Przez prawie 70 lat Teatr TV był dumą publicznej telewizji i jej znakiem rozpoznawczym. Dziś stoi na krawędzi istnienia, a przecież dla milionów Polaków wciąż jest jedyną sceną, do której mają dostęp. W dodatku Plus-Minus pisze Małgorzata Piwowar.


JEDYNY TAKI TEATR NA ŚWIECIE

Destrukcja Teatru TV dokonuje się obecnie za sprawą kolejnej, nagiej i niewytłumaczonej dotąd, zmiany kierownictwa: w marcu straciła stanowisko jego szefowa, ceniona w środowisku Kalina Zalewska, której przyjście na Woronicza traktowano jako ostatnią próbę ratunku dla telewizyjnej sceny. Pozycję Teatru TV osłabiono nie tylko przez politykę kadrową, ale też poprzez oddzielenie redakcji od produkcji i kolejne uszczuplenia zespołu.

- Przez lata Teatr TV był budowany na wielkiej literaturze. Aż zaczął się stawać coraz bardziej publicystyczny, a jakość schodzi na drugi plan - boleje Jan Englert, współtworzący od lat Teatr TV jako reżyser i aktor. - Przestawało być ważne: „jak?", a zaczynało: „co?" i „dla kogo?". Już w latach 90. Nina Terentiew twierdziła, że popularne wtedy „Biesiady" są ważniejsze niż Teatr TV. Dziś z kolei przegrywa z każdym netfliksowym serialem. Żyjemy w czasach, w którym wysoka oglądalność jest ważniejsza niż wysoka jakość. A przecież jeśli nawet spektakl obejrzy przed telewizorem tylko 200 tysięcy widzów, to żaden teatr żywego planu nie jest w stanie zdobyć takiej widowni. A jednak traktowany jest od dłuższego czasu jak fanaberia, bo wysoka kultura jest kulturą elit, a dziś ich nie potrzeba, więc i Teatr TV staje się zbędny. Mam  merytoryczne - uzupełnia Maciej Wojtyszko, reżyser. - W tej chwili widać wyraźnie, że środowisko nie rwie się do pracy w tym miejscu. Jeszcze do niedawna mieliśmy odczucie, że nie ma bojkotu, ale teraz postawy mocno się spolaryzowały. Nie chcę osądzać ludzi zbyt kategorycznie, ostatecznie Tu-wim pisał hymny na cześć Stalina. Jestem też ostatnim, który by potępił młodego reżysera skłonnego przyjąć ofertę wyreżyserowania w Teatrze TV na przykład „Romea i Julii". Warto również pamiętać, że poza rewolucją, każda wymiana elit musi trwać kilka lat, więc ta obecna - może się nie udać. Na razie się udaje, niestety.

Mateusz Matyszkowicz, członek biura zarządu TVP odpowiedzialny za Teatr TV, poproszony o wizję jego przyszłości kreśli ją tak: - Nowy Teatr Telewizji to powrót do korzeni, czyli do klasycznych tekstów - od Szekspira, Moliera do uznanej polskiej twórczości, z którą obcujemy już od szkolnych lat. Naszym celem jest takie zagospodarowanie poniedziałkowego pasma, aby zadowolić różne gusta i wrażliwości widzów poszukujących treści na najwyższym poziomie. Obok tradycyjnego repertuaru tworzymy przestrzeń dla widzów otwartą na teatr tańca, muzyczny oraz musical. Szanując tradycję, chcemy jednak, aby Teatr Telewizji był również szansą dla młodych twórców - aktorów, reżyserów, scenografów, kompozytorów. Jerzy Koenig pisał, że „Teatr Telewizji nie jest samotną wyspą" - te słowa są jeszcze bardziej aktualne w czasach różnych treści dostępnych niemalże w każdej chwili. Nowy repertuar powstaje przy wykorzystaniu badań oczekiwań naszych widzów, bo to widz jest najważniejszym gościem poniedziałkowego święta kultury.

Porzuceni teatromani

Fakty są takie, że z „poniedziałkowego święta kultury" rezygnuje się łatwo. 17 maja w poniedziałkowy wieczór zarezerwowany dla Teatru TV, zamiast zapowiadanej powtórkowej, ale świetnej „Norymbergi" Wojciecha Tomczyka w reżyserii Waldemara Krzystka, wyemitowano dwa odcinki „07 zgłoś się", by uczcić pamięć zmarłego Bronisława Cieślaka, grającego w serialu główną rolę. Należy wątpić, aby były poseł pracujący w sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, życzył sobie, by czczono go kosztem Teatru TV.

