Najnowszy spektakl na Novej Scenie Teatru Roma wydobywa na światło dzienne mocno już zapomnianą, fascynującą w nieoczywistości historię sióstr Lescano, holenderskich Żydówek węgierskiego pochodzenia, które życiowe sukcesy święciły w faszystowskich Włoszech, co samo w sobie jest jakże kuszącym w paradoksalności materiałem dramaturgicznym. Autorzy scenariusza – Robert Urbański i Michał Chludziński, w pełni tę szansę wykorzystali, pisząc tekst porywający emocjonalnie, podany jednak z szacunkiem dla kontekstu historycznego, po solidnej kwerendzie, choć ze współczesnej, feminocentrycznej perspektywy. Pisze Tomasz Mlącki.

Opowieść o tercecie, gdzie uprzedmiotawiane przez maczystowskie otoczenie artystki płacą wysoką cenę za flirt z polityką, kończący się, jak to nierzadko bywa, małżeństwem z przymusu, bez opcji rozwodu, o rozchwianej egzystencji w odwiecznej sinusoidzie blasków i cieni kariery, o jakże kapryśnym wykresie losu, wciąga jak rzadko kiedy widownię, łapiącą w lot jej uniwersalne przesłanie.

Ta w sumie tyleż bezlitosna, co empatyczna próba biografii Tria Lescano, poprowadzona w narracji retrospektywnej, jest spojrzeniem z końca drogi, próbą podsumowania, bilansu życia w potworniejących cieniach totalitaryzmu, a ponieważ historia po raz kolejny, tu i teraz, z coraz większą mocą daje nam odczuć, że wbrew gładkim bon-motom lubi się powtarzać, jest także scenicznym esejem o przeszłości, która w każdej chwili może stać się jeśli nie teraźniejszością, to przyszłością, a wtedy podział na widzów, statystów i aktorów na jej scenie jest iluzoryczny. Owa figura podróży w czasie, opowiedziana poprzez brawurową sekwencję kilkunastu obrazów z życiowej drogi sióstr Lescano, została ujęta w muzyczne ramy, które są jakże błyskotliwą kontekstualnie formą dla ważkiej, historycznej treści, z wektorem wyprowadzonym w teraźniejszość, co w teatrze muzycznym jest nieczęste.

Jeśli już o muzyce mowa, tu granej na żywo, uroczo swingującej, jak w latach triumfów tercetu, jest ona kapitalnie, z dużym wyczuciem nastroju narracyjnego, zaaranżowana przez Marcina Partykę. Proszę zwrócić uwagę na frywolnego „Pingwina", ale przede wszystkim na jedną z najbardziej ikonicznych włoskich operowych melodii pióra Verdiego – „Va, pensiero". Ta zanurzona w elegijnym żalu pieśń wygnańców i niewolników, staje się monumentalnym muzycznym tłem songu o podpisaniu cyrografu – aktu wstąpienia do partii faszystowskiej, egzemplifikacją figury gwałtu na jednostce, zamienionej w cząstkę posłusznie, bezrefleksyjnie maszerującej masy. W ogóle songi Chludzińskiego są wyjątkowej urody, pisane ze swadą, ale i z szacunkiem, równoważące ton lekki i poważny, nutę groteski i grozy, które to narracja spektaklu umiejętnie splata. W ów kontrast idealnie wpisuje się scenografia Agaty Stanuli, prosta, w formie bramy, rzec można nieco górnolotnie, złego i dobrego, będącej także ekranem dla projekcji - dokumentalnych, brutalnych w wymowie, skontrastowanych z błogostanem będących u szczytu powodzenia bohaterek, jednostek, o które historia się jeszcze nie upomniała. Także kostiumy tego samego autorstwa, znakomicie wystylizowane, cieszą oczy.

Nie byłoby jednak niezaprzeczalnego sukcesu spektaklu, gdyby nie wycyzelowane, solidnie dopracowane na próbach aktorstwo. Katarzyna Zielińska jako Kitty, Ewa Prus jako Sandra, wreszcie Barbara Kurdej-Szatan jako Giuditta Lescano, są perfekcyjne wokalnie, choreograficznie i aktorsko. Powstaje nieodparte wrażenie, iż się po prostu ze swoimi bohaterkami spajają, z ich całym bagażem traum i triumfów egzystencji. Bawią i wzbudzają smutek, są kruche i silne jednocześnie, autentyczne po prostu. Grają z pełną świadomością znaczenia tych kreacji, tu i teraz. Duże brawa!

