W wielkanocny poniedziałek 5 kwietnia zmarł Krzysztof Krawczyk. Przez pół wieku był jedną z największych polskich gwiazd estrady. Był też jedną z ważnych postaci legnickiego hitu teatralnego, jakim jesienią 2004 roku stało się "Made in Poland" w autorskiej reżyserii Przemysława Wojcieszka. Tak o tym wydarzeniu pisał bezpośrednio po premierze Paweł Jantura w legnickim tygodniku Konkrety w tekście nieprzypadkowo zatytułowanym "Życzenia od Krawczyka".


Dwugodzinny spektakl dzieła czołowego buntownika polskiego kina był premierą podwójną. Bo to pierwsze nowe przedstawienie w nowym sezonie (2004/2005 - @KT) Teatru im. Heleny Modrzejewskiej, a zarazem inauguracja projektu Scena na Piekarach. Efekt? Zanosi się na hit na miarę "Ballady o Zakaczawiu".

Krzysztof Krawczyk to nie jest jakiś ćwok śpiewający cygańskie przeboje na weselach. To ktoś większy, znacznie większy. On jest... k...., no nie wiem, jak ci to wytłumaczyć, żebyś zrozumiał i nie zadawał głupich pytań. To jest... ktoś taki jak my, tylko większy. Jego życie jest takie jak nasze, tylko że on to już wszystko przeżył, rozumiesz? - mówi Fazi, szef windykatorów, nie przestając kopać głównego bohatera - Bogusia. Ten wcześniej rozbił mu w imię rewolucji luksusowego leksusa. Koniec życia 20-letniego Bogusia wydaje się bliski. Jednak życie ratuje mu Krzysztof Krawczyk. Bo Fazi ma zasady i nie zabija fanów tego kultowego piosenkarza.

Jak u Tarantino

Wywód Faziego na temat Krawczyka przypomina słynny przedegzekucyjny monolog Samuela L. Jacksona z "Pulp Fiction" Quentina Tarantino. Dlatego nie brakuje w nim, jak i w całym "Made in Poland" - wulgaryzmów. Język, którym posługują się bohaterowie Wojcieszka, odgrywa ważną rolę, bo jest prawdziwy. Taki, jakim posługują się młodzi ludzie z blokowisk. Ale czy "Made in Poland" to sztuka o blokowisku i blokersach? Zdecydowanie nie. Tak, jak zresztą zapowiadał przed premierą jej twórca - Przemysław Wojcieszek.

W poszukiwaniu sensu życia

Tekst "Made in Poland" Wojcieszek napisał pięć lat temu. Miał być to scenariusz filmowy, ale nikt nie zdecydował się na sfinansowanie takiej produkcji. - Legnicki teatr, jako jedyny, odważył się wystawić mój tekst. Stąd mój debiut teatralny. W przyszłym roku mam jednak nadzieję rozpocząć pracę nad filmem "Made in Poland" - powiedział Wojcieszek. - Blokowisko jest tylko miejscem akcji. A tematem jest poszukiwanie sensu życia przez młodego człowieka, mieszkańca betonowej dżungli - twierdzi twórca "Made in Poland".

Dwudziestoletni Boguś po pięciu latach ministrantury rzuca komżę na podłogę, tatuuje sobie na czole "fuck off", bierze w dłoń metalowy pręt i rusza między bloki. Zaczyna swoją prywatną rewolucję, demolując, co popadnie. Jest przeciwko wszystkim. Boguś nienawidzi całego systemu społecznego: państwa, szkoły, telewizji, Kościoła. Podważa wszystkie istniejące wartości. Odwraca się od swojego byłego guru - księdza i szuka rady na życie u nauczyciela - ateisty i alkoholika. Ten nie popiera jego rewolucji, najpierw odsyła go do psychiatry, a później do twórczości Władysława Broniewskiego. "W niej są zawarte wszystkie odpowiedzi" - mówi Wiktor do Bogusia.

Powrót do społeczeństwa

Zdegenerowany nauczyciel, który przez alkohol stracił rodzinę i dom, doradza młodemu buntownikowi, by kochał. Ważną sceną jest konfrontacja, swoisty pojedynek autorytetów Bogusia - księdza z nauczycielem. Obaj wypadają w nim blado, na końcu rzucając się sobie do gardeł. Boguś jest zawiedziony, ale jednocześnie uratowany. Oświadcza się Monice. To już koniec rewolucji Bogusia. Wrócił do systemu, pewnie zacznie normalnie żyć. Pójdzie do uczciwej pracy, znów będzie pomagał księdzu przy remoncie kościelnego dachu. Człowiek ma prawo błądzić, szukać sensu życia. "Kim jestem?" - zadaje sobie pytanie główny bohater "Made in Poland". Na koniec sam sobie odpowiada: "młodym katolikiem".

Boguś wraca do społeczeństwa i jego wartości. Tak, jak to zrobił inny bohater "Made in Poland" - Krzysztof Krawczyk. On też grzeszył, a potem wrócił do Boga, wyjechał za granicę, by wrócić do ojczyzny i dawać ludziom takim jak matka Bogusia szczęście swoimi piosenkami. Już po spektaklu pojawia się... Krzysztof Krawczyk (projekcja na ekranie rozwieszonym na szczytowej ścianie dziesięciopiętrowego bloku - @KT). - Cześć Piekary! - wita się z widownią. Następnie składa życzenia Bogusiowi i Monice, a w ślubnym prezencie wykonuje dla nich piosenkę.

Czy "Made in Poland" okaże się hitem na miarę "Ballady o Zakaczawiu"? Pierwsze opinie wskazują, że to wielce prawdopodobne. Sam Wojcieszek po premierowym przedstawieniu nie ukrywał zadowolenia. - Muszę jeszcze ochłonąć, ale to było to, o co mi chodziło. Nie ma w kraju drugiego takiego zespołu aktorskiego jak w Legnicy - skomentował Wojcieszek. I rzeczywiście. Aktorzy znakomicie poradzili sobie z tekstem laureata tegorocznego festiwalu w Gdyni za reżyserię. Wspaniały był aktor Teatru Współczesnego Eryk Lubos jako Boguś. No i tradycyjnie ciągnący spektakl Janusz Chabior i Przemysław Bluszcz.

Na "Made in Poland" naprawdę warto się wybrać. Sam Wojcieszek twierdzi, że to spektakl również dla tych, którzy do teatru nie chodzą. I ma rację. Bo nawet ci, którzy nie zrozumieją przesłania jego tekstu, nudzić się nie będą.

(Paweł Jantura, "Życzenia od Krawczyka", Konkrety nr 48/2004).