- Trzeba dokonać zmian, przede wszystkim przedefiniować pojęcie misyjności. Nie może ono wyłącznie oznaczać obchodzenia rocznic - uważa Wawrzyniec Kostrzewski, reżyser m.in. znakomitych „Listów z Rosji" oraz „Wesela". - Zarządzający telewizją powinni zrozumieć, że trzeba pewne pola odpuścić, pozostawić środowisku. Teatr TV powinien spełniać przede wszystkim wymogi artystyczne - to podstawa. Trzeba zadbać o apolityczność Teatru Telewizji, oddając go w ręce osób, które znają się na teatrze, telewizji, literaturze i potrafią tę wiedzę łączyć. Potrzebna jest niezależna, silna redakcja zachęcająca twórców do współpracy. Kiedy realizowałem „Wesele", przekonywałem aktorów, żeby weszli we współpracę z TVP, którą na co dzień krytykują. I udało mi się ich przekonać. Bo Teatr TV robi się dla widzów, a nie dla decydentów. Ważne jest uwzględnienie działalności Teatroteki (to realizowany od 2013 roku projekt Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych o charakterze artystycznym i edukacyjnym - przyp. redakcji), czyli współpracy z pokoleniem młodych twórców, którzy chcą szukać form pośrednich między filmem i teatrem. One przyciągają nową, młodszą widownię, więc to jest też przyszłość Teatru TV. Pamiętajmy przede wszystkim, że jest bardzo duża grupa publiczności, dla której to jedyny dostępny teatr - pokreśla Kostrzewski.

Brak wielu artystycznych wydarzeń w repertuarze Teatru TV to niejedyny problem. Jest nim także pomijanie problemów dotyczących etyki władzy, kontrowersyjnych wydarzeń społeczno-politycznych, które mogłyby stać się zaczynem istotnej dyskusji o współczesności. Dziś zapewne nie mógłby powstać taki spektakl jak „Niuz" (2003) Ryszarda Bugajskiego, w którym reżyser opowiedział o swoich doświadczeniach w Telewizyjnej Agencji Informacyjnej oraz ojej kulisach. Bugajski nie krył, że postaci miały swoje pierwowzory.

- Musiał to zaakceptować między innymi dyrektor TVP i Sławomir Zieliński, który w opisywanych przeze mnie w czasach był szefem „Panoramy" i jego postać przewijała się przez spektakl. Po początkowych obawach stwierdzono, że takie przedstawienie jest potrzebne. Zieliński powiedział, że pokazałem prawdę.

„Bigda idzie" Andrzeja Wajdy (2002) „stało się wydarzeniem zarówno artystycznym, jak i politycznym" -zanotował Henryk Bieniewski, szef Teatru TV w latach 1968-1975: „Postać Bigdy urasta do symbolu zawsze istniejącej groźby pojawienia się autorytarnych rządów. Spektakl Wajdy, zrealizowany w 1999 roku, ukazał się w roku 2002. To okres, w którym na Wiejskiej panoszył się i awanturował Andrzej Lepper, podczas gdy marszałkowie Sejmu z trudem opanowywali porywy anarchii. Groza dominacji ekstremistów i populistów wisiała w powietrzu".

Zdarzały się i spektakle, które wyemitowane zostały lata po realizacji, czyli „półkowniki". W pierwszej kolejności warto przypomnieć, że decyzją Jacka Kurskiego, obecnego prezesa TVP, odwołana została zaplanowana w kwietniu 2017 roku, premiera „Białego dmuchawca" Mateusza Pakuły. Powód? Główną rolę zagrała Julia Wyszyńska występująca w kontrowersyjnym spektaklu „Klątwa" w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Nie miało znaczenia, że „Biały dmuchawiec" w reżyserii Agaty Dyczko, opowiadał historię studentów szkoły filmowej, prowadzących prywatne śledztwo w sprawie morderstwa w góralskiej wsi.

W 1968 roku wysłano na półkę „Motyla na antenie" Havla w reżyserii Wandy Laskowskiej (premiera w 2017 r.), bo wtedy Havel nie był postrzegany przez władze jako pisarz, lecz aktywny działacz Praskiej Wiosny. Premierę „Lalki z łóżka nr 21" Djorde Lebovicia w realizacji Jana Kulczyńskiego, w której występowała zaangażowana w antypeerelowską opozycję Halina Mikołajska, decyzją kierownictwa TVP przesunął z 1971 roku do roku 2019.

