Przez Nową Rudę polskie czołgi jechały do Czechosłowacji. Dziś w tym mieście organizuje się mnóstwo polsko-czeskich przedsięwzięć. W środę odbyła się w tym mieście dyskusja o wydarzeniach z 1968 roku. Debatę zorganizowano dzień po premierze pierwszej polskiej komedii o inwazji '68 roku "Operacja Dunaj" w reżyserii Jacka Głomba. Pisze Magda Podsiadły.

Dla Czecha z małej wioski, w którym stanęły czołgi podczas interwencji na Czechosłowację wojsk Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 roku, nie miało znaczenia, czy jest na nich gwiazda czy orzeł. Czy to Polacy, czy Sowieci. Najechali ich, więc byli okupantami.

Podczas środowej debaty w Miejskim Ośrodku Kultury w Nowej Rudzie poświęconej Operacji Dunaj - taki kryptonim nosiła interwencja członków Układu Warszawskiego - uczestników spotkania, polskich i czeskich świadków roku 1968 oraz historyków, najbardziej poruszała kwestia poczucia winy i wstydu za udział Polski w okupacji Czechosłowacji.

Starły się dwa stanowiska: polskie - próbujące wywołać w nas konieczność wstydu oraz poczucia hańby - i czeskie, umniejszające naszą winę.

Debata odbyła się dzień po premierze pierwszej polskiej komedii o inwazji '68 roku "Operacja Dunaj" w reżyserii Jacka Głomba. Twórca, znany legnicki reżyser teatralny debiutujący w roli filmowca, nieprzypadkowo wybrał Nową Rudę. To dolnośląskie spokojne miasteczko leży zaledwie pięć kilometrów od granicy z Czechami i pamięta przejazd polskich czołgów biorących udział w najeździe na Czechosłowację.

Dziś młodzi noworudzianie przyjaźnią się z sąsiadami zza granicy. W ciągu roku w przygranicznych miejscowościach obu krajów odbywa się około 100 wspólnych imprez społeczno-kulturalnych, w tym Polsko-Czeskie Dni Kultury Chrześcijańskiej. W 1993 r. otwarte zostało ogólnodostępne przejście graniczne Tłumaczów-Otovice, przez które oba narody przechodzą do sąsiadów na zakupy, na obiad czy na piwo lub spotkać się ze znajomymi.

Huk na kocich łbach

Być może po raz pierwszy w życiu usłyszeli kilka dni temu, że inwazja na Czechosłowację odbyła się znienacka, że ludzie dowiadywali się z nielegalnego nasłuchu Radia Wolna Europa, że to zbrojna pacyfikacja i bierze w niej udział także ich kraj. Że nawet sami żołnierze w ostatniej chwili informowani byli w rozkazach, jaka jest ich rola w akcji.

- Miałem 12 lat, rodzice płakali, że to trzecia wojna światowa, a w mieście godzinami trwał huk nie do zniesienia wybijany na kocich łbach przez gąsienice wozów bojowych idących do granicy - opowiadał mi jeszcze przed rozpoczęciem debaty noworudzianin, który pamiętał - Julian Golak, radny województwa dolnośląskiego.

Sama debata, skądinąd niezwykle interesująca, nabrała w swej lwiej części charakteru "wygłaskiwania" polskiego udziału w inwazji na Czechosłowację, jak to zgrabnie ujął jej moderator Piotr Górecki, korespondent TVP w Pradze i Bratysławie.

Najbardziej łagodnie obszedł się z polską winą Jiri Dienstbier, czeski senator, korespondent czeskiego radia w USA w latach 60., sygnatariusz Karty 77 i minister spraw zagranicznych czechosłowackiego rządu po 1989 roku. Przypomniał, jak uspokajał Adama Michnika, bijącego się przed nim w piersi gdzieś w latach 70.: "Nie świruj, dla nas to była interwencja sowiecka, nie traktowaliśmy was jak okupantów". Tego zdania minister jest do dziś.

Nie zapomnieli nam tego na pewno

Tak naprawdę nasz udział nie był jednak symboliczny. To Władysław Gomułka był głównym autorem doktryny Breżniewa o ograniczonej suwerenności państw członkowskich Układu Warszawskiego i najbardziej zajadłym zwolennikiem operacji w Czechosłowacji. Do Czechosłowacji weszła armia polska w liczbie 35 tysięcy ludzi, druga siła militarna po Rosjanach w tej akcji. Pijany polski żołnierz zastrzelił wtedy w Jiczynie dwie osoby. Może to i mało, jak na ponad setkę ofiar w całej interwencji, ale w Jiczynie nie zapomnieli nam tego na pewno. Choć zarówno Jiri Dienstbier, jak i młody czeski historyk Peter Blazek zaznaczają, że tam, gdzie wchodzili Polacy, było spokojnie, a nawet dochodziło do przyjacielskich relacji. Co skutkowało tym, że zaniepokojone o powodzenie operacji dowództwo Polaków odsyłało z miast nawet w lasy.

Ilu było przeciw?

