Ten felieton miał być o czymś zupełnie innym. Nagle jednak wszystkie tematy wydały się błahe, a ich poruszanie pozbawione taktu. Wszystko, co mnie otaczało, również okazało się nieadekwatne do nowej sytuacji. Billboardy, niedostosowane do obecnych warunków, wspominały o nadchodzących obniżkach cen paliw. Wielki problem, z którym borykaliśmy się od prawie dwóch lat, przestał istnieć w ciągu jednej nocy. Nikt już o nim nie wspominał. Niby nadal ginęli ludzie, ale śmierć w łóżku to przecież całkiem dobra śmierć. Pisze Magda Drab.

Gdy skończyła się noc, zadzwoniła do mnie siostra i powiedziała, co się stało. Potem zaczęłam czytać informacje płynące ze świata, ale lekturę przerwała mi napisana w radosnym tonie wiadomość reklamowa z dyskontu spożywczego. Masło staniało. Wybuchła wojna, ale masło staniało. Po śniadaniu wyszłam z domu i wsiadłam do tramwaju. Powitała mnie przyklejona do szyby instrukcja, jak prawidłowo myć dłonie. Na małych ekranach wyświetlały się twarze noblistki Olgi Tokarczuk oraz wokalisty Andrzeja Piasecznego – ambasadorów Roku Dobrych Relacji. Wojna niefortunnie wybuchła w takim roku. Trudno dbać o relacje, kiedy tylu ludzi musi dbać o to, żeby ktoś nie odstrzelił im głowy. Wysiadłam z tramwaju. Kobieta na pasach wypuszczała wulgarną wiązankę w kierunku stojących aut. Była wściekła, że zbyt długo musiała czekać na światłach. Czerwona ze złości wykrzykiwała, że tych kilku kierowców zepsuło jej dzień. Minęłam ją i weszłam do centrum handlowego. Tam jak zawsze rozbrzmiewała radosna muzyka. Nowe kolekcje wiosenno-letnie zapraszały do kompletowania garderoby na przyszłość i do wyobrażania sobie siebie w przyszłości. Dookoła nieśpiesznie snuli się ludzie z prędkością odwrotną do prędkości lecącego pocisku czy spadającej bomby. Centra handlowe to osobne planety. Zawsze można tam przyjść i siorbać ułudę szczęścia, sprawczości i dobrobytu. Nic dziwnego, że ludzie coraz częściej wybierają je na cel spacerów. Wyszłam stamtąd i zadzwoniłam do koleżanki, żeby zapytać, jak się czuje. Powiedziała, że nie najlepiej. Miała jechać do spa, odpocząć trochę od dzieci i obowiązków, ale chyba zrezygnuje, bo jak teraz leżeć, pozwalać się masować i wklepywać w siebie kremy? Jak odpoczywać od dzieci? Dzieci to takie szczęście. Przyznałam, że też miałam zaplanować miły wyjazd z rodziną albo wybrać się na koncert, ale teraz mi głupio.

Potem spojrzałam na siebie w środku tego wielkiego memu o problemach pierwszego świata i poczułam wstyd.

Wróciłam do domu. Po sesji przeglądania wiadomości zabrałam się do powtórki z angielskiego. Nie miałam jej w planach. Przyszła do mnie wraz z pewnym wspomnieniem sprzed sześciu lat. Wtedy to nad jeziorem Wigry spotkałam młodą Rosjankę. Od kilku miesięcy podróżowała po świecie ze swoim chłopakiem z Holandii. Mieli fantastyczne auto, doskonały namiot i fanaberie, by w nim spać, bo z pewnością nie brakowało im funduszy na hotel. Przejechali już całą Azję, a od dwóch tygodni zwiedzali Europę. Ta młoda dziewczyna z pewnością była dobrze wykształcona i świat stał przed nią otworem. Z żalem zaczęła jednak wspominać rozpad ZSRR. „Przecież było nam wszystkim razem tak dobrze, to był złoty czas” – mówiła z nostalgią. Próbowałam niezgrabnie tłumaczyć, że nie był to taki zupełnie złoty czas. Że dla innych narodów wręcz przeciwnie – był to czas wadliwy i pełen usterek, i wszyscy marzyli tylko o tym, by opuścić strefę wpływów gruchota zwanego ZSRR. Wydawała się nie rozumieć i patrzyła na mnie zniesmaczona. Z żalem mówiła też o Ukrainie i Ukraińcach – tym zmyślonym, nieistniejącym przecież narodzie. Z powagą zachęcała do rozbioru. Zdębiałam i zaczęłam coś dukać po angielsku, że nie ma racji. Sześć lat później szło mi znacznie lepiej. Z płynnością godną rozwścieczonej kobiety na pasach przywoływałam angielskie obelgi i przekleństwa. Tworzyłam neologizmy, żonglowałam wszystkimi synonimami fekaliów, bagna i genitaliów, jakie oferuje ten łatwy w obsłudze język. Niestety nikt nie słuchał.

Szczęściem jest znać języki oraz bogactwo przekleństw, które oferują. Szczęściem jest umieć przywoływać je bez wysiłku w odpowiednim momencie. Szczęściem jest odwaga nazywania rzeczy wprost zawczasu.

Wieczorem mąż wrócił z pracy. Mówił, że trudno mu było skupić się na próbie. Nagle przestał rozumieć, o czym jest spektakl i po co właściwie go grają. Poszliśmy spać. I tak upłynął jeden dzień z życia szczęśliwego człowieka, któremu nikt nie próbuje odstrzelić głowy.

Kontekst określa szczęścia taktowne i nietaktowne. W serialu Fleabag bohaterka uprawiająca jogging na cmentarzu zostaje zrugana przez swoją siostrę, bo wśród tylu zmarłych nie należy zanadto epatować życiem. Czy szczęście może być obraźliwe? Pewnie nie.

Ale dobrze jest pamiętać, że szczęście jest także wtedy, gdy nie boli nas głowa. Szczęście to czasem fakt, że masło staniało albo zielone światło zapaliło się całkiem szybko. Szczęściem bywa śmierć w łóżku. Szczęśliwy jest ten, kto może pochylać się nad błahostkami i opowiadać anegdoty. Cudowne są czasy, gdy największym zmartwieniem jest kapryśna pogoda.

(Magdalena Drab, „Nie na miejscu”, https://teatr-pismo.pl/, miesięcznik Teatr, nr 4/22)