Credo Hanuszkiewicza

Znaczenie i wyjątkowość Teatru Telewizji pokazują jego początki. Historia zaczęła się 6 listopada 1953 roku transmitowanym „na żywo" przedstawieniem „Okno w lesie" Leonida Rachmanowa w reżyserii Józefa Słotwińskiego. Emitowano go jeszcze z warszawskiego eksperymentalnego studia telewizji na Ratuszowej. Odtąd każdy kolejny poniedziałkowy wieczór był zarezerwowany dla Teatru TV. Przed aktorami i reżyserami otworzyły się nowe możliwości.

-  Przychodząc z teatru, miałem jedną świadomość: telewizja nie jest teatrem - wspominał w wywiadach Adam Hanuszkiewicz, naczelny reżyser w Teatrze TV w latach 1957-1963. Szansę realizowania widowiska teatralno-telewizyjnego dał mu Jan Marcin Szancer, pierwszy kierownik artystyczny polskiej TV. Na archiwalnym materiale WFDiF można zobaczyć ówczesne zaplecze realizacyjne: panowie w białych kitlach siedzący za rampą urządzeń, oddzieleni przeszkloną ścianą od rozgrywających się zdarzeń na planie. Także kamerzyści w białych kitlach, białych koszulach i krawatach za potężnymi, topornymi w kształcie i z ubogimi możliwościami technicznymi, maszynami, które wówczas były cudami techniki. Na planie ciasnota - wszystko było stłoczone na niewielkiej przestrzeni.

W latach 50. program był emitowany w czasie rzeczywistym. Zmiany dekoracji w czasie trwania spektaklu bywały karkołomne. Spektakularna katastrofa wydarzyła się w czasie „Dzbana" Luigiego Pirandella w reż. Bogdana Trukana w 1961 roku. Na scenie dwie osoby i dzban wielkości człowieka. Miał go skleić od środka na oczach widzów Roman Kłosowski, a potem mieć kłopot z opuszczeniem go. Dzban miał rozpaść się dopiero po kopnięciu przez drugiego aktora.

-  Zaprojektowałam misterną strukturę haczyków, które Romek miał zapiąć reperując dzban, a potem w momencie destrukcji jednym ruchem rozpiąć. Ale haczyki puściły, kiedy garncarz próbował wyjść z dzbana i Romek stanął w rozwalonym czerepie z haczykami na wierzchu - opisywała Xymena Zaniewska, która od 1958 roku przez 23 lata była głównym scenografem w TVP. Namówiła do współpracy największych: Henryka Tomaszewskiego, Jana Młodożeńca, Franciszka Starowieyskiego, Jerzego Skarżyńskiego, Piotra Potworowskiego, Kazimierza Mikulskiego. - Zaczęła się poważna robota - opowiadał Hanuszkiewicz. - Z grupą wspaniałych ludzi przenieśliśmy naszą najwspanialszą literaturę narodową od Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskiego. Debiutował u nas Mrozek, Różewicz. Kiedy pojechałem w 1959 roku na stypendium polsko-francuskie do Paryża, przyjął mnie szef tamtejszej telewizji. Pochwalił się, że w tym roku zrobią po raz pierwszy oryginalnego Jeana Anouilha, na co odparłem, że my co najwyżej - zejdziemy do Anouilha. Wyjaśniłem, że gramy Prousta, Manna, nie mówiąc o naszych wielkich klasykach.

Hanuszkiewicz przypomniał też, że te utwory w czasach stalinizmu były na indeksie i że on, kierując Teatrem TV, nie był członkiem partii, co byłoby niemożliwe do zaakceptowania w NRD, na Węgrzech, nie mówiąc o ZSRR. A także, że choć ówcześni szefowie zbierali cięgi za trzymanie się zbyt romantycznego i postępowego repertuaru - nadal chcieli, by takim był.

