Fakt, że dopiero teraz powstał spektakl na podstawie tekstów Katarzyny Nosowskiej, jest niewiarygodnym skandalem i kolosalnym niedopatrzeniem (sic!). Wartość tego narodowego skarbu, bo tak trzeba określić to literackie zjawisko, którym od ponad trzech dekad Nosowska obdarowuje świat, jest znacznie cenniejszy niż Wawelskie Arrasy, Złoty Pociąg albo zaginiony „Portret Młodzieńca” Rafaela Santi. Po „literaturę nosowską” sięgnęli wreszcie Artyści związani z Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. „Hiroszima znów zatańczy” to muzyczny monodram Ewy Galusińskiej z intrygującymi aranżacjami oraz towarzyszeniem Remigiusza Hadki oraz Michał Sosny. Pisze Daniel Źródlewski.
To właśnie teksty piosenek Nosowskiej, równolegle z przebojowymi kompozycjami Piotra Banacha, zaważyły o wielkim sukcesie HEY-a w połowie lat 90. XX wieku. Nie bez znaczenia była osobliwa i rozczulająca charyzma samej wokalistki. Miliony Polaków (chyba nie przesadzam) śpiewało wraz z nią „nic, naprawdę nic nie pomoże / jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości”. Ten poruszający apel „podbiła” powódź stulecia, dla której utwór stał się hymnem i jednocześnie wyzwalaczem akcji charytatywnej na niespotykaną jeszcze skalę. Nagrano wtedy specjalną wersję z udziałem muzycznych tuz – m.in. Niemena, Markowskiego, Rodowicz czy Bartosiewicz.
W tym samym czasie nieśmiała szczecinianka wyśpiewała też swój osobisty manifest: „obowiązek obowiązkiem jest / piosenka musi posiadać tekst”. To „Teksański” z debiutanckiej płyty „Fire”. Nosowska trzyma się tego motta do dziś, a każda jej piosenka to jednocześnie mądry i szlachetny poemat. Ikonicznych utworów nie sposób zliczyć, co zresztą potwierdza rekordowa liczba Fryderyków i trwałe okupacje podium list przebojów. Fragmenty albo pojedyncze słowa wielu utworów Hey-a czy solowych projektów Nosowskiej, szybko stawały się kultowe, a część weszła do obiegowego języka.
Dla jej rodzinnego Szczecina kilka fraz okazało się swoistym „mitem założycielskim” współczesnej (nowej) tożsamości miasta – „zbyt szczecińska dla Warszawy / a dla Szczecina zbyt warszawska” albo „miałam dom / gdzie to było / tam, gdzie Odra Port / Dźwigozaurów rząd”. Pochodzące z piosenki HEY-a „Umieraj stąd” dźwigozuary, czyli zabytkowe portowe dźwigi stojące na nadbrzeżu Łasztowni, są dziś symbolicznym i komercyjnym symbolem Szczecina.
Przez większą część HEY-owej kariery Nosowska była raczej powściągliwa – rzadko udzielała wywiadów, nie była też zbyt wylewna na scenie („stoję na scenie ćwierć wieku jak słup”). Nagle zaskoczyła fanów aktywnością na Instagramie, gdzie zaczęła publikować zabawne filmiki w cyklu „A ja żem jej powiedziała...”. Jej wypowiedzi, ubrane oczywiście w ironiczny literacki kostium, w 2018 roku znalazły się na stronach autorskiej publikacji o tym samym tytule. To był oryginalny zbiór krótkich anegdot o olbrzymim ładunku prostych „życiowych” rad. Później był jeszcze „Powrót z Bambuko” (2020) oraz „Nie mylić z miłością” (2023). Wcześniej, bo już w 2008 roku literacka wartość tekstów Katarzyny Nosowskiej stała się tematem naukowego opracowania zbiorowego „Nosowska. Piosenka musi posiadać tekst”. Na 240 stronach autorzy książki rozprawiają się z jej twórczością niczym z romantyczną literaturą. Z kolei w 2019 roku Nosowska wyszła z inicjatywą opartą pośrednio na jej życiowej filozofii zawartej w tekstach piosenek i wybrała się w „objazdowe” sceniczne show „Zmalowane wrota”. Jak sama mówiła, to było coś na pograniczu stand-up’u i zbiorowej terapii (sic!).
