O ileż przyjemniej byłoby pisać o konkretnym spektaklu. Od prawie roku szykowałem wyprawę do Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy na inscenizację scenariusza Ingmara Bergmana "Fanny i Aleksander". Wyreżyserował ten tekst Łukasz Kos, twórca trochę zepchnięty na margines, a znajdujący się w dobrej, dojrzałej formie, sądząc choćby z "Iliady" zrealizowanej poprzednio na tej samej scenie, czy z "Wieczoru Trzech Króli" w lubelskim Teatrze im. Osterwy, jeszcze przed zmianą tam dyrekcji. Pisze Jacek Sieradzki.


Ciągnęło mnie jednak nie tylko nazwisko reżysera, ale i sam tytuł, nieczęsto grany i niezbyt na pierwszy rzut oka pasujący do afisza legnickiej sceny. Nieliczne głosy po premierze w lutym ubiegłego roku były w większości entuzjastyczne.

Aliści przyszedł wirus i zamknął teatry. Pozwalał później, łaskawca, w lecie i na początku jesieni na ich krótkotrwałe otwarcie, ale tego przedstawienia permisja nie mogła objąć: Kos zaplanował wędrówkę po całym teatrze, założył więc ograniczoną liczbę widzów. Gdyby redukować ją jeszcze do dwudziestu pięciu procent, czego żądały przeciwpandemiczne przepisy, aktorów byłoby więcej niż oglądających. Zatem wieloosobowe, rozbudowane, precyzyjnie jak słychać skonstruowane widowisko, po sześciu prezentacjach trafiło do zamrażalnika nie wiadomo na jak długo; w chwili, kiedy to piszę, w połowie stycznia 2021, żadne perspektywy nie rysują się na horyzoncie. Śmialiśmy się z Jackiem Głombem, że legnicka inscenizacja ma szansę trafić do zacnego korpusu teatralnych legend: przedstawień, które opromienia aura arcydzieła, choć mało kto je widział.

Śmiech okazał się jednak cokolwiek wisielczy. Jesienią marszałek województwa dolnośląskiego ogłosił chęć pozbycia się Głomba z Legnicy za rok, gdy dyrektorowi teatru upłynie kontrakt. Żeby być ścisłym, komunikat urzędu ubierał ten zamiar w inne słowa: zapowiadał rozpisanie wiosną konkursu na szefa sceny. Ale to taka maseczka tylko, bynajmniej nie covidowa. Jeśli ktoś z czytelników byłby gotów przyjąć za dobrą monetę zapewnienia marszałkowskich skrybów, że konkurs będzie krystalicznie uczciwy, liczyć się będą jedynie względy merytoryczne, a Jacek Głomb może go oczywiście wygrać, jeśli tylko będzie wystarczająco dobry – niech się łaskawie odezwie do redakcji, Zyskamy dowód, że podgatunek ludzkiej fauny zwany ostatni naiwni nie wyginął jeszcze ze szczętem.

I tak wisi nad zamkniętym przez wirusa teatrem w Legnicy marszałkowski miecz Damoklesa, inny niż grecki pierwowzór p wisi, żeby spaść – a porządni ludzie, stowarzyszenia przyjaciół teatru, jego widzowie, ostatnio większość dyrektorów polskich scen, podpisują apele, żeby tę groźbę zdjąć. Mają argumenty. Ale czy cień nadziei? Perswadowanie czegoś wrocławskim mądralom politycznym było przecież już ćwiczone przy okazji zatapiania Teatru Polskiego. Ze skutkiem równym wysyłaniu poezji analfabetom.

Przed trzema laty Jacek Głomb z całym Teatrem im. Modrzejewskiej otrzymał nagrodę im. Konstantego Puzyny przyznawaną przez redakcję „Dialogu” za działalność teatralną łączącą, jak chciała patron, sztukę i życie, twórczą oryginalność z zaangażowaniem w sprawy publiczne. Wygłaszałem laudację w teatralnej kawiarni. I musiałem powiedzieć zebranym, że ćwierć wieku wcześniej byłem skłonny postulować likwidację tego teatru. Odegraliśmy z Głombem – nie umawiając się – klasyczną scenkę ze starego serialu. Wiedziałem o tym – powiedział, wysłuchawszy moich tłumaczeń – czekałem, czy się przyznasz.

To było chwilę po odzyskaniu niepodległości. Przy Izabeli Cywińskiej, będącej ministrem kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, działała Rada Teatru próbująca wypracować nową strukturę teatrów w związku z szykującym się urealnieniem budżetu, scil. brakiem pieniędzy. Radzie zależało przede wszystkim na zapewnieniu spokojnego bytu piętnastu najważniejszym scenom (nazwaliśmy je siecią teatrów państwowych, dziś pewnie szukalibyśmy innej nazwy). Reszta miała walczyć o istnienie na poziomie lokalnym (co się i stało, tylko kilka lat później i w nieco innym trybie), a teatry najsłabsze – Legnica była wśród nich – miały przekształcić się w sceny bez zespołów, służące regularnym prezentacjom premier z silniejszych ośrodków, w orbicie których działały. Ogłoszone to zostało pod niefortunnym określeniem: „kategoryzacja teatrów”, przez środowisko przetoczyła się fala oburzenia, pani minister wycofała się z projektu.

