W niedzielę (22 maja) na Scenie Gadzickiego odbyło się ostatnie czytanie performatywne z serii „Modrzejewska szuka komedii”. Tym razem reżyser Łukasz Kos wziął na warsztat arcykomedię Eugène’a Labiche’a „Słomkowy kapelusz”. O wydarzeniu dla Gazety Piastowskiej napisał Adam Kowalczyk.

I zaraz następnego dnia obejrzałem w TVP Kultura Wielkie kazanie księdza Bernarda, które nawet gościło w 2006 roku w THM. Teraz, zapewne z powodu uroczystości pożegnalnych Jerzego Treli w Krakowie wyemitowano 23 maja wczesnym popołudniem to arcydzieło aktorstwa, realizacji telewizyjnej, stylizacji językowej i refleksji nad dobrem i złem. Wszystko w jednym!

Zajrzałem od razu, jak zwykle i – znalazłem – jak znalazł! – wypowiedź Grzegorza Żurawińskiego, który wypatrzył mankament w legnickim KazaniuPrawie wszystko było jak trzeba.
Mankament był po stronie publiczności: dlaczego w trakcie spektaklu śmiech był tak rzadki i nieśmiały?

Nie mniej do śmiechu, niż Kazanie powinien wydać się Słomkowy kapelusz, który zaproponowano w maju jako ostatnie danie cyklu Modrzejewska szuka komedii wymyślonego przez Łukasza Kosa jeszcze przed pandemią. Szukanie odbyło się poprzez realizacje Zemsty, Wszyscy chcą żyć, Chorego z urojenia i Słomkowego kapelusza właśnie. Zemstę i Kapelusz można było obejrzeć na scenie na żywo, Molier i Levin – byli w streamingu.
O wszystkich tych wydarzeniach Piastowska zawiadamiała na bieżącoAkcję Kapelusza pokazanego właśnie w trybie performatywnego czytania wymownie przedstawiono w @kcie, więc tutaj streszczenia nie będzie.
Zastanowić się warto za to nad deklaracjami i praktyką programowej reorientacji THM (czy może tylko rozszerzenia repertuaru?).
Bo dlaczego ta komedia – to tylko tak trochę, a nie na całość? Dlaczego Modrzejewska poprzestała na czytaniach, a nie wystawiła regularnych spektakli?
Legnickie szukanie wyglądało na eksperymentowanie z formami. Czy to czytanie proste (Zemsta) czy performatywne bardziej (Kapelusz), gdy do inscenizacji włączane były elementy scenograficzne, kostiumy, ruch na scenie, a do zaprojektowanego przez dramaturga komizmu dodano jeszcze realizacyjne rozluźnienie, rozmontowywanie iluzji, gdy odsłaniało się zazwyczaj ukryte mechanizmy scen, warsztatu aktorskiego – wytwarzał się swoisty chilloucik, którym nie sposób się nie bawić.
Ale to chyba nie tylko to.
Cytowany już raz Łukasz Kos (Piastowska z 5 lutego 2021 – Czego szuka Modrzejewska) powiedział: Polski teatr jest na koturnach. Poważny i robiony w ważnych sprawach. A my chcemy poszukać w nim elementów błazeństwa.
Trochę wcześniej niż tę uwagę Łukasza Kosa myśl o zzuwaniu koturnów wyraził również Jacek Głomb w dołączonej do ulotki Kapelusza wypowiedzi (kwiecień 2020) z sondy YorickaOd jakiegoś już czasu mam wrażenie, że popękanie tego świata i ludzi na nim bardziej odda komedia niż dramat.
I na dodatek mamy ausgerechnet autorskie uwagi o Pustym mieście zanotowane przez Roberta Urbańskiego, które również dotyczyły śmiechu.
Publiczność Un chapeau de paille d’Italie w 1851 roku bawiła się skazami charakterów postaci, nieoczekiwanymi sytuacjami, napięciami, które pchały rentiera Ferdinanda ku coraz bardziej zwariowanym zdarzeniom.
