Spektakl „Król Lear", zrealizowany w koprodukcji Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu i Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, to historia upadku człowieka i patriarchalnego ładu, opowiedziana bez patosu i wzniosłych emocji, z punktu widzenia obserwatora. Inscenizacja Augustynowicz pozwala obserwować ciąg wydarzeń bez silnego, emocjonalnego zaangażowania. Z pewnym filtrem dystansu. Na chłodno. Pisze Katarzyna Grzech.


Reżyserka Anna Augustynowicz w inscenizacji szekspirowskiego klasyka łączy kilka wyrazistych koncepcji, które płynnie się przenikają, prowadząc publiczność przez opowieść o abdykacji niegdyś silnego, żądnego pochwał króla. Nagła, nieprzemyślana decyzja, podyktowana potrzebą aprobaty, prowadzi do rozpadu królewskiego świata. Lear w wykonaniu Mirosława Zbrojewicza zostaje obdarty ze swojego majestatu, szacunku, człowieczeństwa. Błąka się po scenie, próbując utrzymać się na tafli swoich iluzji. Symbolem jego dawnego życia jest czerwony, atłasowy szlafrok. Nowego – buty jego córki, w które wchodzi, tuż po jej upodleniu i wygnaniu.

Co ważne, Król Lear Anny Augustynowicz, to upadek nie tylko szekspirowskiej postaci, ale i patriarchalnego porządku. Reżyserka postanowiła odwrócić tradycję elżbietańską, oddając wszystkie role kobietom. Tytułowy bohater staje się więc symbolem kryzysu męskości. Upada autorytarny władca – głowa patriarchalnej rodziny. Czy w tym tkwi najlepszy przepis na sukces świata? To nie jest takie proste. Kobiety wchodząc w męską grę o władzę, używając tych samych narzędzi, doprowadzą do farsy, niczym z telewizyjnych tasiemców lub, co gorsza, równie okrutnej, siostrzanej wojny.

Charakterystyczną dla reżyserki koncepcją, która wybrzmiewa równie silnie, jest ujęcie historii w metateatralną ramę. Bohaterowie od czasu do czasu siadają na widowni, przyglądając się tragikomicznym scenom. Swoje miejsce odnajduje tam przede wszystkim Lear, który przestaje grać pierwsze skrzypce – oddaje kontrolę – obserwuje, jak jego świat powoli zaczyna się rozpadać. W rękach dzierży egzemplarz scenariusza, próbując na nowo wejść na tory swojej życiowej roli. Podpowiada, dopowiada, jednak bez kontrreakcji.

Interesującym zabiegiem jest również wprowadzenie do spektaklu 3 nowych postaci – bogini Jowisz, Junona i Minerwa, które komentują wydarzenia. Są pozaziemską siłą, do której można się odwołać, licząc na prozaiczną pomoc.

Efekt „teatru w teatrze" podkreśla scenografia Marka Brauna – prosta, oszczędna, na granicy świata przedstawionego i teatralnej sceny. Widzimy laboratoryjny stół, obrotowy stołek, stertę krzeseł, ciemne, odbijające obraz widowni, pleksi. Całość ustawiono na tle wizualizacji Wojciecha Kapela, które przypominają, do czego prowadzi walka o władze, bezmyślne decyzje i ludzka zawiść.

Inscenizacja Augustynowicz pozwala obserwować ciąg wydarzeń bez silnego, emocjonalnego zaangażowania. Z pewnym filtrem dystansu. Na chłodno. Tak, jak robi to Lear ze scenicznych peryferii.

Zespół aktorski zbudował wyraziste postacie, dzięki którym szekspirowska tragikomedia wybrzmiewa w sposób czytelny, dotykając tematów aktualnych: fenomenu władzy, upadku wartości, konsekwencji za dokonane czyny i przemocy zakorzenionej w modelu patriarchalnym.

Spektakl wymaga skupiania, nie pozwala na przeczytanie sztuki za pomocą jednego utartego klucza. Tu dróg jest wiele – łączą się ze sobą i wzajemnie przecinają, pobudzając do głębszej refleksji.

(Katarzyna Grzech, "Król na peryferiach władzy", http://dziennikteatralny.pl, 8.06.2021)