„Dziewczyny z Abu-Dhabi” - najnowsza produkcja na legnickiej scenie – będą szokować i oburzać, ale to kawał solidnej teatralnej roboty, z potencjałem na hit. Za reżyserię tego spektaklu odpowiada Łukasz Czuj, który 8 miesięcy przejął po Jacku Głombie prowadzenie Teatru Modrzejewskiej, więc trudno nie odbierać nowej premiery jako programowej deklaracji dyrektora.

Były dwie bestsellerowe książki reporterskie Piotra Krysiaka o luksusowych prostytutkach i żigolakach sprowadzanych z Polski dla arabskich szejków. Był inspirowany pierwszą z nich film Marii Sadowskiej „Dziewczyny z Dubaju”, jeszcze bardziej popularny. W tych szeptanych historiach jest wszystko, co kocha popkultura: tajemnice, seks, wielkie pieniądze, narkotyki, przemoc, piękne kobiety, przystojni mężczyźni plus egzotyczny sztafaż - ekskluzywne jachty, prywatne odrzutowce, pięciogwiazdkowe hotele nad Zatoką Perską.

Na magnetyczne właściwości opowieści o sutenerskim biznesie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich zwrócił uwagę Łukasz Czuj, który po epoce Jacka Głomba przejął dyrekcję w legnickim teatrze. Intensywnie szuka nowych tematów, które poszerzą skostniały krąg odbiorców Modrzejewskiej i przyciągną na spektakle masową widownię. Dlatego zamówił u Alfreda Kawuli scenariusz „Dziewczyn z Abu-Dhabi” a potem sam wyreżyserował prawie czterogodzinny spektakl zapowiadany jako baśń dla dorosłych lub melodramat all inclusive.

Za dużo grzybów w barszczu

„All inclusive” znaczy „wszystko w cenie”. I rzeczywiście, widzowie dostają więcej niż mogliby się spodziewać. W fabułę spektaklu wpleciono elementy inspirowane współczesną polityką - polską i światową - oraz wspomnienie o pornogwieździe z lat osiemdziesiątych Teresie Orlowski. A także echo głośnego seksskandalu na plebanii w Dąbrowie Górniczej oraz zaskakujące rozwinięcie tabloidowej historii o bliźniaczkach syjamskich z Janikowa, którą trzy dekady temu żyła cała Polska.

Moim zdaniem, trochę tu za dużo grzybów w barszczu, co niekorzystnie wpływa zarówno na klarowność, jak i tempo opowieści. Pierwszym do wyrzucenia byłby wątek Teresy Orlowski, bo nic nie wnosi - sprawia wrażenie doklejonego na siłę, by dać szansę pojawienia się na scenie Anicie Poddębniak. Stand up z jej udziałem, kompozycyjnie pełniący rolę przerywnika do sensacyjnej intrygi, miał bawić, a nuży lub wręcz żenuje. Komediowy talent, będący jednym ze składników emploi tej aktorki, nie wystarcza. W „Dziewczynach z Abu-Dhabi” coś podobnego przytrafiło się jeszcze Pawłowi Wolakowi, który na ogół nie ma sobie równych w rozśmieszaniu widowni, a tu jako postać z komedii omyłek ginie wśród innych, lepszych gagów. Powtórzę moją diagnozę: za dużo grzybów w barszczu.

Rozumiem, skąd to wynika. Nowy dyrektor chciał dać szansę twórczego spotkania się na scenie całemu zespołowi aktorskiemu Teatru Modrzejewskiej. Premiera (25 kwietnia) wymyślona, wymarzona przez Łukasza Czuja była symbolicznym otwarciem kolejnego etapu w historii tej instytucji. Odważną prezentacją nowej estetyki, lżejszej i bardziej kolorowej od tego, do czego przyzwyczaił Legniczan przez trzydzieści lat artystyczny duet Jacek Głomb – Małgorzata Bulanda.

