Dopiero w ostatni weekend maja i w końcówce sezonu legnicki teatr miał możliwość zaprezentować publiczności zasiadającej w fotelach widowni pełnowymiarową premierę. Pandemia sprawiła, że "Rzeź" Krzysztofa Kopki w reżyserii Jacka Głomba była ledwie drugim wydarzeniem tego rodzaju od wrześniowej prezentacji koprodukcyjnego "Króla Leara" Szekspira w reżyserii Anny Augustynowicz. Popremierowy bankiet w "Ratuszowej" także był dopiero drugim w dobiegającym końca artystycznym sezonie 2020/2021.


Nie oznacza to rzecz jasna, że od września do maja nic w teatrze się nie działo. Przeciwnie. Teatr wykorzystywał każdą możliwą i dopuszczalną przez ograniczenia sanitarne możliwość utrzymania kontaktu z publicznością. Były dramatyzowane czytania, zarówno z publicznością  w fotelach, jak i online, były transmitowane do sieci realizacje filmowe i streamingowa premiera live serialu "5.0" Magdy Drab w reżyserii Piotra Ratajczaka w pięciu odcinkach, były przedstawienia w plenerze zamkowego dziedzińca. Na niemal pełnowymiarową (co drugi fotel musiał jednak pozostać pusty) prezentację premierową, z publicznością na widowni Sceny Gadzickiego, przyszło jednak czekać do ostatnich dni maja. Nadal jednak nie było jak zwykle, co sprawiło, że zdecydowano o wystawieniu dwóch spektakli (29 i 30 maja) o statusie równorzędnych premier. Nie wspominając o nadal nieczynnej szatni, konieczności składania oświadczeń o dobrym zdrowiu i oglądania spektaklu w maseczkach.

W sobotę 29 maja miałem okazję, by - po wielomiesięcznej przerwie - zasiąść na teatralnym fotelu, a kurtkę i kapelusz złożyć na "Fotelu Benka Cygana" (rząd 9, miejsce 2). Tak właśnie postaciami z legnickich realizacji oznaczono przymusowo wolne fotele, czyli strefy izolacji na widowni. Wieczór był niezwykły nie tylko dla mnie i nie tylko dla legnickiego teatru. Właśnie tego jednego dnia na polskich scenach doszło równocześnie do aż 44 premier. Nieprzypadkowo mówił o tym zarówno przed, jak i po premierze, dyrektor Modrzejewskiej i reżyser "Rzezi" Jacek Głomb. - To wyraz ogromnej tęsknoty za teatrem i żywym kontaktem z publicznością, ale też dowód, że mimo ograniczeń polskie teatry nie próżnowały. To co się działo wokół i w wyniku pandemii było dla nas straszne. Tym bardziej nisko się kłaniam wszystkim, którzy doprowadzili do finału tej premierowej realizacji.

Byłem ogromnie ciekaw premiery wiedząc, że do końca nie było oczywiste, jaką historię obejrzę. W pierwszej wersji scenariusza była to opowieść na wskroś współczesna, w której demony przeszłości pojawiały się na podobieństwo zjaw z "Wesela" Wyspiańskiego. Już po pierwszych przymiarkach ten koncept został odrzucony, a nowy tekst Krzysztofa Kopki przeniósł nas do dziewiętnastowiecznej Galicji i wydarzeń towarzyszących krwawej rzezi, jaką na przedwiośniu 1846 roku zgotowały chłopskie gromady swoim polskim panom.

W rezultacie zaprezentowana premierowo "Rzeź" Kopki i Głomba (było nie było wychowanego w galicyjskich klimatach Tarnowa) to opowieść równie mroczna, jak wyczerniona scena, na której się toczy. Podejrzani w intencjach i przegrani są wszyscy bohaterowie tej scenicznej historii rozgrywającej się w cieniu zwisających nad ich głowami trupów owiniętych w worki na zwłoki. Polscy panowie szlachta tracą wydumane nadzieje na wolnościowy zryw i własne głowy. Wyzuci z tożsamości narodowej chłopi i pozostali bohaterowie przytoczonych zdarzeń wyzbywają się iluzji związanych z oczekiwanymi korzyściami ze sprowokowanej przez austriackiego zaborcę rebelii. Wspólna dla wszystkich jest jedynie wzajemna pogarda, a nawet nienawiść. To sytuacja, w której na zrodzoną miłość między chłopskim synem, a pańską córką nie ma szans.

Zaskoczony zauważyłem, że to jednak nie symboliczny i legendarny lider chłopskiej rzezi i chciwy cwaniak Szela (Rafał Cieluch), co to z chłopa półanalfabety chciałby zostać jednym z panów, ani chłodny i cyniczny manipulator starosta Breinl (Grzegorz Wojdon), że to nie oni wpadli mi w oko. Tam zagościła postać drugoplanowa: czarny i pijany anioł odwetu, czyli Gorgonicha (Katarzyna Dworak). Ta wykreowana postać była równie odrażająca, co tajemniczo fascynująca. Z zaciekawieniem czekam zatem na recenzje. Tym bardziej, że spektakl bierze udział w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, a na widowni był jeden z konkursowych komisarzy-recenzentów. Nie mniej interesujące jest to, czy i jakie refleksje u widzów doświadczających najzupełniej współczesnych polskich konfliktów, społecznych uprzedzeń, głębokich podziałów i narastającej agresji, przywoła historia wywiedziona z zamierzchłej i zapoznanej już przeszłości.

Z ciekawostek odnotujmy debiut na zawodowej scenie studenta IV roku wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie Jana Kowalewskiego (gra cytującego "Testament mój" Słowackiego naczelnika imaginacji o narodowym powstańczym zrywie przeciw zaborcom), młodzieńca, który ledwie tydzień wcześniej na scenie AST grał w spektaklu dyplomowym autorsko wyreżyserowanym przez legnicki duet PiK. Inną z ciekawostek jest fakt, że autor sztuki Krzysztof Kopka dopiero podczas sobotniej premiery obejrzał sceniczne efekty pracy nad realizacją swojego dramatu, który stęskniona teatru publiczność nagrodziła oklaskami na stojąco.

Grzegorz Żurawiński