Dominik Karcz. „Marat-Sade”- słów kilka

  • Drukuj
Co dało po łbie w spektaklu Raczaka? Scenografia przemyślana, ładna i zrobiona z rozmachem, aż cieszy oko. Kostiumy pierwsza klasa. Światło gra rewelacyjnie. Nudno jest pisać wciąż to samo, ale mamy naprawdę bardzo dobry zespół. Tutaj wypadł genialnie i brawurowo.

Allons enfants de la Patrie, le jour de gloire est arrivé. I naprzód marsz kultury rządni, premiery nadszedł czas. Ostatnia już w tym roku nowa propozycja teatru Modrzejewskiej, to „Marat- Sade”. Sztuka sławna i podejmowana  wielokrotnie; nie sposób nie pamiętać przecież, gdyż zabrał się za nią Tadeusz Bradecki. Na dużym ekranie również zagościła - tym razem Peter Brook.

Jak na obrazie Jacques-Louis Davida, tak na scenie w wannie leży Marat. Jeszcze żywy. Bo to właśnie skandalista de Sade, zamknięty w przytułku dla obłąkanych wystawia wraz z pacjentami spektakl o jego „męczeństwie i śmierci”. Pominę aspekt historyczny, ideologiczny et cetera, bo o tym pisał już Grzegorz Żurawiński. Co dało po łbie w spektaklu Raczaka?

Wchodzimy. Już od samego początku słyszymy śmiech skaczących po kratach wariatów. Siadamy. Ogarniamy wzrokiem całość. Scenografia przemyślana, ładna i zrobiona z rozmachem, aż cieszy oko. Kostiumy pierwsza klasa. Światło gra rewelacyjnie (vide ostatnia scena). Oprawę muzyczną zapewnia zespół grający na żywo ( to już kolejny taki zabieg w naszym teatrze, kolejny bardzo udany).

I teraz muszę wspomnieć o czymś, o czym nie lubię pisać, mianowicie o grze aktorskiej. Bo nudno jest pisać wciąż to samo, mamy naprawdę bardzo dobry zespół. Nie pamiętam, żeby wypadł kiedyś jakoś specjalnie źle. Tutaj wypadł genialnie i brawurowo. Ani jednej słabej roli, ani jednego wątpliwie zagranego epizodu. Trzeba wspomnieć, że epizodów było wiele, co dawało duże pole do popisu. Oczywiście zostało to wykorzystane bardzo dobrze.

„Marat/ Sade” posiada naprawdę dużo dobrych punktów. Nawet z lekka oklepana już lejąca się woda na scenie  ( H2O dla ścisłości) jest dalej efektowna. Na scenie ciągle się coś dzieje. I kontynuując motyw wody, powoli spektakl zaczyna się rozmywać. Zaczyna brakować ciągłości, wydaje się że całość rozpada się na pojedyncze epizody (jeszcze raz potwierdzę, bardzo dobre). Brakuje konkretów.

Jednak to nie czyni z „Marat-Sade” spektaklu słabego. W żadnym wypadku. To bardzo plastyczne, zrealizowane z rozmachem imponujące widowisko, w którym jednak trochę  zabrakło spoiwa.

I jeszcze taka ciekawostka na odchodne. U Ferdinanda Victora Eugène Delacroix’a Wolność miała odkrytą pierś. U Lecha Raczaka na premierze „Marat-Sade” też. Jednak na pokazie dla publiczności nie dorosłej jeszcze - pierś miała zakrytą. Ta sama cenzura zapomniała jednak o scenach wesołej kopulacji, które zostały odegrane tak samo, jak w wersji dla 18+.