Czy aby jednak efekt szoku nie popsuł komuś przyjemności?

Bez bufora

Ja, przyznaję, czułem się niezręcznie, bo język, jakim mówią dziewczyny z Abu-Dhabi, jest pozbawiony zahamowań, brutalny, wulgarny, wręcz prostacki. Jakby pani profesor, z którą do tej pory dużo rozmawialiśmy o Homerze i Szekspirze, ni z tego ni z owego postanowiła mnie przekonać, że może mi też powiedzieć coś ciekawego o ruchaniu się z Arabami, smarowaniu cipki buterfanolem i kręceniu niemieckich pornosów. Oczywiście, zdarzało się jej wcześniej trochę poświntuszyć za Hrabalem czy Krzywicką, ale to zawsze była jednak literatura, bezpieczny bufor, chroniący obie strony – mnie i ją - którego nagle zabrakło. Więc nie wiedziałem: ze mnie wyszedł mały filister, czy pani profesor zeszła na złą drogę.

W tych rozterkach najwyraźniej nie byłem osamotniony. Inni też nie mogli się zdecydować, czy głośno śmiać się ze sprośnych, kabaretonowych żartów, czy w teatrze nie wypada. Przypuszczam, że nowa publiczność, na którą liczy Łukasz Czuj, nie będzie miała takich dylematów. Sądząc po reakcjach na premierze – trochę konsternacji, mniej lub bardziej śmiałe chichotanie, entuzjastyczne i długie owacje na koniec – mogę uważać się za reprezentatywnego przedstawiciela tej starej.

Polska z perspektywy Abu-Dhabi

Doceniam odwagę aktorów i reżysera oraz – mimo pewnych zastrzeżeń – fabularny rozmach opowiedzianej przez nich historii. Nie jest ona tak błaha, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. To krzywe lustro, w którym odbija się Polska po ustrojowej transformacji: wciąż na dorobku, zakompleksiona, pragmatyczna, ambitna, z rozchwianym systemem wartości i powierzchowną religijnością. Jednocześnie „Dziewczyny z Abu-Dhabi” są opowieścią o kobietach w amoralnym patriarchalnym świecie urządzonym przez bogatych i zepsutych mężczyzn. O tym, jak przez popkulturowe wzorce ulegają uprzedmiotowieniu, zredukowaniu do roli sexy dolls - atrakcyjnych ciał do łóżkowych rozkoszy.

Maja, Mirka, Janka, Jola i Angela mają różne życiorysy, ale ich drogi schodzą się w Abu-Dhabi. W pierwszej scenie stają przed hotelem Oasis z kolorowymi walizkami na kółkach i poruszają nimi jakby kołysały dziecko w wózku. Ten czuły gest, jakby bezwiedny, wydaje się trochę nie na miejscu, bo są pragmatyczne do bólu, zdeterminowane, zorientowane na pieniądze. Wszystkie przyjechały z Polski skuszone wizją arabskiego raju, w którym dzięki zamożnym sponsorom piękne kobiety mogą przez kilka tygodni pławić się w luksusie i wrócić do kraju z mnóstwem pieniędzy. Nim się ten miraż rozwieje, nim zblednie, będą próbowały mniej lub bardziej udolnie szukać swego szczęścia, zaciągając do łóżka szejków z emiratu.

Anna Sienicka - siła subtelności

Anna Sienicka stworzyła najpełniejszą i najbardziej przejmującą kreację. Gra Maję, blacharę ale z tych lepszych, naprawdę znających się na samochodach. Maja chciałaby wozić się po mieście luksusową furą ze swym chłopakiem Sebą. Oboje uznają, że najprostsza droga do spełnienia tego marzenia prowadzi przez Abu-Dhabi. Spontanicznie podejmują decyzję o wyjeździe, ale ona nie odnajduje się w nowej pracy. Odurzona narkotykami snuje się po resorcie niczym kolejne tragiczne zombi z Oasis. Anna Sienicka na początku wygłasza świetny sugestywny monolog, a potem gra subtelnie, w kontrze do ekspresyjnych koleżanek, powściągliwie, jakby do środka. Jest w tym znakomita.

