W roku bodajże 2014, jako przedstawiciel Nauczycielskiego Kolegium Języków Obcych w Legnicy, pojechałam do Warszawy, do Ministerstwa Edukacji Narodowej, aby, wraz z przedstawicielami innych Kolegiów z całej Polski, spotkać się z Urzędnikiem. Walczyliśmy o być albo nie być naszych szkół – zapadały dramatyczne decyzje, a my próbowaliśmy ratować szkoły, dzięki którym Polacy zaczęli mówić językami.
Urzędnik przyszedł na spotkanie przygotowany, a jakże, uprzejmy. Wszyscy dostaliśmy schludnie spięte Decyzje/Kodeksy/Regulaminy/Analizy/ Postanowienia/I Inne Bardzo Ważne Dokumenty celem wglądu. Mogliśmy więc bez przeszkód wglądać i kiwać głowami, że ubolewamy, lecz rozumiemy, prawda? Następnie Urzędnik zaprezentował nowoczesną prezentację, z której jasno wynikało, ze liczby, wskaźniki, analizy i obliczenia są, niestety, proszę Państwa, przeciwko. Nie ma więc potrzeby, byśmy istnieli i działali dalej.
Przy czym – Urzędnik dramatycznie obniżył głos – to nie jest decyzja naszego Ministerstwa! To Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego tak wskazało, zanalizowało, obliczyło i postanowiło! To nie my!
Ale jeśli bardzo chcecie, to proszę bardzo – tu Urzędnik uczynił znaczącą, milczącą pauzę – nasze Ministerstwa wychodzą wam naprzeciw. Po czym wyłuszczył nam chytry i sprytny plan, dzięki któremu Urzędnicy mogli poczuć się właścicielami nieskazitelnie niezbrudzonych rąk: Otóż, Kolegia, możecie działać, nabór studentów prowadzić, uczyć se możecie, my wam tylko stworzyliśmy system (do wglądu), dzięki któremu wasi absolwenci praktycznie nie będą mogli wykonywać zawodu. Ale działać przecież możecie dalej, my nikomu nie zabraniamy, nie? Tu Urzędnik rozłożył ręce w geście niewinności.
Pamiętam to spotkanie jak dziś. Pamiętam Urzędnika, który uparcie tłumaczył nam: to nie my, to oni, rozumicie? Nie mogłam uwierzyć (może małej wiary jestem), że poważni poniekąd ludzie stosują ten prostacki, dziecinny mechanizm spychania: to nie nasza wina, to ichnia. Przecież możecie działać, a to, że my zabieramy wam wszelkie instrumenty niezbędne dla waszej działalności, nie ma nic do rzeczy, prawda? Prawda, odpowiedział sobie Urzędnik.
Po co i komu przytaczam te przydługie gorzkie wspominki?
Patrzę z goryczą na to, co dziś dzieje się wokół mojego Teatru. Piszę „mojego” po dwakroć – ale przede wszystkim jako widz, który onegdaj jechał, by zobaczyć Koriolana w Edynburgu, i który nie wyobraża sobie (może brak mi wyobraźni) mojej Legnicy bez mojego Teatru.
Słucham z goryczą słów Urzędnika, że to nie on, to inny Urzędnik, że to nie sprawa jego Urzędu, tylko Urzędu ichniego.
Patrzę z goryczą i niedowierzaniem na ten sam prostacki lecz niezawodny mechanizm spychania: umyć ręce, zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego, rozwalić coś w białych rękawiczkach, po czym się z gracją ukłonić. Kurtyna.
Ale dlaczego, głupia, patrzę i słucham z niedowierzaniem? Azali nie wiem, że to wypływa z najgłębszych trzewi nieszczęsnej ludzkiej natury: skoro można coś zepsuć – zepsujmy, najlepiej w imię ideałów a jak już zepsujemy, to powiemy, że wcale że nie, że naprawiliśmy przecież. Albo, że to nie my zepsuliśmy, tylko oni.
Kolegia nie istnieją od 8 lat, o deficyt nauczycieli zapytajcie dyrektorów szkół. Czy Minister widzi problem?
Na myśl o tym, że piszę paralelne zdanie o moim Teatrze robi mi się słabo. Czy Prezydent widzi problem?
Panie Prezydencie, co Pan widzi? Jak prościej postawić pytanie: czy uważa Pan, że Teatr Modrzejewskiej jest naszym wspólnym dobrem? Również Pana? Czy należy o niego dbać? Czy to, co Pan i Urząd robicie, wystarcza, by to dobro pielęgnować? Czy pielęgnacja polega na robieniu uników i spychaniu? Jeśli nie chce Pan odpowiedzieć dyrektorowi czy radnym, czy odpowie Pan nam, widzom?
Anna Podczaszy