Najnowsza premiera legnickiej Modrzejewskiej miała być udramatyzowanym czytaniem. Ale jedynie pliki z tekstem w rękach aktorów, które można równie dobrze wziąć za reżyserski zabieg, budujący dystans do scenicznej przypowieści, dzielą "Wszyscy chcą żyć" od gotowego spektaklu, który – w co gorąco wierzę – po otwarciu teatrów doczeka się realnej, nie wirtualnej premiery. Pisze Magda Piekarska.


Po tekst Hanocha Levina Łukasz Kos sięga w ramach legnickiego cyklu czytań „Modrzejewska szuka komedii”, których jest reżyserem. Po Fredrowskiej "Zemście" wybiera komedię z gatunku najczarniejszych, tekst gorzki, okrutny, momentami wulgarny i nieodparcie zabawny zarazem, wyrywający nam z trzewi ten Gogolowski, podszyty lekkim zawstydzeniem rodzaj śmiechu. Levin, zmarły w 1999 roku izraelski dramaturg, obecny na polskich scenach od niespełna dwóch dekad, jest bezlitosnym badaczem ludzkiej kondycji. Przypomina entomologa przyglądającego się co ciekawszym okazom pod lupą – patroszy swoich bohaterów z tych szlachetniejszych pokładów człowieczeństwa, odziera z odruchów, które zwykliśmy nazywać „ludzkimi”, żeby dobrać się do naszej istoty. Nici z wzniosłości – na koniec zostaje spryt i fizjologiczny odruch, czysty instynkt z wolą przetrwania, która każe nam walczyć o życie za wszelką cenę, na pierwszym miejscu. Nie miłość, odwaga i inne szlachetne porywy konstruują bohaterów Levina, ale pożądanie i strach, o którym moglibyśmy powiedzieć „zwierzęcy”, gdyby nie był tak głęboko ludzki.

Bohaterem "Wszyscy chcą żyć" jest Pozna (Bogdan Grzeszczak), wiejski hrabia, którego zastajemy, jak miota się w łóżku, udręczony tak z powodu pożycia z tą upartą krową, czyli swoją małżonką Poznabuchą (Ewa Galusińska), jak i przez bolesny brak musztardy dijon, z powodu którego porcję salami na kolację musiał spożyć w towarzystwie pośledniejszej sarepskiej. Szybko okazuje się jednak, że nieobecność dijon wobec tego, z czym będzie się mierzył, jest jak włochaty pryszcz na brodzie Poznabuchy przy jej istotniejszych narowach – oto przy łożu Pozny pojawia się niejaki Gulgelewicz (Bartosz Bulanda), wysłaniec Anioła Śmierci (Paweł Palcat) z obwieszczeniem o raczej nieciekawej treści. Pozna poznaje swój przyszły los – otóż czekałaby go śmierć niechybna, gdyby nie dający nadzieję błąd w przedstawionym na piśmie wyroku – za jego sprawą hrabia może uniknąć rychłego grobu, o ile znajdzie zastępczyka, który dobrowolnie zgodzi się zająć jego miejsce.

Zadanie, z pozoru proste (toż to furda dla właściciela ziemskiego, cieszącego się miłością bliskich i majątkiem, w którym klepie biedę rzesza parobków, wśród nich sprowadzony z dalekiej Afryki, zapewne dla powiewu egzotyki, grany przez Roberta Gulaczyka niewolnik Bamba), szybko zaczyna bohatera przerastać – nawet stojący jedną nogą w grobie rodzice Pozny i jego najbardziej oddany sługa uparcie wolą swoje najpodlejsze, ale jednak życie od nie-życia.

W akcie drugim ostateczna rozprawa będzie się więc toczyć między Pozną a Poznabuchą uzbrojoną w całą światową tradycję przemyślności kobiet, która w chwili słabości i dla poklasku (nie zapominajmy, że jesteśmy w teatrze) przyobiecała mężowi ofiarę ze swojego życia, licząc na jego stanowczy i gorący protest. Bój to będzie krwawy, w jego wyniku Pozna za chwilę rozkoszy z udającą Francuzkę Polką Cycą z wędrownej trupy teatralnej (Joanna Gonschorek) zapłaci amputacją jaj, Bamba straci rękę, Poznabucha twarz, a dziecię, nie do końca niewinne, bo padające ofiarą własnej, niezbyt dokładnej kalkulacji – życie. Życie, ta wymarzona wygrana w konkursie na wysiłek jego ocalenia, będzie w finale smakowało bohaterom zdecydowanie gorzej od znienawidzonej sarepskiej.

