Legnicka adaptacja Opactwo Northanger została dokonana przez Marię Gustowską, a wyreżyserowana przez jej siostrę – Zofię Gustowską. Jest to premiera przygotowana przez kobiecy zespół realizatorski: Katarzynę Pawelec (scenografia i reżyseria światła), Aleksandrę Harasimowicz (kostiumy), Agatę Zemlę (muzyka), Katarzynę Sikorę (choreografia), co w tym wypadku nie bez znaczenia. Dzisiejsze młode twórczynie dekonstruują panieńskie fantazje i wyobrażenia na temat miłości i romantycznego związku i demaskują finansowe podstawy matrymonialnych transakcji. Patrzą na świat Austen z perspektywy współczesnych kobiet, jednak świadome uwikłania i bezwyjściowej sytuacji prababek.

Pisze Wanda ŚWIĄTKOWSKA, członkini XI Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej i Europejskiej „Klasyka Żywa”.

Rola panny na wydaniu była w poprzednich epokach wręcz funkcją społeczną – to był czas liminalny, kiedy młoda kobieta spod władzy ojca przechodziła pod opiekę przyszłego męża. W kulturach patriarchalnych niewiele miała do powiedzenia w kwestii wyboru partnera. Była wystawiana na jarmarkach matrymonialnych – na salonach, spotkaniach towarzyskich, balach (specjalny status „debiutantki” w momencie pierwszego okazania). Pod opieką ciotki czy innej przyzwoitki mogła nawet udać się w podróż do takiego uzdrowiska jak Bath, by przechadzać się po promenadzie i prezentować kandydatom.

Kartą przetargową był jej posag, nazwisko i reputacja, czyli mówiąc wprost – cnota. Krótki okres jej wolności i okazję do poznawania świata zamykały dość szybko oświadczyny i transakcja pomiędzy przyszłym mężem a jej ojcem. Jeśli okres wystawiania na pokaz trwał zbyt długo, dziewczynie groziło zostanie „starą panną”. A stan ten wiązał się nie tylko z odium społecznym, ale i większym zagrożeniem (na przykład ekonomicznym) niż potencjalne niebezpieczeństwa wynikające z przyszłego małżeństwa.

Tak długo toczył się świat, nic więc dziwnego, że dziewczętom wbijano do głowy nie tylko posłuszeństwo wobec tych zasad, ale i rozmaite scenariusze i instrukcje („teraz nie kochasz, ale pokochasz”), by proces ten przebiegł bezkonfliktowo. Nierealne mrzonki panien o romantycznej miłości tylko psuły szyki rodzicom, generowały domowe konflikty, powodowały poczucie przegranego życia, a w skrajnych przypadkach – klasztor lub samobójstwo. Niewiele kobiet miało inne wyjście, niż chodzić w kagańcu obyczaju sankcjonowanego przez patriarchat do spółki z Kościołem. Tym, co się działo w sercach i duszach młodych kobiet, ich dylematami, tragediami i pragnieniami zajmowała się co najwyżej literatura.

*****

Zofia Bąk w roli Katarzyny Morland przypomina dzisiejszą nastolatkę wrzuconą w świat konwenansów i etykiety, a nie damę z przełomu wieków. Daje swej „wybrakowanej” i rozmarzonej heroinie współczesną świadomość, ekspresję i wrażliwość. Już pierwsza scena spektaklu pokazuje jej wejście w rolę i dosłownie – w kostium. Ubrana współcześnie Bąk stoi na proscenium przed zasłoniętą kurtyną i prezentuje się widzom w autokrytycznym monologu. Ma na sobie sweter w paski, krótką spódniczkę i trampki. Zabiegana Matka (Ewa Galusińska), z którą rozmawia, dzierży w jednym ręku telefon komórkowy, w drugim paczkę papieru toaletowego. Dopiero zaproszenie do uzdrowiska powoduje zmianę stroju bohaterki na suknię z epoki i rozsunięcie kurtyny, czyli wejście na scenę publiczną – do sal ansamblowych kurortu w Bath. Cóż że prześwituje tam zwyczajność i za kryształowym żyrandolem widać odrapane ściany teatru. Jesteśmy w końcu w teatrze – zalotów, konwencji, romansowego spektaklu – którego wszyscy są tu świadomi.

fot. Karol Budrewicz

Wystarczy spojrzeć na scenę zbiorowych tańców na balu w uzdrowisku – kontredanse wykonywane do rytmicznej beatowej muzyki ujawniają groteskowość bez zbędnego komentarza. Dworne ukłony, dygnięcia, wystylizowane gesty czy konwencjonalne rozmowy są tu przełamane i skontrapunktowane wrzaskiem mew, niepasującą muzyką czy nieoczekiwaną kiczowatą piosenką („Mam w sobie tyle wdzięczności. Serce mi pęka z radości. Nasz dom będzie pełen miłości. Chcę dożyć z tobą starości”). Realizatorki bawią się romansową konwencją, dystansując siebie, bohaterów i widzów od prezentowanej historii.

Wszystko epatuje tu sztucznością – poczynając od eleganckich, upiętych pod biustem sukien, przez absurdalne torebki, koczki, cygaretki, po ostentacyjnie sztuczną scenografię: pustą złoconą ramę, wtaczaną ławeczkę „do zalotów” czy pochyłą podłogę, po której pokracznie chodzi się w butach na obcasie, na koniach i powozach kończąc (jest to motocykl lub osiodłany gimnastyczny kozioł). Przedmiotem zabawy może być także archaiczny język powieści, kiedy widzom trzeba wytłumaczyć znaczenie „prebendy” jako hasła do krzyżówki. Absurdy epoki zostają wyśmiane, ale zarazem potraktowane ze współczuciem. 

*****

Aktorzy fantastycznie bawią się konwencjonalnymi dialogami, odgrywając socjetę wedle ustalonego scenariusza, mają jednak dzisiejszą świadomość – i zza maski co rusz ujawnia się prawdziwa, obolała od uśmiechów twarz.

*****

Nowoczesna, mądra i wnikliwa lektura Opactwa Northanger dokonana przez twórczynie z pewnością nie przynosi szkód, a otwiera intrygujące pola do interpretacji twórczości Austen i udowadnia, jak wspaniały (i wciąż nieodkryty) może to być materiał dla teatru.

 

Artykuł w całości można przeczytać TU