„Hiroszima znów zatańczy” to najnowsza premiera w Teatrze Modrzejewskiej: muzyczny monodram Ewy Galusińskiej. W kameralnej atmosferze aktorka interpretuje kilkanaście piosenek z repertuaru Katarzyny Nosowskiej i grupy Hey. Robi to w przejmujący sposób. Wyłuskuje z tych raczej depresyjnych tekstów historię, która ostatecznie budzi otuchę i skłania widownię do śpiewania z artystką: „Na spotkanie jutrzence/ idę powoli,/ dotrę skutecznie”. Pisze Piotr Kanikowski.
Na początku spektaklu bohaterka budzi się nieprzyjemnie jako mała dziewczynka w ciele dojrzałej kobiety, znużonej życiem, pogrążonej w beznadziei. Na końcu stoi na scenie z „wdowim garbem”, bagażem przykrych doświadczeń, i powtarza twardo, że „Hiroszima znów zatańczy,/ znów zaśpiewa Nagasaki”. Pomiędzy jednym a drugim przebudzeniem są pomyłki, złudzenia, rozczarowania, nieporadne próby uchwycenia Pana Boga za nogi, rozpaczliwa tęsknota za miłością, kompleksy, uzależnienia, przemoc, depresja.
Ewa Galusińska ciągnie widzów w rejony, gdzie wielu wolałoby nie zaglądać, i przez ciemność wyprowadza w światło. Można się czuć przy niej bezpiecznie, bo jest w tym pięknym spektaklu czułość, czułość i czułość. Za miękką wyściółkę dla pogruchotanych serc robi przede wszystkim autoironia Katarzyny Nosowskiej oraz jej ekstremalne poczucie humoru, z wdziękiem przeniesione przez Ewę Galusińską z książek na scenę. „Hiroszima znów zatańczy” zachowuje lekkość, choć porusza trudne tematy. Skrzy się od żartów, serwowanych z taką naturalnością, że trudno odróżnić co jest tekstem z książki, a co improwizacją. Korzystając bowiem z kameralnej atmosfery Klubokawiarni Modjeska aktorka chętnie wchodzi w interakcje z publicznością. Wciąga widzów w świat swej bohaterki.
Zmyślne wykorzystanie prozy Nosowskiej jako lepiszcza dla piosenek z różnych okresów kariery sprawia, że spektakl ma zwartą, spójną strukturę - nie rozpada się w recital przeplatany konferansjerką, ale kawałek po kawałku opowiada konkretną historię z początkiem, środkiem i końcem. Udaje się to pomimo, iż bohaterka tej opowieści ma różne, często sprzeczne, wersje: bywa szarą myszką, na którą nikt nie zwraca uwagi, lub piękną Mileną, ściągającej pożądliwe spojrzenia mężczyzn. Raz jest infantylnym produktem popkultury, a za chwilę twardą babką, która dobrze wie, czego chce. Z przebojowej instagramerki z fałszywym życiem na pokaz zmienia się w przerażoną, zatrzaśniętą w lodówce bulimiczkę. I tak dalej.
Ewa Galusińska ma kawał głosu o frapującej barwie i znakomicie śpiewa, co niejednokrotnie wykorzystywali reżyserzy pracujący w Teatrze Modrzejewskiej, powierzając jej najtrudniejsze wokalne wyzwania. Zawsze wywiązywała się z nich bez pudła. Muzyczny monodram jest jej żywiołem. W „Hiroszima znów zatańczy” włada sceną, choć i to, co robią za jej plecami muzycy– Remigiusz Hadka, Michał Sosna – zasługuje na uwagę. Obłożeni kilkunastoma instrumentami (klawisze, gitara, saksofony, samplery, multiefekty i inne cuda) generują muzykę, która brzmieniowo nie odbiega zbytnio od oryginału, a mimo wszystko zaskakuje żywiołowością, pomysłowością, świeżością. Do poruszających wokali Ewy Galusińskiej – czasem lirycznych, czasem wpadających w krzyk – dokładają drum`n`baasowe i trip-hopowe frazy, kawał soczystej elektroniki, która sprawdziłaby się na koncercie czy klubowej imprezie.
W porównaniu z koncertem Nosowskiej, wartością dodaną, która wyróżnia legnicką produkcję, jest opowieść. Trudne do osiągnięcia na festiwalowej czy klubowej scenie skupienie na tekstach, na słowach i na kobiecie, która przez nie przebija.
W aktualnym repertuarze Teatru Modrzejewskiej „Hiroszima znów zatańczy” pojawia się jeszcze tylko raz, 26 marca, ale śpiewającą Ewę Galusińską można też zobaczyć w granym teraz „Wodewilu Liegnitz”. Oba spektakle gorąco polecam.