Podniecenie zbliżającą się decyzją Jacka Głomba o ewentualnym przystąpieniu do konkursu na stanowisko dyrektora THM (Teatru im. Heleny Modrzejewskiej - @KT) na kolejne sezony osiągnęło zenit tuż przed konferencją w Starym Ratuszu 17 lutego 2021 roku. Legnickie media, w tym zakolegowane wrocławskie radio i telewizja, i wp.pl – pisały na wyścigi, powtarzając treść zawiadomienia o warunkach konkursu ogłoszonych przez Marszałka, a po nim przez środki masowego przekazu. Felieton Adama Kowalczyka.


To może wyglądana najważniejsze wydarzenie kulturalne tej zimy. Portale, które zazwyczaj nie odnotowują ani kolejnych premier, ani pandemicznych czytań, odcinków serialu "5.0" – teraz napisały. Wzmożenie. Niektórzy nadawali temu zdarzeniu bardzo dramatyczne kształty pisząc o czarnym scenariuszu, jakby decyzja Marszałka była wręcz wezwaniem na kaźń. Z powodu (niezrozumiałego i nierozumnego?) uporu Wrocławia stosowano w publicystyce nawet szydercze apostrofy do Marszałka i usiłowano śmieszny, ale nie aż tak mocno lapsus: pełny komplet – uczynić awatarem nieudolnej i językowo koślawej, i w ogóle – wykoślawionej politycznie władzy województwa. Po zakomunikowanej przez Jacka Głomba decyzji o przystąpieniu do konkursu – zapadła cisza. Wierzganie, kopniaki na oślep i stan zbliżony do histerii – ustały. Jakby.

Ale wyczuwa się rosnącą presję. Ostrzy się ołówki. Zapewne ofensywa podczas postępowania nie osłabnie i tych dziewięciu, którzy staną się konkursową komisją mocno odczuje zwiększające się pomału ciśnienie. Medialna otulina teatru, która aktywowała się po terminie ogłoszenia konkursu wróciła do już otartych jak majeranek grepsów o długoletnich zasługach, o niewzięciu pod uwagę setek głosów, o wsparciu osobistości świata kultury. Listach, apelach, petycjach, adresach, podpisach, przykładach asymetrii i temuż podobnież.

Piszący stale tą metodą sytuują wydarzenie w mocno opatrzonym i nieco zdezelowanym sztafażu. Kiedy padnie hasło Konkurs!, z kulis wypadają żurnaliści obwieszeni aparatami, dyktafonami i mikrofonami w kolorowych piankowych osłonkach z logotypem. Taszczą z pośpiechem parawany i rollupy, na których wymalowana jest kronika dokonań teatru, trupie czaszki i sztylety godzące w siedzibę Marszałka, flaga KOD i lista poparcia ludowej publiczności, a nawet zdjęcie stołecznej aktorki i plakaty z licznych tournèes. Trochę w manierze "Kabereciku": w popłochu, przepychaniu i byle zdążyć. I wreszcie, po tak zbudowanym napięciu – ogłoszenie tekstu ze zdumiewającym zdaniem, że dyrektorowi jest po ludzku przykro.

Po ludzku przykro? How fragile we are. Czy zadbano o czyjąkolwiek kruchość i przykrości, wystawiając "Hymn narodowy"? Zapraszając pajacynkarkę Jachirę Klaudię w rocznicę stanu wojennego? Czy zachcianka, aby pogadać z Rosjanami w Legnicy po 20 latach od ich przepędzenia nie powinna obudzić refleksji o możliwych przykrościach? Czy nie były przykre te sabaty KOD pod teatrem i sądem prowokujące napięcia w związku z ratowaniem sędziów, sądów, konstytucji, prawa kobiet do aborcji, kobiet w ogólności, społeczności elgiebeteplus, budżetu unijnego, uchodźców, Lecha Wałęsy i czort wie jeszcze kogo i czego? To jest to konieczne coś, mamy to w pakiecie: sukcesy Modrzejewskiej muszą mieć takie pozateatralne opakowanie. Koniec.

Czy nie miesza się tu jednak porządków niemieszalnych? Domniemane polityczne motywacje konkursu bolduje się w każdym zawiadomieniu o zagrożonym losie THM jako efekt mściwości i ułomności władzy (dobra – he,he – zmiana), z drugiej strony polityczne zaangażowanie teatru ma być przywilejem i nienaruszalnym dobrem, od którego odstąpić nie można w imię wolności, artystyczności i w ogóle.