Nosowska oprócz nieprzerwalnej aktywności muzycznej nadal realizuje się tekściarsko (nie tylko dla swojej muzyki, vide płyta „Kochać” Maryli Rodowicz), jest także nadal aktywna w mediach społecznościowych, a wraz z synem Mikołajem prowadzi popularny podcast „Bliskoznaczni”. W międzyczasie zdarzyła się jeszcze współpraca z Mają Kleczewską nad spektaklem „Cienie. Eurydyka mówi” wyprodukowanego w koprodukcji stołecznego Teatru Imka i Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy (premiera miała miejsce na wrocławskim PPA w 2014 roku)
Trudno dziś znaleźć kogoś kto nie tylko nie zna, ale przede wszystkim nie szanuje jej spojrzenia na świat i… samą siebie. Już dawno wymknęła się wszelkim standardom, schematom i jakiemukolwiek szufladkowaniu. Przy jej interdyscyplinarnych aktywnościach nie pasuje już nawet określenie piosenkarka czy wokalistka. Nosowska to… Artystka. Z wielkiej litery.
Porzucam teoretyzowanie, czas na praktykę. Wędrujemy wreszcie do Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy.
W spektaklu „Hiroszima znów zatańczy” Ewa Galusińska „podnosi kurtynę powiek” i zaprasza do osobliwego, empatycznego, wrażliwego, dziwnego świata. Wszystko opowiada wyłącznie słowami Katarzyny Nosowskiej. To 15 piosenek, których listę dostajemy przy wejściu do teatru. Między mini zaś sięga do soczystych fragmentów książek Nosowskiej. Wraz z Łukaszem Czujem oraz Robertem Urbańskim (konsultacje dramaturgiczne) wybrali z jej twórczości fragmenty, które ułożyły się w opowieść o współczesnej kobiecie na froncie z całym światem. Jej orężem są inteligencja, spryt i wreszcie dystans i dowcip. Wytrawni widzowie odnajdą w tym zbiorze części wspólne, komentarze albo wzajemnie uzupełniające się treści. To nie przypadkowy wybór, ale precyzyjna dramaturgia.
Treści, którymi dzieli się ze światem Nosowska, a po które sięgnęli twórcy legnickiego przedstawienie nie są miałkie, nie są przypadkowe. Nosowska zbudowała sobie pozycję wiarygodnej i rzetelnej obserwatorki współczesności i współczesnych. Jej osobiste wyznania i problemy, albo mierzenie się z nimi, stało się dla wielu inspiracją do zmiany i zrozumienia pewnych postaw czy mechanizmów. Jej utwory to pozornie trywialna poezja codzienności, to intymny dziennik pisany na granicy czułości i ironii. To opowieści o lęku, pragnieniach i wrażliwości. Nosowska zdaje się patrzeć na świat uważnie, ale bez złudzeń. Potrafi być czuła, a chwilę później bezlitośnie ironiczna. Jej narracje są zawieszone między bliskością a ucieczką, między potrzebą bycia z kimś a potrzebą ocalenia siebie. Gdyby Jakub i Wilhelm Grimm dziś żyli, uznali by jej opowieści za swoiste baśnie i przypisaliby je do ludowych mądrości.
Ewa Galusińska nie próbuje być Nosowską. Nie chce jej naśladować, imitować czy podrabiać. Nawet peruki, które nakłada, a które zbliżają jej fizyczność do autorki/bohaterki są jedynie symbolem albo pewnym nawiasem (metaforą). A może jednak ironią? Aktorka tworzy pełnowymiarową postać, z wyrazistym konturem charakteru, wypełnionym z pełną paletą barw emocji. To figura fikcyjna, ale czerpiąca z doświadczeń własnych i Nosowskiej. To wrażliwa czy empatyczna kobieta, świadoma swojej wartości, ale też… niedoskonałości. Tak jak Nosowska w swoich tekstach przeprowadza swoistą terapię – od wątpliwości po pełną akceptację. Pogodzenie się ze sobą i ze światem. Odbywa się to na zasadzie dystansu oraz sarkazmu. Obie wyszydzają, wyśmiewają, bagatelizują. Inaczej tego świata się nie da już przeżyć, to zbyt duży ładunek zła (o)presji, negacji i przemocy.
