„Dyktator to ciul” – odczytuję z transparentu zawieszonego na ciężkiej przeciwpożarowej kurtynie, jeszcze zanim pójdzie ona w górę i spektakl na dobre się zacznie. Nie mam pewności, czy nastolatkowie, do których adresowana jest legnicka prapremiera, rzeczywiście na co dzień posługują się słowem „ciul”, ale ci, którzy wypełnili widownię Teatru Modrzejewskiej, podczas przerwy wyraźnie chętnie fotografują się na tle tej zaczepnej deklaracji. Czy to dobry znak? Chyba tak, choć w przypadku szkolnej młodzieży nigdy nie ma pewności. Tekst Henryka Mazurkiewicza.
Powiedzieć, że to dla teatru trudny widz, to powiedzieć zdecydowanie za mało. Twórcy sięgają po rozmaite strategie, by przeciągnąć go na swoją stronę. Próba mówienia ich językiem to jedna z nich i trójka autorów Córki dyktatora – Maciej Podstawny, Amadeusz Nosal i Dorota Kawalkowska – chętnie z niej korzysta. Z różnym skutkiem, ale – co w tym przypadku kluczowe – bez nadużyć i przesady. To samo można i należy powiedzieć o całości, co stanowi jej wielką zaletę. Nikt tu nie próbuje na każdym kroku i „na siłę” przymilać się do własnej publiczności. Ani jej nie infantylizują, ani nie zapominają, że zwracają się jednak do bardzo młodych osób. Tam, gdzie wypada, pozwalają sobie na lekko moralizatorski ton, chociaż, znowuż, nie podają wszystkiego na tacy. Ale zanim przejdę do przesłania i całego „o czym”, kilka zdań o tym „jak”.
Pod względem użytych środków Córka dyktatora okazuje się zadziwiająco skomplikowaną i wielowymiarową konstrukcją. Twórcy postawili sobie nie lada wyzwanie – wykreować na scenie nowy, osobliwy świat na styku baśni, science fiction i postapokalipsy. Muszę przyznać, że im się to udało. Wyszło kolorowo i futurystycznie, a jednocześnie lirycznie i melancholijnie. Wyświetlane na tylnym ekranie grafiki i wykresy współistnieją tu z całkiem analogowymi formami bycia razem, choćby ze wspólnym śpiewem przy ognisku. Swoją drogą, różnego rodzaju materiałów wizualnych, przygotowanych przez Amadeusza Nosala, jest w tym przedstawieniu sporo. Czasami są to stworzone komputerowo, niepokojące wizualizacje ze zbliżającą się kometą (czyżby było to jakieś nawiązanie do filmu Nie patrz w górę?), innym razem okiem kamery zaglądamy do śmigłowca, którym leci tytułowa bohaterka w towarzystwie androidów wyglądających na agentów FBI. Za chwilę dojdzie do katastrofy, którą zilustruje się – jak w starych filmach – za pomocą miniatur i makiet. Czasem nagrania tylko dopowiadają akcję sceniczną, wzmacniając nastrój albo go kontrapunktując, kiedy indziej jednak całkowicie przejmują uwagę widza i z filmową precyzją pogłębiają rysy głównych postaci.
Muzyka Anny Steli – świetna, różnorodna i równie patchworkowa jak sceniczna rzeczywistość – działa jak trafnie dobrany filmowy soundtrack: jej główny, liryczno-melancholijny motyw subtelnie uwodzi, powraca niczym refren i wprowadza w nastrój kontemplacji. Podobnie działają kostiumy Marty Śniosek-Masacz – nieprzewidywalny miks „nowego” ze „starym”, fantazja na temat retrofuturyzmu, chwilami budząca skojarzenia z Igrzyskami śmierci, a zarazem gęsta od odniesień i cytatów z różnych kultur: od Afryki po Syberię.
Centralnym elementem scenografii Mirka Kaczmarka jest urwany odcinek szosy prowadzącej donikąd – fragment zburzonego mostu, który staje się sceną na scenie: osobną wyspą, ostatnim statkiem na Morzu Wymiarów, pałacem i balkonem dla uroczystych przemówień. Z boku zawieszono w powietrzu niewielką wysepkę-huśtawkę. W tle wznoszą się zniszczone betonowe słupy, odsłaniające swój metalowy kościec. Przypominają ruiny starożytnej cywilizacji, choć w rzeczywistości są jedynie architektonicznym echem czasu sprzed kilku dekad – z okresu, gdy ten kraj nie pogrążył się jeszcze w chaosie. Z zawieszonych w nadsceniu kłębków zwisają bardzo długie kable-macki. Przestrzeń sceniczną przedłuża czarna pochylnia, dochodząca niemal do pierwszego rzędu widowni.
Historia opowiadana w Córce dyktatora wydaje się z początku dość prosta. Mamy tu do czynienia z niemal klasycznym road movie: po wspomnianej już katastrofie tytułowa bohaterka musi – jak czytamy w programie – „przemierzyć nieznane jej dotąd i strzeżone tajemnicą krainy, by powrócić do pałacu bogatsza o wiedzę i zrozumienie”. Córka ma na imię Lucja (Zofia Bąk), a towarzyszy jej, biorąc ją pod swoją opiekę, młody chłopak, który przedstawia się jako Mały Książę (Arkadiusz Jaskot). Istotnie jest w nim coś z bohatera Exupéry’ego, który zbyt długo pozostał na tej nieszczęsnej planecie i aż nazbyt dobrze przyswoił sobie twarde reguły przetrwania. To mieszkaniec blokowiskręgu – terenu od lat odciętego od Centralnego Miasta, z którego pochodzi Łucja i do którego chce teraz wrócić.
