Magdalena Drab, która przed premierą podkreślała uniwersalny i dydaktyczny wymiar tej opowieści, wydaje się aż nadto świadoma, jak oba te przymiotniki potrafią być w teatrze obosieczną bronią. Dlatego robi wszystko, żeby zachowując oryginalny tekst, nadać tej historii formalną chropowatość. „Marzenia Nataszy” w reżyserii legnickiej aktorki i dramaturżki recenzuje Magda Piekarska.

Magdalena Drab na scenie Lubuskiego Teatru reżyseruje „Marzenie Nataszy. Monodram o dziewczynie z bidula, którą pragnienie miłości prowadzi do tragicznej w skutkach obsesji, ratują przed osunięciem się w ckliwość chropowata inscenizacja i kreacja Alicji Stasiewicz, która robi wszystko, żeby bohaterka odsłaniała się przed widzem tylko w krótkich, przejmujących błyskach.

Na pozór szorstkie, w istocie prawdziwie duszeszczipatielnoje „Marzenie Nataszy na polskich scenach pojawiło się po raz pierwszy w 2012 roku, kiedy tekst napisany przez 21-letnią Jarosławę Pulinowicz pojawił się na afiszu warszawskiego Teatru Powszechnego. Autorka była już wówczas gwiazdą rosyjskiej dramaturgii z prawie setką realizacji na scenach Moskwy, Nowosybirska i Saratowa. I nie tylko – jej dramaty podbijały teatry w Stanach Zjednoczonych, Niemczech i Wielkiej Brytanii. „Marzenie”, którego pierwszą polską wersję wyreżyserował Wojciech Urbański, pozostało jednym z najpopularniejszych jej tekstów.

Tamten spektakl, po którym przyszło kilka kolejnych, wystawianych na scenach Lublina, Poznania, Łodzi i Bielska-Białej, zawierał, jak wiele innych realizacji, także drugi monolog Pulinowicz, „Ja zwyciężyłam. Zazwyczaj są więc na scenie dwie Natasze, i jest duodram, a jedna opowieść jest rewersem drugiej – spragnionej miłości dziewczynie z bidula towarzyszy rozpieszczona panienka z dobrego domu, sterroryzowana miłością rodziców. Tak właśnie było w 2012 roku w Powszechnym, a dwie aktorki, które zadebiutowały wówczas w spektaklu: Joanna Osyda i Anna Próchniak, zdobyły nagrodę dla najlepszego duetu na festiwalu w Jekaterynburgu.

U Magdaleny Drab, która tekst Pulinowicz inscenizuje w zielonogórskim Lubuskim Teatrze, jest inaczej. Reżyserka traktuje Marzenie Nataszy” jako samodzielny utwór. Nie ma tu dla Nataszy Baniny pary, jej historia jest jedyną, którą usłyszymy tego wieczora (lub, znacznie częściej, poranka, bo spektakl wiedzie żywot pozycji repertuarowej granej przede wszystkim dla szkolnej widowni), tak jakby Drab uznała, że nie da się w jednym rzędzie ustawić wychowanej bez miłości dziewczyny z sierocińca i burżujskiej córeczki, że takie zestawienie byłoby jeszcze jednym uproszczeniem, trochę w stylu baśniowego „Królewicza i żebraka”, tyle że bez zamiany ról. Bo, co tu dużo mówić, uproszczeń jest tu sporo. Nie czarujmy się: Pulinowicz to nie rosyjska Masłowska, jej debiutancki tekst nie ma w sobie siły „Wojny polsko-ruskiej”, a to, że postać Nataszy zrodziła się w głowie autorki, że nie została oparta na rozmowie z kimś, kto miał podobny bagaż doświadczeń, czy po prostu obserwacji rzeczywistości i – przede wszystkim – umiejętności wyłapywania z języka ulicy, tego, co stanowi o jego żywym, nieustannie zmieniającym się charakterze, po prostu słychać i czuć. W konsekwencji w „Marzeniu Nataszy”, tej historii opowiedzianej przez nastoletnią, niby całkiem współczesną sierotę z domu dziecka, gdzie ważniejsza od listy lektur jest walka o przetrwanie, prędzej usłyszymy echa rosyjskiej literatury, śpiewną nutę klasycznej poezji niż żywy, chropawy język.

