerami. Podpisałem też umowy z innymi twórcami, z którymi dogadałem się na przyszłą współpracę, dzięki czemu mogłem między innymi wypłacić dwadzieścia pięć procent wynagrodzenia za reżyserię "Wroga ludu" Henryka Ibsena Piotrowi Kurzawie. W ramach programu „Czytelnia Modrzejewskiej” przyznaliśmy sześć wyróżnień po trzy tysiące złotych dla twórców na dorobku, przed czterdziestym rokiem życia – tak pokazaliśmy, że teatr pomaga twórcom. Moim podstawowym obowiązkiem pozostanie jednak dbanie o bezpieczeństwo osiemdziesięciu pracowników teatru, którym musimy zapewnić byt. Z drugiej strony jako Unia Polskich Teatrów, której jestem wiceprezesem, uczestniczymy w pracach związanych z diagnozą sytuacji teatrów w pandemii, w tym miejsca w jakim znaleźli się artyści.

Część teatrów w czerwcu ogłosiła koniec pandemii i wróciła do grania spektakli. Ty się na to nie zdecydowałeś. Dlaczego?

Zaznaczmy od razu, że odmroziła się niewielka część i w mocno ograniczonym zakresie. Jeśli grają, to pojedyncze spektakle. I z całym szacunkiem do dyrektorów teatrów w dużych miastach – oni mogą sobie pozwolić na zagranie przedstawień przy widowni wypełnionej w połowie, tu bardziej chodzi o gest, który miałby spowodować powrót widowni. Ale słyszę też o odwoływanych spektaklach z powodu braku nawet tej połowy widzów.

My w Modrzejewskiej o tym, że wznowimy aktywność w połowie sierpnia, zdecydowaliśmy już w połowie maja. Nie da się przecież urlopów planować z dnia na dzień, a czerwiec w teatrze na prowincji, przy zamkniętych szkołach, jest najgorszym miesiącem do grania. Zaczynamy więc od połowy sierpnia plenerami – na dziedzińcu legnickiego Zamku Piastowskiego, w pięknej przestrzeni zagramy sześć razy dwa różne tytuły.

Nie zdecydowałem się na odmrożenie teatru w czerwcu, ponieważ warunki zaproponowane przez rząd są – mówiąc delikatnie – niedoskonałe, nie pozwalają na powrót do normalnej aktywności, a jeśli dalej będą obowiązywać, zagrożą kondycji teatru. Nikt nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego w czasie, kiedy mogą odbywać się wesela dla stu pięćdziesięciu osób, bez maseczek i z podstawowymi obostrzeniami dotyczącymi zachowania dystansu, ludzie w teatrze muszą siedzieć w maskach, usadzeni w szachownicę. Jako Unia Polskich Teatrów zabiegamy o zmianę tych rozporządzeń i wytycznych.

Nie miałeś dylematu: odmrażać się czy nie?

Nie miałem, bo jestem realistą. Jeśli mam stuosobową widownię umieszczoną na scenie, przy dzisiejszych obostrzeniach mogę tam posadzić 25 do 30 osób. Sierpniowy plener daje nam większe pole manewru, pozwala tak rozplanować widownię, żeby, zachowując odstępy, zmieścić więcej osób. Poza wszystkim teatr robi się dla widza, nie dla dobrego samopoczucia artysty, który cieszy się z powrotu na scenę. Może takie odmrażanie ma sens w większych miastach o potencjale turystycznym. W Legnicy to absurd, dlatego wolę poczekać na powrót do normalności i posadzić widzów obok siebie, bez masek.

A finansowa strona takiego odmrażania?

O tym można zapomnieć. W naszym teatrze szczęśliwie wpływy z biletów nie stanowią najważniejszej części budżetu, ich wysokość nie jest warunkiem bilansowania spektaklu. Do sporej części spektakli dopłacamy, zarabiając między innymi na wyjazdach. Na szczęście, bo ekonomicznie granie do widowni wypełnionej w pięćdziesięciu procentach w ogóle się nie opłaca, dlatego też sporo teatrów nie decyduje się na otwarcie. Łatwo policzyć. W Legnicy przy stuosobowej widowni na scenie maksymalny przychód (przy średniej cenie biletu 30 złotych) to trzy tysiące złotych. Trzydzieści osób to dziewięćset złotych. Aktorowi za spektakl płacimy 250–300 zł, na scenie jest ich kilkunastu.

Pandemia spowodowała finansową zapaść instytucji kultury. W dodatku nie ma nas w żadnej tarczy, bo choć wprawdzie od 1 lipca możemy starać się o refundację części wynagrodzeń dla naszych pracowników, to pod warunkiem, że nie będą w tym czasie na urlopach! W Modrzejewskiej są, podobnie jak w większości instytucji.

Niedopatrzenie czy brak świadomości ministerialnych urzędników?

Nie wiem. Złośliwi mówią, że błąd popełniony świadome. Jeśli nie będzie pomocy państwa w finansowaniu instytucji kultury, czeka nas katastrofa. I celowo mówię tu: państwa, nie samorządu, bo samorządy już muszą ciąć budżety po pandemii i jest kwestią czasu, kiedy dotknie to instytucji kultury. Unia Polskich Teatrów proponuje realny projekt tarczy dla teatrów, która przewiduje rekompensatę 50% utraconych wpływów od marca do czerwca br. podczas pandemii (na podstawie analogicznego bilansu za rok 2019). Utracone wpływy to kwota ze sprzedaży biletów pomniejszona o koszty eksploatacji spektakli (wynagrodzenie aktorów, tantiemy etc.). Modrzejewska jest w specyficznej sytuacji. My zarabiamy na wyjazdach na festiwale i przeglądy – przez pandemię przepadło nam w ten sposób około 150 tysięcy złotych przychodów. Może odrobimy część tych strat jesienią, na ten okres przeniesiono większość festiwali, ale w efekcie tej kumulacji terminy niektórych się pokrywają.