Temu koncertowi na siódemkę aktorów, spośród których większość żongluje tu kilkoma rolami (obok wyżej wymienionych jest jeszcze Mateusz Krzyk, który obok jednego ze Smarków, synów hrabiostwa, zagrał jeszcze sześć innych ról, tak mówionych, jak i wyśpiewanych, i to jak!), przygląda się skromna widownia, złożona z uczestników balu w dworze Pozny – z mieszanką zażenowania i nieodpartej ciekawości, jaką budzi ta tocząca się na pięści i siekiery walka na śmierć i życie. Ani jedno, ani drugie nie ma tu w sobie nic z heroizmu, patosu, czy powagi – pierwsze oznacza największą przegraną, drugie wiąże się z niezachwianą i niezależną od życiowej kondycji wolą przetrwania. Przy czym to właśnie u Pozny jej siła najbardziej zaskakuje – w kreacji Grzeszczaka hrabia jest nawet bardziej safandułowaty, życiowo nieporadny, nieodporny na razy od kapryśnego losu i męcząco marudny niż u Levina. Aż dziw, że nie poddał się jeszcze na starcie tej drogi prowadzącej w stronę grobu. A prym wiodą kobiety –wobec ich siły i sprytu nawet szatan Pawła Palcata traci cały swój demonizm. Galusińska Poznabusze i Gonschorek swojej Cycy (a także kilku pomniejszym odgrywanym przez siebie postaciom) dają chwile triumfu i upadku, splatając w ich przypadku scenę życia i scenę teatralną w jedno, tak samo jak własne istnienie zrównując z zaistnieniem na obu tych scenach. Zresztą to działanie na granicy dwóch światów, wymagające od aktorów na przemian dystansu do swoich postaci i zanurzenia w nich po uszy oraz gotowości do zmiany tej konwencji w mgnieniu oka, najlepiej wychodzi tu właśnie obu paniom.

Całą tę okrutną baśń wprawia w ruch, a bohaterów ożywia reżyser – zdanie, które w przypadku każdej innej teatralnej realizacji byłoby truizmem, tutaj zyskuje nowy wymiar. To Kos zaprasza nas do świata Levina, to on zapowiada kolejne sceny, w trakcie nie szczędząc aktorom poprawek i wskazówek, to on uruchamia całą tę teatralno-wirtualną machinę. Jest jak mistrz ceremonii całego tego przedsięwzięcia i jak przywódca wędrownej trupy zarazem.

Scenerię dla "Wszyscy chcą żyć" stanowi duża scena Teatru im. Heleny Modrzejewskiej z całą swoją skomplikowaną maszynerią: obrotówką, zapadnią czy maszyną miotającą sztucznym śniegiem oraz z niemal pustą widownią. Spektakl oglądamy przez podwójne oko kamery – tej w rękach operatora Karola Budrewicza (głównym operatorem był Kamil Walesiak - @KT) i tej oddanej aktorom, odsłaniającej swoim obiektywem realizacyjny bebech. To wszystko odsyła nas w stronę pandemicznego tu i teraz, kinoteatru w Internecie, transmisji na żywo, a jednak nie sposób uciec od skojarzeń ze sceną zdecydowanie bliższą realu niż wirtualu: plenerową, uliczną, namiotową, jarmarczną, która wydaje się dla tekstu Levina w reżyserii Kosa środowiskiem najwłaściwszym z możliwych. Ten projekt zatrzymany w pół kroku między czytaniem a gotowym spektaklem, przyłapany w tym procesie przez oko kamery, puszczony w świat dzięki globalnej sieci budzi na nowo wciąż tę samą tęsknotę, która dokucza nam podczas lockdownu – za żywym, prawdziwym teatrem, od którego tutaj dzieli nas naprawdę niewielki dystans, tyle co głębokość ekranu. Niby niewiele, bo ten pulsujący potencjał przenosi się na drugą stronę, ale jednak!

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Hanoch Levin "Wszyscy chcą żyć" dramatyzowane czytanie. Przekład: Agnieszka Olek, reżyseria: Łukasz Kos. Obsada: Ewa Galusińska, Joanna Gonschorek, Bartosz Bulanda, Robert Gulaczyk, Bogdan Grzeszczak, Mateusz Krzyk, Paweł Palcat.

(Magda Piekarska, "Hrabia, co ze śmiercią się zaPOZNAł", http://teatralny.pl, 30.12.2020)