W 1958 roku zrealizował jedno z najgłośniejszych swoich przedstawień, „Apolla z Bellac" Jeana Giraudoux. „Sukces tkwił nie tylko w osiągnięciach aktorów, ale również w podjęciu problematyki piękna w przaśnym życiu okresu gomułkowskiego, gdy na ekranach telewizyjnych oglądaliśmy relacje, w których społeczeństwo borykało się z niedostatkami zaopatrzenia. W tym czasie Teatr TV pokazywał ludzi, którzy mówią o pięknie i domagają się piękna w życiu codziennym" - zauważał Henryk Bieniewski, szef Teatru TV w latach 1968-1975 w „Teatr Telewizji i jego artyści".

- Zawsze uważałem, że Teatr TV nie jest teatrem - twierdził Laco Adamik w rozmowie z „Rz". - Był nowym gatunkiem sztuki, który powstał na fundamencie telewizji. Kiedy jako młody nieznany człowiek chciałem zrealizować spektakl Teatru Telewizji w Warszawie, ówczesny jego szef, Jan Paweł Gawlik, powiedział: „Nie ma mowy". W Warszawie mogli pracować tylko reżyserzy znani, stuprocentowo sprawdzeni. Ale mogłem realizować spektakle w telewizji w Łodzi, czy w Krakowie. Dopiero po kolaudacji w Krakowie „Peleasa i Melisandy" Maurice'a Maeterlincka, Gawlik powiedział: „Teraz pan może zrobić u mnie wszystko". Zrealizował potem m.in. „Burzę" Williama Szekspira, „Don Carlosa" Fryderyka Schillera, „Elżbietę królową Anglii" Ferdynanda Brucknera, „Króla Edypa" Sofoklesa, „Woyzecka" Georga Buchnera. Przeniósł do telewizji słynne przedstawienia Konrada Swinarskiego ze Starego: „Dziady" i „Wyzwolenie".

Dekada Kutza

W latach 70. i 80. XX wieku w Teatrze Telewizji kilkadziesiąt znakomitych spektakli wyreżyserował Kazimierz Kutz, m.in. „Opowieści Hollywoodu" Christophera Hamptona, „Do piachu" Tadeusza Różewicza, „Emigrantów" Sławomira Mrożka, „Stalina" Gastona Salvatore.

Dotąd zrealizowano dla Teatru TV ponad 5300 spektakli, w archiwach telewizyjnych przetrwało 473O.Wskazanie tych najważniejszych jest niemożliwe. Warto za to przypomnieć, że zdarzały się nietypowe, jak przypominające seriale: 12-częściowa adaptacja „Pana Tadeusza" (1970), której dokonał Hanuszkiewicz, czteroodcinkowe „Dziewczęta z Nowolipek" (1970) Poli Gojawiczyńskiej, wyreżyserowane przez Stanisława Wohla, 14-odcinkowa „Stawka większa niż życie" Andrzeja Zbycha w realizacji Janusza Morgensterna, potem Konica. Serial emitowany w Teatrze Sensacji miał wielkie powodzenie: „w mieście dosłownie zamierał ruch" - wspominał Henryk Bieniewski.

Rocznie Teatr Telewizji dawał aż 120 premier. W czasach świetności oprócz poniedziałkowego, był też Teatr Rozmaitości i Teatr Wspomnień, a także Scena Dwójki, na którą trafiały propozycje dla bardziej wyrobionego widza. Był Teatr Sensacji i Kobra. Jak wynika z badań, w latach 1980-2000 każdy ze spektakli Teatru Telewizji oglądało średnio 27 procent wszystkich widzów.

- Było trochę teatru, trochę filmu, trochę radia, trochę techniki, która umożliwiała przekazywanie obrazu i dźwięku na odległość. Był to kundelek, który szybko stał się protoplastą czegoś bardzo szlachetnego w polskiej telewizji. Tak szlachetnego, że dziś pojawia się pytanie, czy nie jest zagrożony, czy podlegać nie może jakiejś degeneracji. W tym agresywnym świecie sam nie potrafi być agresywny - wspominał długoletni szef Teatru TV Jerzy Koenig w filmie Andrzeja Sapii.

„Mógł wybierać repertuar i realizatorów, bo znał rynek i towar - oceniał Koeniga Kutz na łamach „Teatru". - Swoje wiedział i swoje widział. Dlatego kontakty z nim były zawsze interesujące i - poza wszystkim - bezinteresowne, bo pozbawione politycznego piętna instytucji, którą reprezentował. Był to czas, w którym zaraza upolitycznienia i upartyjnienia jeszcze nie nadeszła. Wtedy królestwo Jerzego Koeniga na Woronicza było autonomiczną enklawą wolności twórczej, do której idealnie przylegała jego osobowość. Był jednym z nielicznych redaktorów, z jakimi zetknąłem się w swoim długim życiu zawodowym, który nie sprawiał wrażenia psuja i aroganta".

