Marszałek Przybylski nigdy nie miał łatwo z uzasadnianiem swoich nominacji, a teraz jest chyba pod ścianą. Nie ma się kim zasłonić, na kogo zrzucić odpowiedzialności. Powtarzam: nikt nie rzucił rękawicy Jackowi Głombowi. Zachowajmy optymizm w parszywych czasach.  W swoim teatralnym "Kołonotatniku" pisze Łukasz Drewniak. Fragment poniżej.

(...)

Jest to na pewno jedna z niewielu naprawdę pozytywnych wiadomości ostatnich miesięcy. Otóż okazało się, że do konkursu na dyrektora Teatru Modrzejewskiej w Legnicy zgłosił się tylko jeden kandydat. Jeden. Nazywa się Jacek Głomb i prowadzi ten teatr od 27 lat. Mówcie, co chcecie, ale dla mnie to piękny i słuszny gest, symbol środowiskowej solidarności. Oznacza, że nie znalazł się żaden łamistrajk, żaden karierowicz, żaden pseudoreformator, nikt nie chciał skorzystać z okazji i przejąć legnickiego teatru z pomocą marszałka województwa dolnośląskiego. Wszyscy ludzie teatru: z lewicy, prawicy i naszego zdroworozsądkowego liberalnego środka, zachowali się wreszcie po prostu przyzwoicie. Stało się to, co powinno się było stać parę razy wcześniej przy innych konkursach. Kiedy środowisko teatralne jednoczy się wokół jakiejś idei czy osoby, utrudnia władzy lokalnej czy ministerialnej wszelkie machinacje. Decyzja o wyrzuceniu dyrektora traci merytoryczne podstawy, intencje władzy zostają obnażone: nie ma się za kim schować, część retoryki pokonkursowej zostaje pozbawiona sensu i racji.

Oczywiście sam start Głomba jako jedynego kandydata w konkursie nie oznacza wcale, że Głomb ocalał, że Głomb jest bezpieczny i wygrał. Jeszcze nie. Ale brak kontrkandydatów jest jak wybór przez powszechną aklamację, potwierdza autorytet reżysera w środowisku i podejrzenie, że póki co nie sformułowano lepszego pomysłu na prowadzenie sceny publicznej w Legnicy. Nie wiem, kto będzie w komisji konkursowej, bo to się okaże na dniach, i nie wiem, jak komisja oceni ofertę dyrektorską Głomba, czy w ogóle rekomenduje go na to stanowisko, a jeśli rekomenduje, to czy marszałek zatwierdzi kolejną kadencję szefa legnickiej sceny. Trudno jednak będzie teraz urzędnikom argumentować, że program Głomba był słabszy od konkurenta, że inne wizje podobały się komisji bardziej. Póki co jest jeden pomysł na Legnicę. Skoro nie wymyślono innego, znaczy, że ten jest najlepszy, że nikt nie dał rady podważyć jego założeń. Jeśli członkowie komisji uważaliby, że istnieje, powinni byli chyba sami startować w konkursie, prawda? Choćby po to, żeby idea się nie zmarnowała.

Podobno Jacek Głomb wysłał wraz ze swoją ofertą 115 rekomendacji od ludzi teatru. Za jego kandydaturą optowały osoby skądinąd hołubione na prawicy: Piotr Tomaszuk i Patryk Kencki. Patryk Kencki w swojej laudacji dyrekcji Głomba odwoływał się do sumień i wiedzy przyszłych członków komisji. Wypunktował, że to od nich zależy los legnickiego zespołu, że niegłosowanie na Głomba udowodni tylko ich niewiedzę, brak orientacji we współczesnej historii polskiego teatru, działanie na szkodę i podwójne standardy. Cenię sobie ten tekst, a właściwie list otwarty, i bardzo za niego doktorowi Kenckiemu dziękuję, bo może się okazać, że głos Kenckiego będzie głosem przeważającym szalę. Albowiem mam takie podejrzenie, że Kencki apeluje sam do siebie lub do kolegów z portalu Teatrologia.info, skąd bardzo często ministerstwo rekrutuje ekspertów do komisji konkursowych. Sam Kencki w paru komisjach już zasiadał i akurat ich wybory były dość szlachetne.

Jednak nie byłbym sobą, gdybym nieco złośliwie nie przypomniał, że o podobną, co w przypadku Głomba, solidarność i przyzwoitość, o nieułatwianie władzy kontrowersyjnych zmian personalnych apelowaliśmy w podczas konkursu na dyrektora Instytutu Teatralnego. Wtedy niestety pojawił się jeden jedyny kandydat-rozłamowiec, startujący przeciwko Dorocie Buchwald. Nazywał się Patryk Kencki. Cieszę się, że kilka lat później Kencki rozumie już, że słuszniej jest dyrektorów bronić, niż ich obalać. Że są w polskim teatrze sprawy wspólne, w ramach których powinniśmy się jednoczyć niezależnie od poglądów politycznych i pozycji w świecie naukowym. Wtedy takim dobrem był Instytut, teraz jest Legnica. Jak pali się dom rodzinny, to nie kłócimy się ze szwagrem o to, kto wyjada z lodówki kiełbasę połtawską. Z sympatii do odmienionego Patryka Kenckiego jestem gotów przyjąć, że wówczas z cichym poparciem ministerstwa do władzy w Instytucie rwał się jakiś inny Patryk Kencki, całkowitym zbiegiem okoliczności noszący to samo nazwisko, co nasz Patryk Kencki. Tamten zły Kencki przegrał i zniknął, dobry Kencki z nami pozostał. Słucha mądrych rad wróża Łukasza i znów ma rację.  

A więc za Głombem są wszyscy. W styczniu byłem pesymistą, teraz mam już cichą nadzieję. Wtedy bałem się, że już pozamiatane, w desperacji liczyłem, że Głombowi ostatecznie pomoże ulica, czyli wywołane pandemią, kryzysem i zamordyzmem władzy przesilenie polityczne, demonstracje, protesty i strajki o takiej skali, przy której problem obsady dyrekcji w Legnicy będzie dla dolnośląskich aparatczyków bzdetem niewartym uwagi. Teraz pojawiła się właściwie dużo lepsza opcja: podział klubu Bezpartyjnych Samorządowców, widmo utraty większości na Dolnym Śląsku przez PiS i koalicjanta. Podobne procesy zachodzą już w województwie świętokrzyskim. Monolit się sypie. Kłótnie wśród ludzi marszałka, polityczne gry i targi o stanowiska mogą poprawić sytuację Głomba. W czasie zamętu nie podejmuje się kontrowersyjnych roszad personalnych, wbrew logice, wbrew dobrym urzędniczym obyczajom, bo może to wykorzystać jakiś świeży wróg. Marszałek Przybylski nigdy nie miał łatwo z uzasadnianiem swoich nominacji, a teraz jest chyba pod ścianą. Nie ma się kim zasłonić, na kogo zrzucić odpowiedzialności. Powtarzam: nikt nie rzucił rękawicy Jackowi Głombowi. Zachowajmy optymizm w parszywych czasach.  

(Łukasz Drewniak, "K/287: Kołonotatki o rewolucji (2)", https://teatralny.pl, 31.03.2021)