Ósmego dnia festiwalu mieliśmy okazję uczestniczyć w kawałku teatralnej historii. Do Gdańska z Legnicy przyjechał „Hamlet. Książę Danii” w reżyserii Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki – spektakl pokazany po raz pierwszy w 2001 roku poza siedzibą Teatru im. Modrzejewskiej, w budynku, w którym mieścił się niegdyś Wojewódzki Dom Kultury, wcześniej zaś niemiecka sala widowiskowa i żydowski teatr.
Do Gdańska przedstawienie przyjechało po raz pierwszy w 2002 roku – pokazano je wówczas w kościele św. Jana, ale nie w ramach Festiwalu Szekspirowskiego. Na festiwalu pojawiło się dopiero w tym roku, w przestrzeni Klubu B90, mieszczącego się w dawnej hali przeładunkowej Stoczni Gdańskiej przy ulicy Elektryków. Już samo miejsce – była hala przemysłowa przerobiona na infrastrukturę rozrywkową – uruchamia szereg skojarzeń z rozpadem starego porządku i wchodzeniem w nowy. A właśnie o tym jest w dużej mierze legnicki „Hamlet”. Nie jest to wprawdzie przestrzeń poniemiecka, lecz postindustrialna, stopniowo przejmowana przez procesy gentryfikacyjne, jednak jej historia podobnie wpisuje się w opowieść o świecie, który przestaje istnieć, by zrobić miejsce następnemu.
Infrastruktura Klubu B90 dała spore możliwości monumentalnej – bo trudno użyć tu innego słowa – scenografii Małgorzaty Bulandy. Dzięki niej scena nie wydaje się jedynie rozległa, ale niemal nieograniczona. Aktorzy otwierają przed nami drzwi: w scenie opłakiwania zmarłego króla Danii wznoszą spazmatyczne okrzyki, a za ich plecami odsłania się zupełnie inny świat. Podłoga została wysypana piaskiem – dla tych widzów, którzy podczas scen z żywym ogniem gorączkowo szukali oznaczonych wyjść ewakuacyjnych, jego obecność mogła działać uspokajająco. W głębi stoi dwukondygnacyjna konstrukcja, z lewej strony wydzielono zaś przestrzeń dla grającego na żywo zespołu Kormorany. Muzyka towarzysząca wejściu publiczności jest głośna i przenikająca, od razu wprowadzając widzów w stan podkręconej emocji. Na ścianach otaczających widownię rozwieszono płachty, ale do scenografii włączono także zastane elementy wnętrza – podobnie jak niegdyś w legnickiej przestrzeni. Cztery żyrandole wiszące po bokach głównej sceny zostaną później rozpalone. Otwarty ogień trudno byłoby sobie wyobrazić w budynku klasycznego teatru, tutaj jednak jest z nami od początku: już w przedsionku mijamy płonące świece ustawione bezpośrednio na piasku.
Ponieważ to już kolejny „Hamlet”, którego oglądamy podczas tegorocznego festiwalu, trudno uniknąć porównywania, zwłaszcza, że ten funkcjonuje niejako na warunkach specjalnych, nie tylko jako jeden z najdłużej granych spektakli w polskich teatrach, ale także świadectwo teatralnych zmian. Ciekawie jest oglądać dziś adaptację z 2001 roku obok przedstawień, które w tekście Szekspira szukają współczesnych problemów związanych z władzą, mediami, polityką czy sztuczną inteligencją. Wiele odczytań „Hamleta” zafundowali nam w tym roku festiwalowi twórcy. Gdybym miała opisać wersję legnicką z perspektywy obejrzanych wcześniej przedstawień, powiedziałabym, że jest najbardziej surowa, może brutalna, momentami świadomie przaśna i chętnie z tą przaśnością gra. Nie eksperymentuje przy tym z tradycyjnymi rolami społecznymi – jak choćby Robert Talarczyk, który badał seksualność Hamleta w jego relacji z Rosencrantzem i Guildensternem. Tutaj miętoszenie kobiecych ciał, kopulacyjne ruchy i piski pojawiają się niemal mimochodem, jako naturalny element dworskiego świata. Nie wydają się jednak