Społeczeństwo spektaklu jeszcze gra, ale głównie online. Zmartwienie Guya Deborda, że wszystko „co dawniej przeżywano bezpośrednio, oddaliło się, przybierając formę przedstawienia” wydaje się dziś dość wybujałą pretensją. Oddalenie wzrasta, wszechświat rozszerza się, a wielu elementom naszej rzeczywistości grozi zanik. W comięsięcznym felietonie pisze Magdalena Drab.


Koncepcja świata-teatru czy świata jako performance’u nie zdążyła się jeszcze całkiem zużyć, a już zaczęła zastępować ją inna forma. Świat-akwarium mieści się w całości za szybą. Skrupulatnie opancerzony, nietykalny wciąż wypełniony jest grą, ale aktorom stopniowo ubywa gestów.

Podobno najpopularniejszy i jedyny, któremu nie grozi wymarcie, to dłoń poruszająca się w dwuwymiarowej płaszczyźnie na wysokości twarzy. Ciało przestaje uczestniczyć w komunikacji ograniczone do gadającej rozpikselowanej głowy. Ubywa środków, trudniej dzielić się emocjami, a bariery nakładają się i mnożą. Jedno akwarium kryje kolejne i kolejne, jak niekończąca się szklana matrioszka. Ludzie za szybami aut i wieżowców, wpatrują się w szybki telefonów albo w szybki komputerów. Czasem wychodzą zza swoich szyb, żeby kupić od sprzedawczyni ubranej w szybkę i stojącej za szybką worek ziemniaków. I te ziemniaki, niemal jak część ciała, zmieniają obywatelstwo, wędrując z jednego szklanego państwa do drugiego. Z krainy za szybką do krainy przed szybką. Podawane z nieufnością, podejrzane, skażone, szmuglowane przez szklaną granicę z braku alternatywnych rozwiązań. Niby wszystko jest nadal dobrze widoczne, niby wiadomo, gdzie góra, a gdzie dół, ale dostać tego nie można. Spektakl trwa, ale prawdziwe, namacalne uczestnictwo staje się niemożliwe. Ludzie oglądają za szybami to, czego nie mogą mieć. Kruche szkło okazuje się bardzo skuteczną i nieprzekraczalną barierą.

Podobno powstał w społeczeństwie nowy, dziwny zwyczaj. Ludzie chodzą na spacery do galerii handlowych. Nie na zakupy, ale na zwykłe spacery, żeby rozruszać nieco ciało i pooglądać widoki. Właściciele sklepów skarżą się, że spacerowicze nic nie kupują. Oglądają sobie wystawy, często całymi rodzinami. Wchłaniają rozpylone w powietrzu substancje zapachowe i fantazjują o naciągniętych na manekiny jedwabnych piżamach. Ich twarze odbite w szybach sklepowych wystaw bardzo ładnie wpisują się w ustawione za nimi kreacje. Robią sobie zdjęcia całymi rodzinami. Chcą mieć coś z życia, więc organizują sobie wyjścia do jedynych dostępnych w okolicy atrakcji. Cieszą się, że mogą pooglądać stary, dobry spektakl, nawet jeśli produkty za szybami są już dla nich nieosiągalne, bo stracili pracę albo boją się, że wkrótce ją stracą. Nikt przecież nie sprawdzi, czy udało im się coś kupić. Nikt się nie dowie, że nie. Muzyka gra, lampki migają, podłoga czysta… Jak przekonuje bohaterka książki „Jak pokochać centra handlowe”: „Trwanie w komercyjnym rozświetlonym bezczasie uspokaja”. Pozwala znów z przekonaniem zagrać rolę ustabilizowanego i zadowolonego przedstawiciela klasy średniej zamiast bezsensownie kręcić się po domu albo po parku. Parki są przecież dla bezdomnych.

W teatrze w moim mieście (autorka felietonu mieszka we Wrocławiu - @KT) też trwa performance, ale prawdziwy. Codziennie wieczorem w porze spektaklu w teatrze siedzi aktor. Siedział w domu, teraz siedzi w pracy, ale pracować nie może. Siedzi za szybką. Ludzie idą ulicą, czasem przystają, a aktor siedzi. Popatrują na niego. Będzie tak siedział do dwudziestej pierwszej trzydzieści, pory w której zwykle kończył się spektakl. Patrzę na aktora. Zastanawiam się, co myśli. Może zastanawia się, czy siedzieć w temacie czy prywatnie. Może postanawia, że spróbuje w temacie, skoro jest w miejscu pracy. W temacie, czyli jak? Na smutno? Bo na wesoło to chyba nie... Chyba na smutno, ale może z małym akcentem pozytywnym. Z lekkim uśmiechem, ale takim trochę melancholijnym. Z tak zwaną nadzieją. Nie graj nic - powtarza aktorowi wewnętrzny głos. Albo graj. Od tego przecież jest aktor, żeby grać, żeby siedzieć profesjonalnie i w temacie. Widzowie patrzą. Nie mogą oglądać, ale popatrują. Aktor za szybą prowadzi monolog wewnętrzny. Cieszy się, że tak jakby jest w pracy, ale zaraz przypomina sobie, że miał w tym dniu być w pracy znacznie bardziej i humor mu się psuje. Aktor próbuje kształtować swój monolog wewnętrzny. Rozmyśla o tym swoim siedzeniu. To dobrze. Aktor powinien ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy. Długotrwały brak praktyki może się przecież jakoś odbić na sprawności. Dlatego aktor skupia się i gromadzi energię. Normalnie byłby teraz w pracy. I jest przecież, chyba, trochę, jakby…

Za setkami szyb rozkwitają akwariowe performance’y. Jedne zaplanowane, inne przypadkowe. Dobry performance jest prosty. Często nie różni się zanadto od życia. W świetle reflektora, na podwyższeniu nagle ukazuje się myśl. Znajoma, podobna do czegoś…

(Magdalena Drab, "5000 znaków. Performatywnie", miesięcznik Teatr, nr 1/2021)