Związek Aktorów Polskich postuluje zmianę regulaminu wynagrodzeń, powiększając wysokość stałego wynagrodzenia kosztem honorariów za granie w spektaklach. To mogłoby uchronić aktorów przed skutkami przyszłych lockdownów.

Jeśli nie zmienią się budżety teatrów, a wszystko wskazuje na to, że w przyszłości mogą być mniejsze niż dziś, nikt się na to nie zdecyduje. Czas niepewny nie jest dobrym czasem do zmian. Rozumiem, że na przykład nasz regulamin wynagradzania w teatrze takich zmian wymaga i będziemy je konsultować ze związkami zawodowymi, ale przy funduszach, jakimi dziś dysponuję, nie wyobrażam sobie zmiany tej struktury, to mi rozwali budżet. Żaden odpowiedzialny dyrektor nie zdecyduje się na to. Podejrzewam, że w styczniu 2021 roku większość samorządów będzie w dramatycznej ekonomicznie sytuacji. A my jesteśmy piłeczką w grze, jaka toczy się między rządem, który prezentuje bardzo określone stanowisko ideologiczne, a samorządem, który reprezentuje stanowisko wręcz przeciwne. Mam czarne myśli, nie wierzę w zmianę na lepsze przy takim pacie. Z drugiej strony, nawet autonomia teatru nie pozwala mi jako dyrektorowi na wprowadzenie samodzielnie zmian w regulaminie wynagrodzeń, to wymaga akceptacji organizatora, czyli w większości samorządów. A przede wszystkim odpowiedzi, której nikt nie jest w stanie udzielić – gdzie będziemy, w jakim świecie, za tydzień, miesiąc, dwa, za pół roku.

Czego się nauczyłeś podczas pandemii?

Po pierwsze, że nie można robić teatru w takiej przestrzeni, jaką nam pozostawiono, w świecie wyłącznie wirtualnym. Że tak totalne zamknięcie teatrów, z jakim nie mieliśmy do czynienia nigdy wcześniej, powoduje katastrofę, której skutków wciąż nie znamy. Że trudno prowadzić teatr, nie rozumiejąc decyzji rządu – dziś się odmrażamy, choć mamy po czterysta zachorowań dziennie, o wiele więcej niż 12 marca, kiedy zamknięto teatry i mówiono nam: „zostań w domu”. Nie rozumiem tego jako obywatel i jako dyrektor. Jasne, ja też chcę wrócić do normalności, ale na zdrowych zasadach. Pandemia pokazała też konieczność zmian systemowych i choć boję się, że nie będą możliwe do wprowadzenia, to trzeba o nich rozmawiać. Na pewno w takich sytuacjach nie powinni tracić aktorzy, nie powinno zdarzać się, że nagle, z dnia na dzień, tracą grunt pod nogami.

Jak wyglądają plany na nowy sezon?

Jestem oszczędny w planach, nie wybiegam dalej niż do końca roku. Przygotowujemy "Króla Leara" w koprodukcji z teatrem w Opolu i w reżyserii Anny Augustynowicz – 17 sierpnia wracamy do prób rozpoczętych w czerwcu, premiera odbędzie się 12 września. Potem wznawiamy próby do "Kaukaskiego kredowego koła", premierę, połączoną z balem gruzińskim, planujemy na sylwestra. Z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostaliśmy duże wsparcie, między innymi na dwa projekty, które możemy realizować online, co jest nam na rękę, bo daje szansę na prowadzenie działań także w razie nawrotu pandemii.

Za nami próby czytane do "Leara" – tu łatwo było zachować obostrzenia, aktorzy siedzieli w odległościach półtora metra od siebie, każdy miał swoje krzesło, którego nie mógł zmieniać, mierzyliśmy uczestnikom prób temperaturę, wypełniali też deklaracje dotyczące stanu zdrowia. To były próby analityczne – bez kontaktu, działań fizycznych. Ale i tak musiałem w tej sprawie wydać osobne zarządzenie i skonsultować je wcześniej z Powiatowym Inspektorem Sanitarnym.

Widz wróci do teatru?

Przez lata udawało nam się robić teatr w przymierzu z widownią, więc mam nadzieję, że tak. Ale zasadniczym pytaniem dyrektora teatru na prowincji jest, czy wrócą do nas szkoły. Nas to dotyczy w pewnym stopniu, większość spektakli granych poza weekendami jest skierowana właśnie do grup szkolnych, jeszcze większy problem mają teatry lalkowe, które żyją z widza dziecięco-młodzieżowego. Dziś nie znamy odpowiedzi na to pytanie.

Wierzę, że świat wróci do normy, ale jeśli pandemia wróci, będzie to problem nie tylko dla nas, ale dla całego państwa. Nie ma co ukrywać, że od teatru ważniejsi są ludzie, którzy chorują, umierają. I moje precyzyjne plany mogą okazać się niewiele warte, jeśli zgodnie z obawami ministra zdrowia jesienią będziemy mieli powtórkę z koronawirusa.

* Jacek Głomb – reżyser teatralny i filmowy, absolwent historii na Uniwersytecie Jagiellońskim i reżyserii i dramatu w krakowskiej PWST (dziś AST), dyrektor Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy i wiceprezes Unii Polskich Teatrów. Laureat Nagrody im. Konrada Swinarskiego (2001). Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (2002). Wyreżyserował m.in. "Balladę o Zakaczawiu", "Koriolana", "Otella" i "Zabijanie Gomułki".

(Magda Piekarska, "Jeszcze będzie normalnie", http://teatralny.pl, 8.07.2020)