Umówiłem się z aktorami, że jak mi się nie spodoba, to na fejsie napiszę, że mi się podobało i dam trzy serduszka, ale jak mi się naprawdę spodoba, to jednak napiszę o tym szerzej. Niech więc niekrótkość tego wpisu będzie miarą skali wszechogarniającej i porażającej zajebistości tego, co legnickiemu zespołowi udało się z "Sulta" wykrzesać. Pisze autor powieści Maciej Miłkowski na swoim facebookowym profilu.
Precyzja zegarmistrzowska, energia wczesnoszkolna, nakrętka całkowita, głębia i chyba trochę nawet autozabawy przy tym wszystkim. Dyrektor Łukasz Czuj (dzięki i ukłony!) mówił o dosłownym i metaforycznym otwieraniu okien między teatrem a światem. Dla mnie się wczoraj całe mnóstwo okien pootwierało.
Od lat nie usłyszałem takiej masy tekstu w teatrze. Nie mogę oczywiście oceniać jego jakości, ale sama ilość jest dość imponująca. Mateusz Pakuła serwuje publice niemal dwie godziny gadania o Anzelmie i Tertulianie... No ale cały trick w tym, że zachowuje przy tym piorunujące tempo. Dobrze naoliwiony ma ten przebieg po prostu. On mówi, że to jest teatr tekstocentryczny, ale jednak robi po drodze bardzo wiele, aby się rzecz nie zmieniła w audiobook. Do tekstu dokłada całe mnóstwo subtelnej i dyskretnej teatralnej roboty, której może na pierwszy rzut oka nie widać, ale bez której by się wszystko zawaliło pod własnym ciężarem. Sama adaptacja (niby dość nożycowo odważna) jest spełnieniem marzeń każdego autora. Mam poczucie pełnej identyfikacji z tą adaptacją ("to jest moje"), a zarazem widzę, jak wiele Mateusz zrobił, aby to wszystko dostosować do teatralnych prawideł. Dostosować, a może raczej uzupełnić, bo to jest trochę tak, jakby ktoś do wiersza dopisał muzykę. Tekst jest niby dalej ten sam, ale dopiero z połączenia tych dwóch powstaje piosenka.
Najlepsza jest oczywiście gra bez piłki. Czyli jedna postać coś mówi - nieraz rozwlekle i niejasno - ale widz patrzy również na sześć pozostałych postaci. Oni to robią gestami, dziwactwami, spojrzeniami, rekwizytami - tysiącem drobnych rzeczy. Ale żadna z nich nie jest nadmierna czy przerysowana. Rolę buduje się tu filiżanką, telefonem czy e-papierosem, ale w żadnym razie nie tylko filiżanką. Niby oni przez większą część czasu siedzą. Niby na ogół mówi jedna osoba z siedmiu. No ale to siedzenie i milczenie jest też niezwykle angażujące, dynamiczne, elektryzujące i przykuwające uwagę.
Znakomite są tańce. Choreografię zrobiła Dominika Wiak - i pomysł jest taki, że każdy z siódemki ma takie, powiedzmy, solo taneczne. Jest to trochę jazzowe - że każdy po kolei instrument z bandu wychodzi na moment na front. Pełni to rolę swego rodzaju monologu wewnętrznego każdej postaci. Są tam różne bardzo subtelne elementy (aluzyjki do Michała Anioła na przykład), ale też i jest w tym jakaś niesłychana energia. Oczywiście, jak pierwszy raz usłyszałem, że się to ma zaczynać sceną tańca Sulta, no to sobie pomyślałem: aha, profesor Sult tańczy, no aha. Ale to jednak działa znakomicie. Nie tylko stanowi naturalne interludium, które pozwala widzowi i aktorowi jednak złapać oddech (chociaż czasem to jest raczej przyspieszenie niż zwolnienie), ale też i te solówki taneczne stanowią swego rodzaju zegar, którym się to wszystko odlicza. Każdy z tych tańców ma też zaskakującą, opóźnioną kulminację. I trochę też jest tak samo z kulminacją (czy dwiema kulminacjami) całego spektaklu.