Katarzyna Dworak - od śmiechu do grozy

Brawurowe jest aktorstwo Katarzyny Dworak, obsadzonej w roli Barbary Mydło, marszałkini Senatu RP, która razem z synem - rozwiązłym księdzem - chroni się w emiratach przed obyczajowym skandalem. Farsowy charakter tego wątku aktorka podkreśla panicznym dyszkantem, jakby jej bohaterka znajdowała się w permanentnej histerii, na progu załamania nerwowego. To działa. Pomysł na scenę z kibelkiem uważam za absolutnie szalony i genialny. W ten sposób kłótnia z Księdzem Zygmuntem (Arkadiusz Jaskot) staje się jedną z najbardziej soczystych awantur, jakie urządzono w Teatrze Modrzejewskiej. W ogóle każde wejście Katarzyny Dworak przykuwa uwagę i podnosi kąciki ust - aż do jednej z ostatnich scen, kiedy śmiech więźnie w gardle a farsa przechodzi w horror.

Małgorzata Urbańska i Zuza Motorniuk - dwie w jednym

Z duetów chcę wyróżnić jeszcze ten, który stworzyły Małgorzata Urbańska i Zuza Motorniuk. Symultanicznie grają wciąż nierozdzielone siostry syjamskie wywiezione jako dzieci z Rybnika i ukryte przez emira w hotelu Oasis. Maria i Daria z konieczności są dla siebie najbliższe, najczulsze i zarazem najbardziej okrutne. W ich monologach (dialogach?) perwersyjny autoerotyzm miesza się z czystą grozą, przez co budzą skojarzenia z demonicznymi bliźniaczkami ze „Lśnienia” Stanleya Kubricka. Miałem dużą przyjemność obserwując, z jakim skupieniem i szacunkiem dla siebie nawzajem Małgorzata Urbańska i Zuza Motorniouk budują wspólną postać.

Czy będzie dyplomatyczny skandal?

Scenariusz Arkadiusza Kawuli daje reżyserowi Łukaszowi Czujowi i aktorom okazję do zabawy różnymi konwencjami. W „Dziewczynach z Abu-Dhabi” jest przezabawna scena w stylistyce rock opery z lat 70-tych ubiegłego wieku (znów brawa dla Arkadiusza Jaskota), kilka porządnie zaśpiewanych piosenek jak z klasycznego musicalu (z finałową w przejmującym wykonaniu Zofii Bąk na czele), czysta farsa, komedia, tragikomedia, horror, dramat obyczajowy, stand up... Ta hybrydowa konstrukcja sprzyja utrzymaniu koncentracji na widowni, ale daje też możliwość zaprezentowania fenomenalnej wszechstronności zespołu aktorskiego Teatru Modrzejewskiej. 

Jackowi Głombowi, gdy był dyrektorem Teatru Modrzejewskiej, zarzucano często – i niesłusznie - że wprowadził politykę do teatru. Z nowym otwarciem i nową dyrekcją ona nie zniknie, bo artyści muszą reagować także na zdarzenia polityczne. W „Dziewczynach z Abu-Dhabi” politycznych aluzji i komentarzy jest trochę. Najdobitniejszy to scena, w której przebrany w groteskowy kostium Paweł Palcat jako emir Abdullah ibn Salah zabawia się odciętą głową Donalda Trumpa. Mogłaby wywołać dyplomatyczny skandal. Czego Łukaszowi Czujowi życzę, bo – jak pokazuje chociażby przypadek „Hymnu narodowego” Przemysława Wojcieszka - nic tak nie robi teatrowi reklamy jak dobry skandal. A dobry spektakl na dobry skandal bez wątpienia zasługuje.

Piotr KANIKOWSKI.

tulegnica.pl