Pisze Tomasz DOMAGAŁA.
Kiedy pierwszy raz obejrzałem „Hamleta” Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki, byłem przed trzydziestką. Odrzuciłem go wtedy, bo kojarzył mi się z teatrem, którego nie znosiłem – rytuałem, świecami, religią i podejrzaną wspólnotą. Był to efekt z jednej strony ignorancji młodego człowieka, z drugiej – reakcji obronnej wobec tego, w jaką prywatną „pułapkę na myszy” sam dałem się wtedy złapać. W Gdańsku moje odczucia były już skrajnie odmienne, ale właśnie dlatego potrafiłem spojrzeć na tamtego chłopaka i jego szalone teorie z wyrozumiałością oraz dobrotliwą pobłażliwością. Zarówno jego ówczesna reakcja, jak i moje dzisiejsze spojrzenie – niezależnie od tego, jak bardzo się od siebie różnią – są przecież świadectwem działania tego spektaklu oraz maleńką cząstką jego dwudziestopięcioletniej historii. Tworzą ją bowiem nie tylko kolejne przedstawienia, lecz także dziesiątki tysięcy doświadczeń, emocji i interpretacji widzów, którzy przez ćwierć wieku spotykali się z tym „Hamletem”.
To, co wyróżnia tę adaptację, to przede wszystkim pomysł, żebyśmy w drodze na widownię musieli przejść przez zasypaną piaskiem scenę i minąć aktorów gotowych do wejścia. W ten sposób od razu znajdujemy się w samym środku tego surowego świata, ze świadomością, że nie da się go już opuścić aż do końca spektaklu. A potem, niczym w legendach arturiańskich, na które wyraźnie wystylizowano całe to przedstawienie, koło opowieści zaczyna obracać się coraz szybciej, zabierając nas zarówno w "głomb" szekspirowskiej tragedii, jak i w "głomb" ludzkiego doświadczenia. Pomysłów niebanalnych jest tu zresztą więcej: jasno zakomunikowana wina Gertrudy, oboczność burdelu i teatru, spotkanie Ofelii z ciałem ojca czy wreszcie przemoc owładniętego żądzą zemsty Laertesa wobec słabego Klaudiusza. Niby już to wszystko gdzieś widzieliśmy, ale tutaj naprawdę działa.
I – co warto podkreślić – działa mimo wielokrotnych zmian obsadowych. Świadczy to nie tylko o aktorach, których oglądaliśmy w Gdańsku, ale przede wszystkim o całym zespole Teatru Modrzejewskiej. Przez dwadzieścia pięć lat zawsze znajdował się ktoś, kto potrafił przejąć rolę po poprzedniku i stworzyć własną, równie przekonującą interpretację. Dziś widać wyraźnie, że była to także swoista kuźnia aktorskich osobowości. Gertruda w poruszającym wykonaniu Ewy Galusińskiej jest zupełnie inna niż kreacja Anity Poddębniak sprzed lat, ale równie spójna, sugestywna i mądrze poprowadzona. Podobnie jest z Ofelią Zofii Bąk (kiedyś Aliny Czyżewskiej), Klaudiuszem Roberta Gulaczyka (Przemysław Bluszcz) czy Hamletem Arkadiusza Jaskota (Tomasz Kot). To nie są kopie dawnych kreacji, lecz nowe odczytania tych samych postaci, dzięki którym spektakl zachował żywotność mimo upływu 25 lat!
Spektakl Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki jest dziś czymś więcej niż tylko świadectwem historii tego konkretnego „Hamleta”. To również zapis niezwykłej dyrekcji Jacka Głomba, który – można chyba pozwolić sobie na tę metaforę – zaczynał od piachu i świecy, a kończył jako twórca jednej z najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych scen w Polsce. Jeśli „Fanny i Aleksander” Łukasza Kosa był manifestacją artystycznej potęgi Legnicy u schyłku jego kadencji, to „Hamlet” pozostaje kroniką drogi, która do tego miejsca prowadziła. Nic więc dziwnego, że właśnie Jacek Głomb został tegorocznym laureatem Grand Yoricka. Nie od dziś wiadomo, że „Hamlet” jest dramatem, w którym zapisuje się cały świat. Przez dwadzieścia pięć lat zapisywała się w nim również historia Teatru Modrzejewskiej – jego zespołu, kolejnych aktorów, którzy do niego dołączali i publiczności. Dziś Jacek Głomb jest już na emeryturze, ale losy tego przedstawienia pokazują, że nie ma powodów do niepokoju. Ludzie, którym zaufał, i którzy zaufali jemu, przejęli pałeczkę i biegną w tej osobliwej sztafecie pokoleń dalej. W stronę kolejnego Elsynoru.
Jacku, Teatrze Modrzejewskiej – dziękuję, gratuluję, i z prawdziwym spokojem patrzę w Waszą przyszłość.
04-08-2026