No i aktorzy. Przede wszystkim aktorzy. Na zdjęciu widzicie ich, jak już po cywilnemu odgrywają zwykłych śmiertelników. Ale przecież ledwie chwilę temu w tym samym miejscu wyczarowywali prawdziwe cuda. (Argument z cudów jest nie do obalenia, sorry). Zamykam oczy i widzę ich - całą siódemkę - tak jak siedzieli za tymi stołami. Od lewej do prawej.
Pierwszy z lewej (skrajna lewica!) jest ksiądz Konarski. Grający go Łukasz Kucharzewski sprawia, że ta postać jest bardzo przekonująca. Bardzo nie chciałem, żeby ona była karykaturalna, żeby się ją dało obśmiać łatwo. W wersji Borsuka ksiądz jest uroczy po prostu, dobrotliwy, ciepły, cierpliwy. Ale też i zwyczajnie w wielu rzeczach ma rację. Nienachalną. Niedyrektywną. To jest Kościół 2.0, taki jakim musiałby się stać, żeby zachować szanse przetrwania. (Bez obaw - nie stanie się). I w wersji Borsuka cały ten zgrany katolicyzm no to jest zupełnie sensowna propozycja intelektualna i emocjonalna. Sensowna, może wręcz miejscami racjonalna. I za każdym razem, jak można jakiś kawałek tekstu zagrać na śmiesznie albo na nieśmiesznie (papież na plakacie, powiedzmy) to Kucharzewski jedzie na ciepło i na głęboko.
Kolejny jest Robert Matracki, trochę zagubiony po tej stronie stołu początkowo, no ale później... No właśnie - początkowo - bo Matracki, tak jak go podaje Mateusz Krzyk, to jest jedyna postać, która w tym spektaklu przeżywa jakąś przemianę. Dość wyraźnie malowaną zresztą. I przemianę w jego odbiorze ma szanse przeżyć też widz. Bo on jest początkowo komedialny nieco, ale stopniowo widz się łapie na tym, że może on ma najwięcej racji w tym wszystkim, co mówi. A jak potem przestaje już być komediowy, to mu tych racji raczej ubywa niż przybywa. No i nie mogę nie zauważyć tych wszystkich drobiazgów, którymi Mateusz obnaża pustostany tej mojej profesji. I nie jest to żadne naśmiewanie się z psychoterapeutów, ale raczej pokazanie, jak wielką ta rola daje nieraz władzę, jak wielkie z tego wypływa czasem samozadowolenie. Jak można być w tym żałosnawym, nawet jeśli ma się cały czas rację.
Kolejna jest Karolina Grad, reżyserka, która nie bardzo ma tam początkowo co reżyserować, więc w końcu decyduje się reżyserować Matrackiego. Z powodzeniem zresztą. Grająca ją Aleksandra Listwan robi z niej postać bardzo niejednoznaczną - bo niby dość drapieżną i demoniczną, ale przy tym skłonną do wzruszeń, ludzkich odruchów i jakoś sympatyczną po prostu. Grad się niby tak trochę wdzięczy, ale że wdzięczy się raczej do całego świata, to paradoksalnie sprawia, że wszyscy się zaczynają wdzięczyć do niej. Ona jest tu Ewą, jabłkiem, wężem i drzewem zarazem. Dla niej zmienia się Matracki. Ale końcowe eksplozje Nowaka to niby dla kogo? No jest w niej fenomenalna nieprzewidywalność. W żadnej sprawie nie da się przewidzieć jej stanowiska. Może w każdej chwili przywalić - i w sumie może przywalić każdemu.
Piotr Nowak nie bez powodu siedzi na samym środku. Grający go Jakub Stefaniak trochę włosem i brodą "chrystusyzuje" tę postać. No ale czy nie taki jest sens tej postaci trochę? Czy cały urok Jezusa (i religii w ogóle) nie sprowadza się do tego, że jest ona apoteozą przeciętności? Nowak jest też postacią obrotową. Kuba dosłownie się nieraz zgrabnie w czasie dyskusji obraca - ogląda ten mecz pingpongowy. Ale on też jest w jakimś sensie arbitrem, to przecież na nim wszyscy chcą zrobić wrażenie, jego chcą przekabacić, do niego mówią, do niego apelują, w niego inwestują. Może taki jest sens końcowego tańca - bo to Nowak tańczy ostatni i wywraca przy tym wszystkie papiery i wszystkie krzesła komisji. Statystyczny Polak ma w sobie skłonność do buntu i może to raczej ten irracjonalny bunt (a nie racjonalny namysł) może wysadzić w kosmos religię...