Powrotna podróż okaże się długa, pełna przygód i nieoczekiwanych spotkań. Czasami swoją dramaturgią przypomina grę komputerową, z wykonywaniem zadań i teleportacją między lokacjami. Razem z Lucją przemierzamy kraj, który pod rządami Dyktatora, wolącego nazywać siebie Zarządcą (świetny w tej roli Paweł Wolak), rozpadł się na archipelag osobnych mikrokosmosów. Każdy z własnym ekosystemem i własną logiką przetrwania.
Dyktator nie jest jednak jedyną osobą, przed którą należy się strzec. Śladami pary podąża bezwzględny, przypominający szamana Łowca (Katarzyna Dworak) i nie do końca wiadomo, po czyjej właściwie stoi stronie. Codzienność Córki dyktatora jest bowiem pełna intryg, zdrad i podstępów. Nie osiągają może skali znanej z Gry o tron, ale celnie pokazują mroczne mechanizmy rywalizacji o władzę. To proces pokazany wielowymiarowo i z wielu perspektyw: każdy ma tu własne motywy, własne cele i własny system wartości. Dlatego co i rusz będziemy powracać do pałacu, czyli do świata dorosłych, gdzie Dyktator, podpuszczany przez Spindoktora (Magda Biegańska), w towarzystwie Hej Klarysy (Anita Poddębniak) – ucieleśnionej wersji miejscowego odpowiednika Siri – armii posłusznych androidów, przygotowuje się do referendum. Zastraszani wizją wojny i kolejnych fal wykluczeńców mieszkańcy mają zdecydować, czy oddać pełnię władzy w jedne ręce.
A teraz pora wrócić do przesłania. Lista poruszanych w spektaklu wątków jest doprawdy imponująca: szkodliwość populizmu, rozwarstwienie ekonomiczne, kryzys uchodźczy, niszczenie środowiska naturalnego, propaganda... Czasami skręca to w stronę dość prostolinijnej formy wychowania obywatelskiego i powtarzania dobrze znanych haseł o tym, że rząd buduje bariery zamiast mostów. Tutaj akurat także w sensie dosłownym. Ale właściwie co w tym złego? To znaczy w takim powtarzaniu. Nie ma w tym nic złego, podobnie jak w przypominaniu, że „władca nie może zasłaniać się porządkiem”, szczególnie w świecie tak przepełnionym dezinformacją. Zwłaszcza że – jak już wspominałem – odmieniane tu na wszystkie sposoby słowo „polityka” („polityka jest taka jak ty i ja”) nie ma młodego pokolenia do niej zrażać. Wręcz przeciwnie. Córka dyktatora to przede wszystkim manifest nawołujący do wzięcia odpowiedzialności. Za siebie, za innych, za wspólnotę polityczną i za planetę, którą zamieszkujemy. To zachęta do aktywnej i podmiotowej postawy. Wielokrotnie powraca tu myśl, że głos każdego jest ważny. Dlatego jedną z najmniej może efektownych, a zarazem najbardziej intrygujących przygód dwojga młodych bohaterów okazuje się spotkanie z ludźmi-sowami. To bierni oportuniści i eskapiści, zobojętniali na bieg wydarzeń poza ich własnym małym i ciasnym gniazdem, gdzie przez większość czasu trwają w półletargu, z którego bezskutecznie próbuje ich wybudzić Puszczyk w brawurowym wykonaniu Macieja Rabskiego.
Warto zaznaczyć, że podczas pracy nad spektaklem twórcy konsultowali się z młodzieżą z kilku legnickich szkół, zaproszoną do rozmów o problemach podejmowanych w Córce dyktatora. Wspomogli twórców zarówno podczas przygotowania scenariusza, jak i później, gdy jako specjalna grupa fokusowa towarzyszyli procesowi od pierwszych czytań po próby generalne. Przez cały ten proces młodzież pozostawała pod opieką Doroty Kawalkowskiej – pedagożki teatru, kuratorki i dyrektorki artystycznej Międzynarodowego Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży „Korczak dzisiaj” – oraz Grzegorza Grecasa, reżysera, animatora kultury i koordynatora dostępności.
W świat przedstawienia – jego atmosferę, estetykę, rytmy i intrygi – wchodzimy powoli, lecz z każdą sceną coraz głębiej. Na koniec, co prawda, dramaturgia nieco zawodzi, a finałowa piosenka, mimo że daje nadzieję, nie jest chyba najlepszym z możliwych zakończeń tej historii. Tym bardziej że wątki niektórych postaci nie doczekują się przekonującego domknięcia. Mimo to całość jest ze wszech miar godna polecenia. Obywatelkom i obywatelom dorastającym w epoce nowej fali populizmu, Trumpa, wojny w Ukrainie i narastających napięć migracyjnych należą się oryginalne, dobrze skrojone spektakle przypominające, że demokracja jest wartością – i to wartością kosztowną – a rządzić najczęściej powinni ci, którzy wcale do władzy się nie rwą. Biada nam bowiem, jeżeli uznają inaczej.