Jemu też telewizyjne archiwum zawdzięcza spektakle Tadeusza Kantora, Jerzego Jarockiego, Jerzego Grzegorzewskiego, Kazimierza Dejmka, Krystiana Lupy, Józefa Szajny, Henryka Tomaszewskiego, Zygmunta Hübnera, Mikołaja Grabowskiego, a także przedstawienia teatrów alternatywnych: Gardzienic czy Teatru Ósmego Dnia.

Rzeszę wielbicieli miał prof. Stefan Treugutt, którego kilkuminutowe wstępy do telewizyjnych spektakli były przejrzyste, krojone na miarę słuchaczy. Musiał przedstawiać je cenzurze przed nagraniami, ale ich jakość była niepodważalna. - Żeby oddać skalę wyobraźni Słowackiego, Treugutt porównał umysł poety do umysłów największych współczesnych kosmologów - wspominała prof. Maria Prussak w radiowej Dwójce.

Z czasem ubywało spektakli przygotowywanych specjalnie dla Teatru Telewizji. Od 2001 roku miłośnicy Teatru TV mieli jeszcze okazję do spotkania na festiwalu Dwa Teatry w Sopocie prezentującym dorobek sezonu. Pomysłodawcą imprezy był Jacek Weksler, szef Teatru TV od 1999 do 2004. On także był inicjatorem transmitowania spektakli teatralnych.

Równia pochyła zaczęła się w 1998 roku, gdy prezesem TVP został Robert Kwiatkowski, za którego kadencji Teatr Telewizji stracił znaczenie, dobrą godzinę emisji i pieniądze. Przekształcił funkcję misyjną kierowanej przez siebie instytucji w działalność komercyjną. Sukcesy odnosił wtedy „Big Brother" (od 2001 roku) i odpływała publiczność. - Te zjawiska nie zastąpią „Madame Bovary", która trzeba, żeby była w repertuarze. Nie zastąpią Dostojewskiego - apelował Andrzej Wajda.

W 2005 roku po raz pierwszy dokonano zamachu na poniedziałkowe emisje. Zmieniono nazwę Teatru Telewizji na Scenę Jedynki, zaprojektowano nowe logo. - Bardzo byłoby żal, gdyby Teatr Telewizji przestał istnieć - mówiła „Rz" w 2010 roku jego ówczesna szefowa Wanda Zwinogrodzka. - Są wprawdzie bogate archiwa, ale to za mało, by istniał. Ta samodzielna forma artystyczna jest czymś innym niż tylko zapis przedstawienia. Charakteryzuje się inną estetyką, posługuje odrębnym językiem, inaczej przekazuje widzom treści. Nasz dorobek był wielokrotnie doceniany na festiwalach za granicą, chlubiliśmy się jego unikatowością. Zwinogrodzka szacowała wtedy, że koszt jednego spektaklu Teatru TV odpowiada wyprodukowaniu czterech, pięciu odcinków „M jak miłość".

Jerzy Stuhr zapytany w 2015 o perspektywy Teatru Telewizji mówił: - Kilka lat temu wyreżyserowałem „Szkołę żon" Moliera, teraz - „Rewizora" Nikołaja Gogola. W jakimś sensie zostały zrealizowane podobnie - łączoną techniką filmu i teatru telewizyjnego. Tamten spektakl obejrzało 1 min 400 tysięcy widzów. A już „Rewizora" z nośnym, jeszcze aktualniejszym tematem - tylko milion. Czyli widownia się kurczy.

Po kolejnych pięciu latach, przedstawieniem mającym największą oglądalność sezonu okazało się „Powołanie" - autorska sztuka Pawła Woldana, zrealizowana w 100-lecie urodzin polskiego papieża. Obejrzało ją 841 tysięcy widzów. Z punktu widzenia oglądalności to słaby wynik, ale żaden teatr żywego planu nigdy nie ma takiej widowni.

Danych na temat najchętniej oglądanych spektakli Teatru TV w mijającym sezonie TVP nie udostępniła. Pewnie nie ma się czym chwalić.


(Małgorzata Piwowar, "Świetność i kryzys największej sceny narodowej", https://www.rp.pl/Plus-Minus/, 6.06.2021)