Osobne słowa uznania należą się Marcinowi Przybylskiemu, wcielającemu się w aż siedem, jakże różnych w rysunku postaci. Aktor dwoi się i troi na niewielkiej przecież scenie, jest stuprocentowym Italiano vero – gestem, głosem, mimiką, choćby jako Carlo Prato, kreator włoskiego sukcesu tercetu. Jest też brutalnym, przemocowym, opresyjnym ojcem, wyciskającymi z córek w cyrkowych numerach ostatnie poty, za jedyną nagrodę oferując im mantrę, że „ból to przyjaciel", trochę jak pamiętny Zampano z „La Strady". Aktor równie świetnie gra cynicznego hipokrytę, puszczającego seksistowskie oczko do widowni – kardynała Schustera, jest przekonująco bombastyczny jako rasistowski rzeźnik Etiopii – marszałek Graziani, ale przede wszystkim, i to jest koncert gry na najwyższym poziomie, groteskowo-naturalistyczny jako Mussolini - orgiastyczny, operetkowy, obleśny, spocony maczo w podkoszulku i szelkach. To mocarz na publiczny pokaz i żałosny żebrak w domowych pieleszach w jednym, zależy jak los mu zagra. Przybylski jest wulkaniczny w ekspresji niczym Etna i Wezuwiusz razem wzięte, trzymając widownię mocno w garści. Magnetyzuje. Oklaski na stojąco.

Wreszcie, last but not least, wnikliwa i konsekwentna reżyseria. Dzięki Łukaszowi Czujowi możemy oglądać spektakl wybitny, przebogaty w znaczenia i wątki. Jakże wiele bowiem można pomieścić w niecałych dwóch godzinach, które zresztą mijają w mgnieniu oka, a już to samo w sobie jest znaczącą recenzją. Mamy tu i motyw faustowski, w artystycznym kontekście znany choćby z filmowego „Mefisto", czyli opowieść o pozornie rozległej przestrzeni pomiędzy kompromisem, konformizmem a kolaboracją, gdy linie je oddzielające, początkowo wyraźne, stają się raptownie cienkie, wręcz niedostrzegalne.

Mamy motyw flirtu z totalitaryzmem, a pamiętać trzeba, że fascynacje nim były przecież udziałem prawie całej Europy i wielu prominentnych postaci ostatniego stulecia, zafascynowanych siłą i sprawczością. Ze sceny w pewnym momencie pada Make Italia great again, a to całkiem groźne memento, biorąc po uwagę tamtejszy współczesny kontekst polityczny, co uwidacznia starą, wyświechtaną wręcz prawdę, że zawsze ktoś, gdzieś i kiedyś może zapragnąć, aby jakiś państwowy byt wrócił do mniemanej czy faktycznej wielkości, aby jakaś nacja powstała z kolan, a chętnych do udziału w takiej populistyczno-nacjonalistycznej farsie znajdą się zawsze miliony.

Kiedy widzimy we wstrząsającej projekcji dwie ikoniczne prezydenckie postaci, we władzy których jest zakończenie krwawego konfliktu tuż za wschodnią granicą, a którzy niewiele w tej sprawie czynią, nietrudno o refleksje, że historia i tak zrobi z nami co chce, przejeżdżając po nas walcem. Jest tu i refleksja o okrutnej labilności tłumu, łatwości osądu, post factum i na pokaz w oceanie hipokryzji, nagonce na wroga ludu, bo przecież winny to zawsze Inny, nie oni wszyscy, wystawiający przez lata miliony rąk w faszystowskim pozdrowieniu. To tylko kilka tropów. Wyrazy uznania należą się koproducentom – Teatrowi Roma i Green Productions Katarzyny Zielińskiej, za podjęcie tematu, pozornie historycznego, jednak z tak współczesnym potencjałem.

W konsekwencji otrzymaliśmy przedstawienie rozpięte między błyskotliwą lekkością a przytłaczającą grozą, optymizmem a fatalizmem, dramaturgicznie zwarte, narracyjnie soczyste, przy tym wyważone i spójne, uważnie oscylujące między ironiczną farsą a elegijnym trenem, radością a refleksją. Dzięki jego twórcom możemy podziwiać przejmującą opowieść o jedynym takim trio, choć jego egzystencjalny format może, i będzie się zapewne powtarzał, ku przestrodze i namysłowi, w rozlicznych mutacjach.

W końcu, jak dobrze rzecz zgłębić, każdy/każda z łatwością się w tej powieści odnajdzie. W historii o tym, że do jakiejkolwiek rzeki w życiu można wejść tylko raz, więc trzeba się dobrze przed zmoczeniem stóp namyślić, wszystkie bowiem mogą stać się groźną otchłanią, a nawet Styksem...

(Tomasz Mlącki, „Jedyne takie trio”, http://www.dziennikteatralny.pl/, 29.10.2025)