W 1851 roku. Ale czy my, dzisiejsza widownia, której zmysł smaku i poczucie humoru tak bardzo psuje słabe kino i telewizyjny kabaret albo telenowele – czy jesteśmy zdolni bawić się tak starymi zabawkami? I czy tak leciwe dzieło, jak przypomniał reżyser – mógł je oglądać w Paryżu Mickiewicz – może odsłaniać popękanie tego naszego (A.D.2022) świata?
Współczesny Levin (Wszyscy chcą żyć z 1985 roku) też był jakiś poprzebierany i na czortwiekiedy wystylizowany jakby wcale nie miał być współczesny, ale odrealniony, a przez to powszechny, uniwersalny.
Pięć aktów na scenie THM zajęło niemal dwie i pół godziny, bo reżyser zasiadający przy stoliku, kontrolował przebieg akcji, czytał głośno didaskalia i kierował ruchem na scenie. To czas na słowo; wiadomo z historii realizacji Kapelusza, że robiono z niego wodewil ze śpiewami i wtedy trwało to ponad trzy godziny.
Nadto w Legnicy reżyser zajmował publiczność podczas szybkich zmian umownych dekoracji w równie umownych kilkuminutowych antraktach. Po czym uderzał w gong i akcja biegła dalej. Didaskalia czytali także aktorzy, poprawiając i siebie, i się. Było śmiesznie i wesoło – owszem. Koincydencje farsy jednak miejscami zleżały się cokolwiek. Kto więc wie, czy nie bardziej bawiła nas jawna zabawa aktorów niż przypadki bohatera? I lekkość, z jaką reżyser całą tę puszczoną w ruch machinę teatru popychał didaskaliami, a nierzadko komentarzami do wydarzeń.
Kiedy przed spektaklem wziął mikrofon i zabudowywał przestrzeń wyimaginowaną scenografią i wmawiał widzom istnienie ścian i drzwi, którymi będą wchodzić i wychodzić postacie, stało się jasne, czego chce od nas – pracy wyobraźni, otwartej zabawy w umowność. Ale w finale przygotowane dekoracje jakoś nie zadziałały i gustowne tytułowe nakrycie głowy pani Anety zamiast zadyndać na końcu liny na haku, zwieńczyło w końcu drabinę. Czy tak miało właśnie być? Czy nie? I skąd się wzięła ta drabina? Nie pamiętam. Nie była ani schodami do nieba, ani oknem domu, z którego darł się sąsiad Ferdynanda, bo oknem był balkon pierwszego piętra widowni. Musi wynikać stąd, że zakłócenie z zawiśnięciem kapelusza na haku było planowane. A widownia bawiła się kłopotem, nieprzewidzianą przeszkodą, złośliwością rzeczy.
Czy to ma jakiś związek ze zrzucaniem koturnów? Chyba silniejszy niż z odsłanianiem rozpadu świata. Ale i tu można powiedzieć, podobnie jak w 2006 roku w trakcie Wielkiego kazania – Dlaczego w trakcie spektaklu śmiech był tak rzadki i nieśmiały? Bo jak na farsę – śmiechu dość – nie było.
Legnicka widownia THM doświadczeń z gatunkiem ma niewiele. Więcej chyba z telewizora.
Kiedyś we wrocławskim Współczesnym grano Z tyłu Michaela Frayna i w programie przestrzegano, żeby w trakcie nie gryźć ciastek, bo można niechcący naprychać nimi na siedzących z przodu. Może to i lepiej, że nie bardzo nosi się ciastka do teatru, bo rzeczywiście – śmiechu wówczas było co nie miara.
Całkiem inaczej niż na Słomkowym kapeluszu w Legnicy.
Można pomyśleć, że społeczna rola Modrzejewskiej, grana od tak wielu lat, oduczyła publiczności śmiechu tak ot – ze śmieszności, bez domacywania się jakiejś doraźnej politycznej podszewki czy sztywnika bieżących spraw.
Przedsięwzięcie Szukania komedii chyba trochę rozluźniło gorset Modrzejewskiej, pytanie jednak, czy chodziło o znalezienie czy tylko szukanie?

(Adam Kowalczyk, „O śmiechu”, http://www.gazetapiastowska.pl/, 01.06.2022)