W „Systemie Sulta” stoły do ping-ponga są nie tylko elementem scenografii, ale też dowcipną metaforą quasisportowego pojedynku, jaki zostanie przy nich stoczony. Występująca w osłabionym składzie reprezentacja wierzących w istnienie Boga zmierzy się nie tylko z ateistami i wojującymi anteklerykałami, ale też z „najprzeciętniejszym Polakiem”, który nie ma w tej kwestii do powiedzenia nic ponadto, co da się wyczytać w Wikipedii. Recenzja Piotra Kanikowskiego.

Michał Sult (Paweł Palcat) to genialny profesor filozofii, któremu zlecono przygotowanie opinii na potrzeby spektakularnego sądowego procesu. Ma orzec o Bogu: istnieje czy nie. Sult mógłby zrobić to sam, ale powołuje zespół, który ma przedyskutować sprawę i wypracować obiektywne stanowisko. Poza nim w skład zespołu wchodzą ksiądz Adam Konarski - fizyk (Łukasz Kucharzewski), lekarka Zofia Sawicka (Zuza Motorniuk), reżyserka teatralna Karolina Grad (Aleksandra Listwan), psycholog i psychoterapeuta Robert Matracki (Mateusz Krzyk), pisarz Marek Berg (Bartosz Bulanda) oraz wspomniany już zwycięzca teleturnieju na najprzeciętniejszego Polaka Piotr Nowak – urzędnik z Czaplinka (Jakub Stefaniak). Prawie sami indywidualiści, zadufani w sobie, nieprzyjmujący cudzych racji. Tworzą wybuchowy miks charakterów i postaw, co dodaje smaczku ich intelektualnemu pojedynkowi. Będą starali się posłać na drugą stronę stołu podkręconą piłkę, której adwersarze nie zdołają odebrać. Dowieść, że Bóg jest. Lub że go nie ma.

Podczas próby prasowej, Mateusz Pakuła – reżyser i autor scenicznej adaptacji książki Macieja Miłkowskiego – zestawił „System Sulta” z głośnym filmem Sideya Lumeta „Dwunastu gniewnych ludzi” z 1957 roku. Podobieństwo polega na tym, że dramaturgiczną osią obu jest tocząca się w zamkniętej przestrzeni dyskusja grupy osób. Słowa, słowa, słowa. Głównym wyzwaniem staje się więc podtrzymywanie uwagi odbiorców, aby te słowa do nich docierały, nie ulatywały. Nie wolno dopuścić, aby zamieniły się w nużące rozgadanie, które jesteśmy skłonni puścić mimo uszu. Lumet osiąga to stopniując z każdą minutą emocje, aż do finału, w którym członkowie ławy przysięgłych w sądzie na skutek sensownych argumentów zmieniają zdanie co do winy oskarżonego nastolatka. Mniej sensacyjny, bardziej intelektualny, tekst Macieja Miłkowskiego szans na takie stopniowanie napięcia nie daje. Między zawiązaniem akcji a przewrotnym finałem w „Systemie Sulta” następuje ciąg scen, które są w istocie rozpisanym na logiczne pojedynki streszczeniem różnych poglądów filozoficznych o istnieniu lub nieistnieniu Boga, jego naturze, roli chrześcijaństwa w dziejach świata, konsekwencjach sekularyzacji itd. Śledzenie tej dyskusji bezwzględnie wymaga skupienia. Utrata uwagi w którymkolwiek momencie może spowodować, że widz straci zainteresowanie resztą.

Reżyser Mateusz Pakuła mądrze daje mózgom co jakiś czas odpocząć, przeplatając statyczne sceny mówione tanecznymi interludiami. Te sekwencje, atrakcyjne i żywiołowe, są jak grodzie na statku – nie pozwalają znużeniu zatopić całego przedstawienia. Pomysł uważam za genialny a wykonanie jest jeszcze lepsze.

Każdy z bohaterów ma swój czas i gdy inni popadają w stupor, na kilka minut zawłaszcza scenę dla siebie, tańcząc do electropopowej muzyki grupy Metronomy. Obmyślone przez Dominikę Wiak układy choreograficzne są precyzyjnie dopasowane do temperamentu postaci i podkreślają ich indywidualne cechy. Taniec wyzwala, co wyraźnie widać chociażby w solówce Zuzy Motorniuk. Niesiona hipnotycznym rytmem w pewnym momencie zrzuca gorset statecznej pani doktor, upuszcza łyżeczkę, omiata powietrze długimi włosami z rozpuszczonego koka. Księdza przestają krępować sutanna i koloratka, w mówiącym komicznym dyszkancikiem psychoterapeucie budzi się lew parkietu, a zahukany urzędnik, który całe życie pisał protokoły, w szale uniesień rozrzuca po scenie kartki i przewraca meble. Jest w nich wtedy jakieś światło. Coś co przygasa, gdy muzyka się kończy i w manierycznych pozach zamierają na swych krzesłach. Piękno jako argument na istnienie Boga – jedyny, któremu profesor Michał Sult jest skłonny ulec, bo nie potrafi się przed nim obronić tarczą rozumu?

Nowy spektakl Teatru Modrzejewskiej jest popisem aktorskiej sprawności, lekkości i dowcipu. Miałem dużo przyjemności, gdy obserwowałem, jak Palcat, Kucharzewski, Motorniuk, Listwan, Krzyk, Bulanda, Stefaniak – i Anita Poddębniak, która pojawia się jako głos z offu, znakomity – bawią się przydzielonymi rolami. W skupieniu tworzą kunsztowne błyskotki i jednocześnie zachowują uważność niezbędną do zespołowego grania. Każda z postaci w „Systemie Sulta” ma jakiś karykaturalny rys, teatralność, umowność, co czyni je egzemplifikacją odmiennych społecznych postaw, awersji czy ciążeń.

Doceniam dowcip scenografki Justyny Elminowskiej, która wykorzystując szklaną witrynę przedłużyła scenę na Piekarach o fragment ulicy Izerskiej. Za plecami aktorów spacerują więc nie ulotne teatralne byty ale legniczanie z krwi i kości ze swymi psami, wózkami, torbami zakupów. To co teatralne i nieteatralne łączy się w jedno, przez co momentami jest śmiesznie, a momentami strasznie. Wypowiadana przez Pawła Palcata apoteoza piękna, które musi pochodzić spod boskiej ręki, brzmi tyleż przejmująco, co niedorzecznie w konfrontacji z nierównym chodnikiem i zakratowanymi sklepami w ohydnych postpeerelowskich pawilonach, na które patrzy w tym momencie publiczność.

„System Sulta” to pierwsza praca Mateusza Pakuły i jego ekipy w Teatrze Modrzejewskiej. Mam nadzieję, że nie ostatnia, bo przywieźli do Legnicy sporą dawkę świeżości i oryginalnych pomysłów. A czy zdaniem ośmiorga gniewnych ludzi Bóg istnieje, czy nie, nie zdradzę. Sprawdźcie to osobiście.

(Piotr Kanikowski, „Ping-pong u Sulta. RECENZJA TEATRALNA”, https://tulegnica.pl/, 28.11.2025)