Dzieją się i działy w teatrze legnickim niewątpliwie ciekawe rzeczy. Może nawet nadal dziać się będą. Ale były także zdarzenia, które, mówiąc nie wprost – z motywacjami artystycznymi niewiele miały wspólnego. Na dodatek teatr prócz ciekawych poszukiwań komedii albo wymuszonego, ale interesującego eksperymentowania z hybrydami (scena plus streaming), czytań performatywnych daje także tło dla niebywale prymitywnego bluzgu. Jak zrozumieć zawiadomienie o przykrościach przeżywanych przez Jacka Głomba? Albo wyznania zuchów z jego drużyny, że nastroje w zespole są niefajne? Publicyści grają na emocjach? Czasami mówią też o wolności.

Sytuacja, w jakiej znaleźli się aktorzy, jest powtarzalną sytuacją rozmaitych zespołów, których szefowie przychodzą i odchodzą: szkół, szpitali, parafii (tak!), spółek. Czy nie jest tak, że nauczyciele przywykli do swojego dyrektora i tworzą drużynę (no, ekipę), w której wszystko gra, o ile prowadzi ją ten właśnie, a nie inny szef? I każda zmiana to granie zmienia, może niekoniecznie psuje, ale zmienia. Na gorsze, na lepsze – jakimś nieprzewidzianym kosztem – zmienia. Niechajby zawsze było tak, jak jest od dwudziestu iluś lat. Amen!

Luksus stałości z fetyszem wartości dodanej nad głowami. I jeszcze, koniecznie! – żeby ten mecenas, samorządowy czy państwowy (i tak się nie zna) – nie wtrącał się w robotę. Pewnie, teatr to co innego niż szpital (albo parafia!). Tu jest brand, festiwale, fejm. Sztuka. W szpitalu nie trzeba przecież dobierać zespołu, myśleć długofalowo, orientować się w trendach i nowinkach, pilnować marki, dbać o klientelę. O parafii to w ogóle szkoda gadać! Czy tam – szkole albo zakładach naprawczych taboru.

Często stawia się sprawę tak: czy byście zmieniali na przykład Jana albo Macieja Englerta, albo innego sławnego dyrektora w powodzeniu i pełni dyrektorskich sił? To podstępne pytanie ma zbijać z pantałyku i odbierać mowę, ale – może mało chytrze – odpowiedzmy pytaniem na pytanie: czy ci inni zacni dyrektorzy też, jak Jacek Głomb – tak bardzo rozwijają skrzydła poza teatrem? Jeśli teatr nie wystarcza, jeśli teatr nie wypowiada tego wszystkiego, co chciałby powiedzieć obecny dyrektor, jeśli potrzebuje innych przestrzeni, obszarów, środowisk, jeśli chciałby animować coś innego, pozateatralnego, nieteatralnego – to czemu zgadza się na bycie zaledwie dyrektorem teatru?

Narastająca ekscytacja zbliżającym się rozstrzygnięciem wyjaskrawia jeszcze jedno. Media są w tej sprawie zadziwiająco (?) jednomyślne. Relacjonują sprawę jednako – i tę szacowną przeszłość teatru, i zawziętość władz prących do konkursu (czytaj: uwalenia obecnego dyrektora), i determinację widzów zdecydowanych petycjami bronić teatru, i trwogę aktorów – wszystko sformatowane i w treści, i w formie i pod każdem innem względem. I niechby się ktoś ośmielił mieć wątpliwość – zaraz pokażą, jak to z tym pluralizmem ma być!

O własnych doświadczeniach w tym temacie już pisałem, więc poniecham, choć wykazują one niedziwne wcale podobieństwo do przypadku, jaki spotkał publikującą na stronie "Ciekawostki teatralne" anonimową autorkę. Została pouczona, wielce obcesowo i z dużej góry, że urzędnicy wrocławscy po zrobieniu zrzutów ekranu z opublikowanych jej nieładnych pytań o długie dyrektorowanie Jacka Głomba w Legnicy, potrafią je wykorzystać. W odpowiednim momencie, jak napisał samozwańczy cenzor. Kneblowanie więc, stawianie pod ścianą, wykluczanie z rozmowy. I wyraźna sugestia: siedzieć cicho, zsynchronizować się z przykrością i trzymać kciuki.

Taką samą propozycję dostałem już trzykrotnie. Próbowano też zastraszania – wrzucono mi do skrzynki pocztowej Dekoder – biuletyn KOD. Horror! Napięcie rośnie.

(Adam Kowalczyk, "Wzmożenie z przykrością w tle", http://www.gazetapiastowska.pl, 19.02.2021)