Najnowsza produkcja „Aniołki Mussoliniego" Teatru Roma w Warszawie, miała swoją premierę na Nowej Scenie. Spektakl w reżyserii Łukasza Czuja, powstał dzięki pomysłowi i wytrwałości Katarzyny Zielińskiej, aktorki grającej jedną z głównych ról, którą zainspirowała historia sióstr Lescano, które w latach trzydziestych i podczas II wojny światowej tworzyły znane, wokalne trio, wokół którego narosło wiele kontrowersji moralnych. Siostry Lescano zostały oskarżone o kolaboracje z faszystami i romans z Benito Mussolinim. Pisze Katarzyna Jakubiak.

Trudny temat jak na muzyczny spektakl i raczej rozrywkowy charakter Teatru Roma. Trudny, ale odważny i ważny, dowodzi, że z każdego tematu można stworzyć ciekawy obraz sceniczny z dobrą muzyką, pod warunkiem odpowiednich twórców i obsady. Ten warunek został w tym przypadku niewątpliwie spełniony i widzowie otrzymali całkiem zgrabny, wielowątkowy spektakl muzyczny. Siostry Lescano, Żydówki węgierskiego pochodzenia, wychowane w Holandii, a koncertujące na całym świecie, które zdecydowały się osiąść we Włoszech i to w najtrudniejszym historycznie momencie.

Podczas drugiej wojny światowej Włochy, a właściwie sława i układy z najwyższymi rangą faszystami, z Benito Mussolinim na czele miały im i ich rodzinie zapewnić bezpieczeństwo. Walczyły o przetrwanie, chociaż w moralnie wątpliwy sposób. Czy przeważała wygoda czy strach o własne życie, to wiedzą tylko one, ale faktem jest, że oprócz dwuznaczności ich zachowania, przeszyły długą i bolesną drogę jako artystki, córki szefa cyrku, który od najmłodszych lat wykorzystywał córki do pracy na arenie cyrkowej. Chcąc wybić się ponad szarą i ciężką rzeczywistość założyły trio, koncertowały i zdobywały coraz większą popularność, aż nadeszła II wojna światowa i nic już nie było pewne ani jednoznaczne.

Obsada składa się zaledwie z czterech aktorów, w rolach sióstr Lescano możemy zobaczyć Katarzynę Zielińską, jako najmłodszą, Kitty, Ewę Prus wcielającą się w postać najstarszej, wiodącej prym siostry, Ewę Prus oraz wymiennie w roli średniej siostry Monikę Dryl i Barbarę Kurdej – Szatan, natomiast w siedmiu wcieleniach możemy podziwiać Mariusza Ostrowskiego na zmianę z Marcinem Przybylskim.

To, co zaprezentował Mariusz Ostrowski jest prawdziwym kunsztem aktorskim, co tu dużo mówić, dla mnie skradł całe show przedstawienia. Podczas spektaklu wciela się w aż dziewięć postaci i aż trudno uwierzyć, że to wciąż ten sam aktor. Przechodzi od włoskiego fircyka, przez ojca Lescano po kardynała i samego Mussoliniego. To jest naprawdę wyczyn, żeby podczas krótkiego spektaklu stworzyć tyle postaci i to skrajnie różnych. Serdeczne gratulacje.

Nie zapominajmy jednak o trio Lescano, bo to ich historia miała być dominująca...Historia opowiedziana dość dynamicznie, z lekkością przechodząc z różnych etapów kariery i życia sióstr oddając zarówno ich relacje rodzinne jak i powiązania polityczne, sąd i osąd nad nimi.

Klika scen naprawdę mocnych, wbijających się w pamięć widza. Monika Dryl, która w monodramie przedstawia swoje emocje i uczucia związane z byciem średnią siostrą, która przez pozycję w rodzinie pozostaje wciąż niezauważona, najmniej doceniona, a przecież podzielająca ten sam los, co pozostałe siostry. Kitty Lescano (Katarzyna Zielińska) budzi mieszaninę odczuć dla jej postaci. Najmłodsza, może najbardziej pokrzywdzona przez los, a jednocześnie chyba najsilniejsza z nich trzech. Skomplikowana postać i zdecydowanie niejednoznaczna, jak cała historia rodziny Lescano.

Spektakl bardzo dobry pod względem wokalnym, z muzyką, aranżacjami i kierownictwem muzycznym Marcina Partyki posiada wszystkie cechy musicalu. Ważnymi elementami są scenografia i kostiumy, zaprojektowane przez Agatę Stanulę. Oddają klimat tamtych lat, a jednocześnie są spójne i ułatwiające wczucie się w historię postaci. Warto wspomnieć również o choreografii stworzonej przez Paulinę Andrzejewską – Damięcką, przyciąga uwagę widza i potęguje odbiór emocjonalny.

Spektakl „Aniołki Mussoliniego" porusza ważne kwestie moralności, kolaboracji, granic, jakie można przekroczyć dla własnego bezpieczeństwa, a które powinny zostać nienaruszalne, ale z pewnością jest prawdziwym teatrem, nie performensem, nie show, ale sztuką.

(Katarzyna Jakubiak, „Aniołki czy diabełki Mussoliniego?”, http://www.dziennikteatralny.pl/, 20.11.2025)