Banina jest tu postacią z ckliwego romansu, spragnioną miłości sierotą, której nikt nie nauczył kochać i która, konfrontując się z tym pierwszym, wielkim, większym od niej samej uczuciem, zalicza ekspresową drogę od romantycznego wzlotu aż po bolesny, bo zostawiający bardzo konkretne konsekwencje upadek. Mamy tu wszystkie elementy dramatycznego romansu – od zakochania, ze wszystkimi jego konsekwencjami, przez ból odrzucenia, nieujarzmioną zazdrość, aż po zemstę. Jest więc to uniwersalna opowieść o potrzebie miłości, jednak z deficytem elementów, które by ten narracyjny schemat zakotwiczyły w konkretnej rzeczywistości.

Oto zatem Natasza, dziewczyna z bidula. Poznajemy ją, kiedy, wyjeżdżając z letniego obozu, kradnie koleżance spinkę do włosów. Cóż, wina właścicielki, mogła lepiej pilnować. Zresztą, czym się tu przejmować – niech nawet Nataszę przyłapią, będzie potrafiła walczyć o swoje. Kiedy po sprowokowanym przez przyjaciółkę skoku z okna trafia do szpitala, przy jej łóżku pojawia się dziennikarz lokalnej gazety. Natasza z miejsca zakochuje się w Walerym, słysząc z pozoru proste, a w istocie otwierające otchłań pytanie: „Jakie ty masz marzenie?”. Odtąd bohaterka z twardej codzienności, na którą składają się bójki z koleżankami, pierwsze pocałunki z chłopakiem, któremu śmierdzi z ust kartoflami, pyskówki z wychowawczyniami, trafia w przestrzeń, w której każda, najpiękniejsza baśń ma szansę się urzeczywistnić, a szczęście jest w zasięgu ręki. Kłopot w tym, że świat wyobrażony miesza jej się z rzeczywistością. Kiedy okazuje się, że nie będzie happy endu, wraca dawna Natasza, która bezwzględnie walczy o swoje. Przecież, jak mówi, „ja go pierwsza znalazłam, ja się pierwsza zakochałam!”.

Magdalena Drab, która przed premierą podkreślała uniwersalny i dydaktyczny wymiar tej opowieści, wydaje się aż nadto świadoma, jak oba te przymiotniki potrafią być w teatrze obosieczną bronią. Dlatego robi wszystko, żeby zachowując oryginalny tekst, nadać tej historii formalną chropowatość, podkreśloną zarówno uproszczoną, sprowadzoną do metalowego łóżka i taboretu scenografią własnego autorstwa, ale przede wszystkim projekcjami wideo, zrealizowanymi przez Bartosza Bulandę i Karola Budrewicza z legnickiego Teatru Modrzejewskiej. Te filmowe przebitki, prowadzące nas w opustoszałe, zdegradowane przestrzenie, są odzwierciedleniem pejzażu wewnętrznego bohaterki. W tych ruinach można poczuć skrajne osamotnienie, można też odnaleźć bezpieczną kryjówkę przed światem. Jednocześnie betonowa, zdewastowana pustynia odzwierciedla emocjonalny chaos w głowie bohaterki. Jej świat to też muzyka Alberta Pyśka – pojawiająca się w nieoczywistych momentach, idąca wbrew wskazówkom w tekście, aż kuszącym, żeby podkręcać emocje, pogłębiać nastroje.

Te wszystkie zabiegi okazałyby się jednak niewystarczające, gdyby nie Alicja Stasiewicz w tytułowej roli. To ona sprawia, że Nataszę nie sposób polubić od razu (na szczęście!), że bohaterka nie dostaje awansem, od pierwszych scen, sympatii widowni. Stasiewicz proponuje nam pozerkę, rzekomą twardzielkę, która urządza na scenie kameralnej Lubuskiego spektakl zgrywy, pozwalając zaledwie w przebłyskach, drobnych pęknięciach, na krótki moment dostrzec, co kryje się pod spodem, poczuć, że agresja przykrywa strach, zagubienie, deficyt uczuć. Jej Natasza jest szorstka, zamaszysta w ruchach, brutalna. Dopiero miłość sprawia, że mięknie, rozpływa się, znika jej maska wojowniczki. Widzimy dresiarę, która gdzieś w środku ukrywa osamotnione dziecko. Dziewczynę, która w przyspieszonym kursie dojrzewania nie dostała korepetycji z emocji, więc nie ma pojęcia, gdzie się z nimi podziać, kiedy niespodziewanie eksplodują. Zachłanną kobietę, której wydaje się, że miłość wystarczy sprytnie zwędzić jak błyszczącą spinkę – chwila czyjejś nieuwagi i już szczęście masz w kieszeni. Człowieka, który nie dostał drogowskazów, nic zatem dziwnego, że się pogubił.

(Magda Piekarska, „Uwaga, leci Banina!”, https://teatralny.pl/, 07.01.2022)