Za parę tysięcy i trochę starań można mieć chwilę podziwu i poczucia wyjątkowości. Rekord – powód do zapamiętania człowieka i dowód na jego istnienie. Okazuje się, że skuteczniejszy od machania łopatą od rana do nocy, choć tak niepoważny i dziecinny. W comiesięcznym felietonie z cyklu "5000 znaków" pisze Magdalena Drab.

 
„Niechże owładnie duszą jakaś święta ambicja, byśmy niezadowoleni tym, co przeciętne, dążyli do tego, co najwyższe, wytężając w tym celu wszystkie swe siły” – rzecze legendarny coach ludzkości Giovanni Pico della Mirandola. To on, już w XV wieku, nazwał nas kowalami własnego losu czy wręcz cudami. Jego stwierdzenia wydają się dość brawurowe jak na czasy, w których żył, ale przyjęły się i przetrwały do dziś, zamieniając się z czasem we wspierający slogan.

Z "Mowy o godności człowieka" Mirandoli tchnie uniesienie i zachwyt nad istotą ludzką, która stworzona została po to, by móc docenić kunszt wielkiego artysty – Boga i kontemplować jego doskonały wszechświat. Bóg Mirandoli nie wyznacza człowiekowi żadnych granic. Twierdzi, że w odróżnieniu od innych istot nasza natura nie została określona, nie jesteśmy tworami ani ziemskimi, ani niebiańskimi, ani śmiertelnymi, ani nieśmiertelnymi, i że „jako swobodny i godny siebie twórca i rzeźbiarz” człowiek może sam siebie nieustannie kreować, zdobywając kolejne przestrzenie. Podniosły wykład Mirandoli w XV wieku mógł być skierowany może do pięciu procent społeczeństwa – tych lepiej urodzonych, którzy mieli dostęp do praw czy edukacji. Przeciętny wieśniak nie czytał Mirandoli, bo nie umiał. I całe szczęście. Omijała go frustracja spowodowana szeregiem ograniczeń i koniecznością machania łopatą od rana do nocy zamiast pełnienia wzniosłej funkcji kontemplatora rzeczywistości. O tej porze zapewne skubałby pierwiosnki spomiędzy traw i próbował zagłuszyć nimi głód typowy dla przednówka. Nie miałby wątpliwości, że jest istotą ziemską, do ziemi przywiązaną i w pełni od niej zależną.

Istoty ziemskie dziś także stanowią przeważającą część ludzkości. Przeciętność dotyka prawie każdego. Taka jest jej natura i funkcja. Zaś bycie najlepszym, największym, najbardziej jakimś to funkcja elitarna. Przedrostek „naj-” stanowi samotne brzemię. Ale ludzie mimo to marzą, by choć na chwilę wybić się ponad poziom przeciętniaka, zwalczyć grawitację, dać wywiad do lokalnej gazety, przytulić jakiś dyplom i ogrzać się w cieple certyfikatu.

Ashrita Furman pobił w życiu ponad sześćset rekordów. To najwięcej na świecie. Musiał pobijać przynajmniej jeden miesięcznie, i tak przez ponad czterdzieści lat. Historia Ashrity to typowa amerykańska bajka. Opowiada o niewysportowanym nerdzie, który wpatrywał się w kolorowe albumy z rekordami Guinnessa, ale nie wierzył w siebie. Aż do dnia, gdy dobra wróżka w ciele przywódcy duchowego Sri Chinmoya zachęciła chłopca do pójścia na bal, czyli wystartowania w dwudziestoczterogodzinnym maratonie kolarskim. Od tamtej pory Ashrita Furman postanowił regularnie pobijać jakiś rekord i tym sposobem przebył milę, skacząc na piłce po Murze Chińskim czy na drążku pogo po dnie Amazonki. Balansował też kijem bilardowym wśród egipskich piramid i na piłce w cieniu Stonehenge. Ścigał się z leniwcem przyczepionym do torsu i z jajkiem na łyżce, łapał ustami pomidorki koktajlowe, stojąc na grzbiecie słonia, przecinał w powietrzu jabłko mieczem samurajskim i marzył o zdobyciu Machu Picchu na szczudłach. Patrzę na Ashritę i myślę – może niesprawiedliwie – co za szczęściarz, nigdy nie był dorosły.

Rekord jest dziecinny. To odruch pierwotny. Cudownie pozbawiony sensu i celu. Biuro rekordów melduje: najdłuższy wąż z foteli biurowych, najdłuższa linia z grillowanych kurczaków, buldog przejeżdżający na deskorolce pomiędzy nogami aż trzydziestu osób, najwyższa wieża z naleśników, największy pompon na świecie, największa prywatna kolekcja głazów narzutowych, najdłuższy kij do selfie, najdłuższy włos na brwi, najwięcej prętów zgiętych na głowie, najwięcej orzechów rozbitych czołem, najwięcej łyżek przyklejonych do ciała. Jest to jakiś rodzaj wielkości, choć tandetnie wykonanej, posklejanej ze sztućców i resztek jedzenia. Nasuwają się pytania: czy ci ludzie nie mają poważniejszych spraw na głowie? Czy to ładnie tak się popisywać w dorosłym życiu?

Mirandola nie miał racji. Człowiek ma ziemską naturę i cudowną potrzebę rywalizowania z nią. Ta potrzeba nie jest realna, wcale nie jest praktyczna. Aby pobić rekord, nie wystarczy tylko chcieć. Za marzenia trzeba płacić, i to od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Jeśli wszystko się uda, rekord zostaje uznany i udokumentowany specjalnym certyfikatem. Drukują nazwisko zwycięzcy w książce, która ma wystarczająco egzemplarzy, żeby ślad po zwycięstwie nie spłonął w pierwszym lepszym pożarze. Za parę tysięcy i trochę starań można mieć więc chwilę podziwu i poczucia wyjątkowości. Rekord – powód do zapamiętania człowieka i dowód na jego istnienie. Okazuje się, że skuteczniejszy od machania łopatą od rana do nocy, choć tak niepoważny i dziecinny.

Kontempluję uczucia rekordzistów, naiwny entuzjazm Mirandoli i jego wiarę w nieograniczony potencjał. To przyjemny rodzaj odurzenia. Zabawa jest wartością, a rekord to kuracja odmładzająca. Pozwala czasowo oderwać się od ziemi. Posąg Nike nie ma głowy ani rąk. Tylko skrzydła.

(Magdalena Drab, "Rekordowo", miesięcznik Teatr, nr 4/2021)