Kolejna jest doktor Sawicka i Zuza Motorniuk gra ją tak, że postać ta stopniowo staje się trochę przerażająca. Niby jest naturalną sojuszniczką Sulta, niby reprezentuje same pozytywne wartości, a jest przy tym niezajadła i niezacietrzewiona. No ale... No ale potrafi pić herbatę z taką moralną wyższością, potrafi tak na Berga popatrzeć, że człowiek sobie myśli, że Zło to może i jest złe, ale Dobro to było dopiero straszliwe! Trochę jak Galadriela z "Władcy pierścieni". Biała Królowa nieznosząca sprzeciwu. "All shall love me and despair". I Zuza pokazuje grozę nie tylko garsonki, nie tylko sztywności (pękającej w tańcu - najbardziej chyba uwalniającym ze wszystkich tańców, najbardziej idącym pod prąd postaci), ale też boskiego samozadowolenia.
Berg. Enfant terrible komisji. Grający go Bartosz Bulanda pewnie zgarnia najwięcej śmiechów publiczności, bo (trzymając się metaforyki pingpongowej) wali właściwie same ściny, niekiedy przy tym trafiając we własne pole, ale niekiedy jest dla przeciwnika naprawdę morderczy. Ale z drugiej strony jest tak, że facet, który pokazuje wciąż, że ma wywalone, podnosi zupełnie sensowne zastrzeżenia moralne. Domyślamy się w nim - w wersji Bartka - jakiegoś dramatu wewnętrznego. I jest też tak, że Berg sieje, sieje i sieje, a potem ma zasiane - i jak znika, to się okazuje, że jego oddziaływanie jest trwalsze niż on sam. Już go nie ma, ale dalej działa. Wpuścił do pokoju jakiś powiew, który się i bez niego utrzymuje. Nie bez powodu Sult się na chwilę przesiada na jego krzesło. I nawet Sawicka staje się jego apologetką w jakimś sensie.
No i wreszcie on... Sult. Sult we własnej osobie. Paweł Palcat jest najlepszym Sultem, jakiego sobie mogłem wymarzyć. Jest postacią tak demoniczną, tak mefistofeliczną... Kiedy nie wiadomo, kto za jakiś sznurek pociągnął, no to pewnie pociągnął pan Sult. Paweł nie robi z niego nudnego akademika, a raczej postać o ogromnej wewnętrznej sile. Cały czas zapina i rozpina marynarkę, poprawia sobie węzeł krawata - no i w świecie zewnętrznym Sult też coś tam zapnie i coś tam poprawi. Paweł gra człowieka, który swój racjonalizm nosi w kieszeni jak broń. Bez wahania wyjmie i będzie strzelać. Rozegra wszystkich. Wygra na punkty. Nawet jeśli będzie musiał podmienić piłeczkę.
Mateusza Pakułę znam już od paru lat. W wielu się sprawach intelektualnie i emocjonalnie spotykamy. Wspólnictwo z nim to dla mnie nie jest więc wielkie zaskoczenie... Ale tę siódemkę wspaniałych poznałem ledwie dwa dni temu. Mam jednak wrażenie, jakbym znał ich od lat. Jakby byli mi ludźmi niezwykle bliskimi. Bo to chyba działa w dwie strony. Oni musieli się tych moich rojeń na pamięć wyuczyć, ale ja się w jakimś sensie wczoraj wyuczyłem ich. I może po raz pierwszy coś z tego "Sulta" sam zrozumiałem...
Pawle, Borsuku, Mateuszu, Olu, Kubo, Zuzo, Bartku - nawet nie wiecie, jak bardzo jestem Wam wdzięczny.
Dobra, długo wyszło. Sorry, że tak długo. Ale szczerze, to i kurde długo.
(Maciej Miłkowski, Wpis na profilu facebookowym, https://www.facebook.com/, 24.11.2025)