„Hiroszima znów zatańczy” to formalnie monodram, choć aktorce na scenie towarzyszy dwóch muzyków, często wciąganych w przestrzeń dramaturgicznej narracji. Mimo ich wsparcia cały ciężar opowieści, wyrażony w pełne 90 minut (!), spoczywa na barkach i strunach głosowych Galusińskiej. Każda scena, każdy wątek, każda emocja to wachlarz jej aktorskiego warsztatu, różnorodnego jak style muzyczne, którymi Nosowska od zawsze zaskakuje. Nikogo już nie dziwi, że piosenkarka raz rapuje, raz melorecytuje czy wykrzykuje swoje teksty, by za chwilę wykonać wielkiej urody nastrojową, klasyczną balladę albo wymagający melodycznie utwór z dźwiękami pozornie niemożliwymi. Tak też tworzy swoją opowieść legnicka aktorka. To pokaz nie tylko jej wokalnych umiejętności, ale intrygujący przekrój aktorskich środków. Jest nawet animacja stopy! Swoją drogą ciekawym jest aktorska interpretacja tekstów piosenek, która może zmieniać albo podkreślać dowolne fragmenty. Ach! Magia języka! Tu, a propos Galusińskiej, należy sparafrazować jeden z tekstów Nosowskiej jeszcze z Heya: talentów NIE poskąpił Pan / urody NIE żałował też („Katasza” z płyty „Karma”). Aktorka buduje opowieść o odpowiednim napięciu, choć jako takiej fabuły tu nie ma. Dramaturgiczna linka napina się jednak każdorazowo, przy każdej sekwencji. Krótkie anegdoty, dykteryjki mają albo zabawne dosadne puenty, albo emocjonalne refleksje.
Przestrzeń gry jest niewielka, o tym, że to błąd – w dalszej części tekstu. Teraz chciałbym przewrotnie pomysł na jej aranżację… pochwalić. Autorką scenografii jest Elżbieta Rokita. Scena ma dwa „centralne” punkty – to okazały fotel oraz lodówka. Oczywiście każdy z tych sprzętów może przybierać dowolne funkcje, niekoniecznie pierwotnie przypisane. Siedzisko jest nie tylko bezpieczną enklawą, w której bohaterka czuje się najlepiej, ale po obróceniu oparcie stanie się zastawką dla organicznego teatru lalkowego (sic!). Lodówka to z kolei… garderoba. To na jej półkach znajdują się niemal wszystkie rekwizyty ora sprzęty. W finale stanie się jeszcze wymowną oprawą jednego z najwyrazistszych songów.
Muzycznie „Hiroszmia dziś zatańczy”… zaskakuje. Aranżacje Remigiusza Hadki i Michała Sosny to odważne, by nie rzecz rewolucyjne, przetworzenie oryginalnych kompozycji. Przy czym, nie gubią wiodących melodii oraz trudnych dźwiękowych figur. Zasadnicza różnica w brzmieniu to oczywiście dobór instrumentarium, w ich wydaniu dość skromnego, bo to tylko instrumenty klawiszowe, gitara i saksofon. Robotę robi jeszcze elektronika, która potrafi stworzyć wrażenie, że na malutkiej scenie mieści się orkiestra symfoniczna, ale ich nie widać, bo się schowali za przepierzeniem. Hadka i Sosna w swoich interpretacjach połączyli dwa żywioły – Nosowską i Galusińską. Żywioły to niepokonane! Ich nowe brzmienia wychodzą oczywiście z oryginałów, ale są podporządkowane emocjom i atmosferze spektaklu oraz wokalnym umiejętnościom aktorki. Ta w pewnym momencie wyznaje, że „jestem TYLKO śpiewająca aktorką” i faktycznie muzyka przedstawienia jest bliższa scenie teatralnej niż estradzie. Przy czym zaznaczam, że do „piosenki aktorskiej” nadal daleko! Ot, złoty środek. Brawo! Wśród najodważniejszych aranżacji jest osobliwa interpretacja „Pani Pasztetowej” z pierwszej solowej płyty Nosowskiej „Puk, puk”. Utwór dziwnie zaaranżowany na eurowizyjną, rzewną balladę, której nie powstydziłaby się najstarsza z polskich diw – żyjąca od 4000 lat Edyta Górniak (ponoć jest starsza od dźwigozuarów) – nagle przeobraża się w progresywną napierdzielankę muzyczną, rytmiczną, wokalną. Szacun! Takich zaskoczeń jest tu jednak znacznie więcej. Choćby brawurowe „Ja pas” czy „Brawa dla Państwa”, przewrotnie zilustrowana „Milena” czy dojmująco wyrecytowana „Zofia”. Z niesłychaną (muzyczną) czułością artyści podeszli do najnowszego utworu z gościnnym udziałem Nosowskiej – „Ofelia” według tekstu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, który wyśpiewała wraz z Sanah.