Czy dziś podpisałbym się pod nim na nowo? Pewnie nie, okoliczności się zmieniły, większość scen znalazła swój modus vivendi. Ale wciąż sporo teatrów z niewielkich miast sprawia wrażenie skazanych na wieczny prowincjonalizm. Na słaby, zrutynizowany zespół, na mechaniczną produkcję podobnych do siebie premier, na wypełnianie kulturalnego obowiązku wobec cienkiej warstwy miejskiej elity i ściąganej na kolejne prezentacje dziatwy szkolnej. Co pewien czas w tych teatrach rozpala się żar: świeży dyrektor uruchamia nową energię, odnawia repertuar, ściąga młode ekipy, wskrzesza kreatywność swoich zasiedziałych aktorów. Teatr budzi ponadlokalne zainteresowanie, jedzie na festiwale, przywozi trofea, co przekłada się na większy szacunek u siebie. Trwa to parę lat, może dwa, może pięć. Po czym wszystko na powrót się zapada.

Niezwykłość antrepryzy Głomba polega przede wszystkim na zaprzeczeniu temu mechanizmowi. Na udowodnieniu, że można zbudować nie metodą krótkotrwałego zrywu, ale w długiej perspektywie wartościowy artystycznie i społecznie teatr w miejscu, które, obiektywnie patrząc, nie daje na to szans. W małym mieście z kulawą przeszłością, z cieniutką warstwą inteligencji, z konkurencją dużej metropolii o godzinę drogi. Nic tu nie było z góry dane. Trzeba było zaczynać od niczego, szukać atrakcyjnych dróg dojścia, rozpoznawać potrzeby miejscowej społeczności, metodą prób i wielu błędów. Co się łatwo pisze, ale to naprawę była gra o życie. Zaczynało się, pamiętam, od "Złego", westernowej opowieści wystawionej w zrujnowanej hali po jakichś zakładach, z autentycznymi wyścigami starych samochodów. Szukano tematów w historii miasta, stąd się wzięło "Zakaczawie" (równo dwadzieścia lat temu), grano współcześnie, aktualne teksty, poświęcając artystyczne wyrafinowanie na rzecz bezpośredniej, żywej komunikacji z odbiorcami. Nie bano się śmiechu, kabaretu, groteski, ale też i naiwnej narracyjności: teatr namiętnie chciał opowiadać, dzielić się swoimi historiami z widzem. A z drugiej strony trzeba było – i to Głomb też umiał – wydobywać to, co najlepsze ze swoich aktorów, zasypywać ich zadaniami, dobierać nowych, cementować zespół, szukać wspólnego rozpoznawalnego stylu. Skumulowało się to pięknie w "Made in Poland" Przemysława Wojcieszka, po którym Eryk Lubos, Przemysław Bluszcz, Janusz Chabior poszli po nowe przygody, głównie filmowe, a legnicki zespół szybko wypełnił opuszczone przez nich miejsce. Zamawiano nowe dramaty w dużej mierze pisane pod zespół – zebrały się ich bodaj dwa tomy – ale grano i Szekspira, i Moliera, i tego Bergmana. Często w klasycznym kostiumie, z wiarą, że i to się widzowi należy. Przychodzili w gościnę reżyserzy z pierwszej półki, tacy, co się zwykle nie włóczą po Legnicach – i dostawali sygnał, że mają robić, owszem, swój teatr, ale dla tej, konkretnej widowni. Jasno i czytelnie.

Mógłbym długo mówić o kolejnych krokach teatru, tylko ktoś zniecierpliwiony spyta: i co z tego? Przecież to nie są takie znowu odkrycia, żeby wołać eureka. Owszem, nie są. Sedno tkwi gdzie indziej: w konsekwencji. W hierarchii priorytetów. W dbałości, żeby klocki układały się w ściany nośne. Tylko dzięki temu stanął ten gmach na ugorze rozbudowany, wielopiętrowy – i niezużywający się. Stoi w dobrej kondycji. Nikt nie ośmieli się zaprzeczyć.  

Gdyby było uczciwie, można by rozważać różne kwestie. Można by mówić, że z całym szacunkiem, drogi Jacku Głombie, dwadzieścia sześć lat dyrekcji w jednym miejscu to bardzo dużo. Może by się tak poddać weryfikacji konkursowej? I można by natychmiast replikować, że taka weryfikacja akurat tu nie ma krztyny sensu, ponieważ Teatr im. Modrzejewskiej jest zbudowanym od zera, w najtrudniejszym z możliwych miejsc mechanizmem służącym sztuce, którego jednym z podstawowych motorów jest osobowość Jacka Głomba. Jego sposób myślenia i jego wartości. Oczywiście każdy propeller da się odłączyć, wolno jednak się upierać, że koszty zmiany napędu będą większe od możliwych zysków. Co tam, będą po prostu nieopłacalne. Gdyby było uczciwie, można by tak dyskutować. Czemu nie.

Ale rozważania te nie mają sensu, gdy nie chodzi o nic więcej ponad to, że chorągiewka na dachu wrocławskiej władzy, grupa panów nazywających się Bezpartyjni Samorządowcy, odwróciła po ostatnich wyborach sojusze, stowarzyszając się z partią rządzącą. Czy już w protokole koalicyjnym mieli zobowiązanie uwalenia dyrektora teatru w Legnicy przy pierwszej, dopuszczalnej prawem okazji? Rzecznik nieszczęsnych polityków wydaje betonowe oświadczenia: przyjmujemy do wiadomości apele o rezygnację z konkursu, zdanie nie zmieniamy. Czy je w ogóle czytają? O namysł nie będę już pytał.

We wszystkich recenzjach z "Fanny i Aleksander" można przeczytać, że widowisko Łukasza Kosa jest rzadkim, delikatnym, mądrym i poruszającym hołdem złożonym samej sztuce, niezbędnej człowiekowi, ale niesłychanie łatwo ulotnej. Nie mówcie mi, psiakrew że to jest dobra pointa tego wszystkiego.

(Jacek Sieradzki, "Miecz nad teatrem", miesięcznik Odra, nr 2/2021)