zwyczajnie ordynarne: dzięki świadomie podkręconej, chwilami niemal komediowej konwencji stają się częścią estetyki przedstawienia. Także sceny walki nie oglądają się na współczesne próby ustanawiania norm, które pozwalałyby unikać bezpośrednich obrazów przemocy. Ktoś powiedziałby: stara szkoła. Kiedy Laertes wraca, by pomścić ojca, przyprowadza ze sobą bandę, która nie ogranicza się do gróźb, lecz od razu zarzuca Klaudiuszowi sznur na szyję. Robert Gulaczyk zwisa z podestu, podtrzymując krawędzie sznura i imitując drgawki, które wyglądają niebezpiecznie realistycznie. Kiedy zaś Arkadiusz Jaskot jako Hamlet wygłasza monolog rozpoczynający się od pytania „być albo nie być”, wymachuje płonącą pochodnią w stronę kompanów próbujących go okiełznać, a ogień o kilkanaście centymetrów omija aktorów. Między innymi tak ogrywa się tu szaleństwo księcia Danii. We wczorajszym „Królu Learze” przywiezionym z Rumunii także nie brakowało obrazów wywołujących cielesny, wewnętrzny wstręt, niemal drgawki – i nie brakuje ich tutaj. Dzisiejsze „Hamlety” wydają się przy tym naprawdę delikatne. Albo po prostu przestawione na inne aspekty tej opowieści, jest to jednak zupełnie inny ciężar doświadczania teatru i trzeba to otwarcie uznać.
Legnicki „Hamlet”, przeniesiony w przyszłość, opowiada o odbudowie świata po katastrofie. Żeby świat odbudować, najpierw trzeba zawalczyć o to, kto będzie miał prawo go urządzać, a wątek ten się nigdy nie starzeje. Są tu oczywiście momenty, w których szczególnie wyraźnie widać wiek przedstawienia, choćby w sposobie skonstruowania postaci Ofelii, którą od bohaterek innych festiwalowych „Hamletów” dzielą całe lata emancypacji. Zofia Bąk kreuje Ofelię taką, jaką łatwo wyobrazić sobie po szkolnej lekturze sztuki Szekspira: kruchą, bezbronną, całkowicie zależną od otaczających ją mężczyzn: ojca, brata, kochanka. Lata świetlne dzielą ją od Ofelii u Jacka Jabrzyka. A może dzieli je po prostu dwadzieścia pięć lat przemian w sposobie przedstawiania kobiecych bohaterek na scenie. Podkreślam to dla porządku, trudno jednak wobec tego „Hamleta” poprzestać na wyliczaniu oznak jego wieku. Wciąż bez trudu odnajdują się w nim współczesne napięcia, zapewne właśnie dlatego przedstawienie nadal pozostaje żywe i grane. Dzisiaj mogłoby równie dobrze stać się opowieścią o świecie elit, w którym walka o wartości okazuje się walką o wpływy, a polityczne starcia oglądamy właściwie na żywo. Być może jednak nie trzeba go na siłę interpretacyjnie uwspółcześniać (choć jest to kuszące!), bo opowieść pozostaje aktualna bez dodatkowych dopisków.
Ogromny szacunek budzi wieloletnie dźwiganie tego tytułu przez legnicki zespół, przecież również zmieniający się wraz z upływem czasu. Tak jak przedstawienie ewoluuje z każdą kolejną zmianą obsady, tak cały teatralny Szekspir może się w tym „Hamlecie” przeglądać. Grany przez ćwierć wieku przechowuje język teatru sprzed lat, a zarazem pozwala kolejnym aktorom go dynamizować i zmieniać. Można też sobie wyobrazić, że po tylu latach spektakl został już niemal idealnie wyszlifowany, chociaż brzmi to paradoksalnie w odniesieniu do przedstawienia, które opowiada o świecie pogrążonym w chaosie.
Znakomicie było zobaczyć ten ikoniczny tytuł właśnie w roku „Hamletów”, który zapewne zapisze się w polskiej historii wystawiania Szekspira. Bardzo to raduje – i myślę, że piszę to w imieniu wielu widzów – że to właśnie teraz festiwal znalazł dla legnickiego przedstawienia repertuarowe miejsce.
https://festiwalszekspirowski.pl
31-07-2026