Zarówno muzycy jak i Galusińska wyraźnie bawią się opracowywanym materiałem, robią to z wielkim wyczuciem, polotem i jednocześnie przyjemnością. Na to ostatnie wskazywała obserwacja ich uśmiechów i błysku w oczach konkurujących z refleksami scenicznego oświetlenia. Mam jedynie wrażenie, że za dużo pojawia się tu wokaliz. Nosowska nie stosuje ich w swojej twórczości w takim natężeniu, więc niezbyt rozumiałem ich tak wyrazistą i nadprogramową obecność.
Spektakl „Hiroszima znów zatańczy” został pokazany w hallu teatru, sygnowanym jako nowa przestrzeń – Klubokawiarnia Modjeska. Nazwa to międzynarodowy pseudonim patronki teatru – Heleny Modrzejewskiej. Scenę stanowiła wnęka z „oknem scenicznym” zaaranżowanym kratownicą przypominającą parkową altanę. Szerokość tej przestrzeni nie przekraczała 3-4 metrów, głębokość… również. To zasadniczo mniejsze niż mikro kawalerki w Warszawie. Aktorka wraz z muzykami „dusili” się w tej klitce, zabrakło przestrzeni, zabrakło powietrza… Jeszcze gorzej było zza czwartą ścianą: widzowie, w liczbie maksymalnie kilkudziesięciu, siedzieli na wciśniętych między filarami krzesłach, na jednym poziomie, co znacznie ograniczało widoczność. Tak niewielka przestrzeń przede wszystkim zmasakrowała dźwięk! Wręcz koncertowe nagłośnienie poległo przed modernistyczną surową architekturą wnętrz teatru. Było zbyt głośno, zbyt płasko, choć doceniam i szanuję pracę akustyka. Robił co mógł. Kosztem kilku intymnych i interakcyjnych scen, wolałbym jednak zobaczyć ten spektakl w większej przestrzeni, szczególnie, że wówczas o swoją rolę w spektaklu upomniałoby się oświetlenie. A te nawet w tej mini przestrzeni było znakomite. Światło kreowało atmosferę poszczególnych scen. Znakomite efekty udało osiągnąć się w finałowych scenach, w których Galusińska pojawia się w cekinowym „kimono” wrażliwym na barwy światła. To już były prawdziwe czary. Za reżyserię śwaiteł odpowiadał Mateusz Makówka. Szacun!
Puentując: legnicka „Hiroszima znów zatańczy” formalnie to kameralny monodram, a praktycznie nietuzinkowe widowisko muzyczne, gdzie obok instrumentów, ważne „melodie” wygrywają emocje i bezczelnie sprytna inteligencja. To ostatnie sygnowane równocześnie i równorzędnie Nosowską i Galusińską.
Nie, to nie jest spektakl dla znawców czy miłośników wokalistki HEY-a. To propozycja dla wszystkich wrażliwców, którzy miotają się w plątaninie absurdów współczesności. W tej propozycji owe absurdy są neutralizowane tożsamą bronią. Dzisiejszy świat można zrozumieć, przetrzymać, wytrzymać, a wreszcie pokonać tylko przy wykorzystaniu dowcipu i humoru. Inaczej już się nie da. I jeśli puenta jest powtórzeniem, bo pisałem o tym kilka linijek wyżej, to dobrze. Dla utrwalenia.
A tytuł? Tak Katarzyna Nosowska mówiła o tym w rozmowie z Robertem Rientem na łamach „Zwierciadła”:
Rient: Dlaczego w tym utworze łączysz opowieść o sobie z zagładą Hiroszimy i Nagasaki?
Nosowska: Czuję, że dopiero teraz się rodzę. Hiroszima i Nagasaki zostały zmiażdżone, zniszczone w jeden z najokrutniejszych sposobów. Ale dziś o zbrodni przypominają pomniki, ludzie chodzą ulicami, wróciło życie, śpiew i taniec. Gdy ktoś mnie pytał w ostatnim czasie, co u mnie, odpowiadałam pół żartem, pół serio, że u mnie Hiroszima. To był brutalny okres. Teraz wiem, że to kwestia czasu. Na tych zgliszczach, zniszczeniach, po całym moim dotychczasowym życiu, turbulencjach w związku – wiem, że ponownie rozkwitnę, a może nawet zatańczę.