Nie mieliśmy, co prawda, jak Związek Radziecki, poetki Natalii Gorbaniewskiej, która współorganizowała protestacyjną demonstrację w Moskwie przeciw wejściu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji, za co została uwięziona na kilka lat. Mieliśmy jednak Ryszarda Siwca, byłego żołnierza AK, który dokonał we wrześniu 1968 roku publicznego samospalenia. I kompozytora Zygmunta Mycielskiego, który za opublikowany w paryskiej "Kulturze" w 1968 roku list otwarty do muzyków czechosłowackich na lata został skreślony z życia kulturalnego. I Sławomira Mrożka, który za protest wyrażony na emigracji został pozbawiony obywatelstwa polskiego.

Nieprzejednany w swym poczuciu winy i hańby Seweryn Blumsztajn z "Gazety Wyborczej", opozycjonista Marca '68 i działacz KOR, krytykował działania polskiego Instytutu Pamięci Narodowej za to, że ten dotąd nie zbadał nastrojów społecznych w Polsce tamtego czasu, nie sprawdził, jakie poparcie miała ta operacja wśród Polaków i ile było aktów protestu.

Czarę polskiej goryczy przelał Andrzej Krawczyk, historyk, były ambasador RP w Czechach i autor książki o Praskiej Wiośnie. Jego zarzut wobec IPN też okazał się niebagatelny: w aktach MSW zachowała się informacja o protestach przeciw inwazji przełożona na konkretną liczbę rozpraw przed kolegium, ale nikt dotąd nie zadał sobie trudu dotarcia do ludzi, którzy przed kolegiami stawali, i nie zadał pytania, co ich skłoniło do protestu.

Czesi dzielnie jednak Polaków w tej dyskusji, wbrew im samym, bronili. Peter Blazek uznał, co prawda, że polski udział w interwencji jest ulubionym tematem przede wszystkim czeskich historyków, ale i polski IPN przyzwoicie się nim zajmuje. Spośród krajów, które brały udział w interwencji, tylko polski IPN przeprowadził rozmowy z żołnierzami i oficerami uczestniczącymi w inwazji. Tylko on też pokazał negatywną rolę kościoła katolickiego, wstrzemięźliwość kardynała Wyszyńskiego w sprawie reakcji na inwazję, zalecaną przez niego także biskupom. Blazek wspomniał też o polskiej konferencji naukowej z 2003 roku. Wystąpiła tam grupa młodych historyków, którzy dokumentowali na podstawie źródeł służby bezpieczeństwa, ile napisów pojawiło się na murach w różnych miastach Polski, ile było aktów protestacyjnych, a ile aktów poparcia działań w Czechosłowacji.

Seweryn Blumsztajn i tym razem nie pozwolił jednak polskim słuchaczom na powrót do dobrego samopoczucia: 40 udokumentowanych relacji na 35 tysięcy polskich uczestników inwazji pokazuje tylko rozmiar naszej narodowej traumy.

Początek końca socjalizmu


Dyskusja pokrótce wyjaśniła także słuchaczom przyczyny zbrojnej inwazji na Czechosłowację, począwszy od trwającej od stycznia 1968 roku Praskiej Wiosny niosącej niebezpieczny dla systemu komunistycznego powiew demokratyzacji i pluralizacji życia politycznego, o których konieczności przekonana była już wtedy duża grupa czeskich komunistów. Gdyby Kreml wówczas nie zareagował, Praska Wiosna doprowadziłaby do upadku reżimu.

Ale interwencja w Czechosłowacji, jak powiedział Andrzej Krawczyk, także była początkiem końca socjalizmu. - Jej pozytywna rola - zaznaczał Jiri Dienstbier - była taka, że lewicująca inteligencja definitywnie straciła wszelkie złudzenia co do systemu komunistycznego i partia przestała cieszyć się poparciem społecznym.
A po podpisaniu przez opozycję w Czechosłowacji w 1976 roku Karty 77 dysydenci z krajów bloku komunistycznego zrozumieli, że do zmiany w systemie mogą doprowadzić tylko wspólnymi siłami.

I - jak wspomina - Dienstbier, gdy w dwa lata po Okrągłym Stole w Polsce i upadku Muru Berlińskiego spotkał się z Michaiłem Gorbaczowem na Kremlu, ten powiedział o Operacji Dunaj: "Myśleliśmy, że dławimy Praską Wiosnę, a dusiliśmy samych siebie".

Niepokój pozostał

Po tej optymistycznej puencie na finał dyskusji pozostał we mnie niepokój zasiany przez Seweryna Blumsztajna i złość na komediowe oswajanie przez Jacka Głomba roli Polaków w filmie "Operacja Dunaj". Nadal nie wiem, co z tym moim poczuciem społecznej winy mam zrobić ja, Polka, która podczas naszej inwazji u czeskich sąsiadów miała kilka lat.

Wtedy nagle niegdysiejszy dysydent Seweryn Blumsztajn zaśpiewał piosenkę protestacyjną z czasów interwencji o mieście Hradec Kralove, które Polacy kiedyś wyrwali z oków nazizmu: "Nie z twojego rozkazu brzmią buty wojskowe, lecz co zrobiłeś dla Hradec Kralove?"

** Czy Polacy powinni czuć się winni za udział w inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację? Czy powinniśmy oficjalnie przeprosić Czechów i Słowaków?

(Magda Podsiadły, „Polaku, co zrobiłeś dla Hradec Kralove?”, Gazeta Wyborcza Wrocław, 8.08.2009)