Gazeta Wyborcza: kontrrewolucja w ludowym teatrze Głomba

  • Drukuj

Dyrektor teatru w Legnicy Jacek Głomb ma dość „artystycznej hochsztaplerki” na scenie i zapowiada kontrrewolucję. Ogłoszony m.in. we wczorajszym „Dużym Formacie” "Manifest kontrrewolucyjny" zapowiada walkę o teatr "opowieści uniwersalnych, bliskich każdemu człowiekowi", który "nie wstydzi się wzruszenia” i docenia rolę "artystycznego kunsztu" w kontrze do panującego w polskim teatrze "nadętego bełkotu". Pisze Magda Piekarska.

Jacek Głomb, który zmienił Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy w jedno z buzujących miejsc na mapie teatralnej kraju i sam reżyserował tam głośne przedstawienia, m.in. „Zły” i „Ballada o Zakaczawiu” rozpoczyna trzyletni projekt artystyczny "Teatr Opowieści", w ramach którego spektakle wyreżyserują m.in. Piotr Cieplak, Agnieszka Glińska i Ondrej Spisak. W Legnicy już dziś wiszą billboardy z hasłem "Masz najlepszy teatr w Polsce. Dlaczego w nim jeszcze nie byłeś?"


Rozmowa z Jackiem Głombem

Magda Piekarska: Przeciwko komu ta kontrrewolucja?


Jacek Głomb: Nie dam się namówić na żadne personalne prztyczki. Jeżeli się czemuś przeciwstawiamy, to światu dekompozycji, kolaży, performance'ów, jaj, który dominuje nie tylko we współczesnym teatrze, ale i całej kulturze. To jest fatalne. Widzom coraz trudniej jest się z takim stanem rzeczy identyfikować. Występujemy przeciw tego typu praktykom, często opartym na artystycznej hochsztaplerce. Ale nie chcę się bawić w towarzyskie wycieczki, mnie interesuje system wartości, który tutaj zapisaliśmy i w zgodzie z którym chcemy działać.

To przejaw frustracji? Teatr Modrzejewskiej po okresie znakomitej festiwalowej passy sprzed kilku lat dziś pod tym względem ustępuje miejsca innym scenom.

- To dziwne pytanie. Gdyby przez ostatnich pięć lat nasz teatr był kompletnie nieobecny na mapie Polski, miałbym prawo czuć się odsunięty na boczny tor. Manifest powstał na podstawie obserwacji rzeczywistości i zmęczenia faktem, że rządzą nami mody, że ważniejsze jest "bycie na fali" niż oryginalność i własna droga.

Nie walczę, żeby modny teatr zepchnąć do kąta, ale żeby reflektor kierować w inną stronę. Teatr jest zjawiskiem dużo bardziej różnorodnym, niżby się wydawało na podstawie lektury recenzji w ogólnopolskich gazetach i znajomości festiwalowych werdyktów. Nie występujemy przeciwko komuś, ale w obronie indywidualistów, którzy jednoczą się w tym projekcie po to, żeby mieć większą siłę przebicia. Oczywiście, mam świadomość, że moda jest dziś gdzie indziej. Ale chcę i będę dopominał się o sens odmiennych artystycznych wypowiedzi, szukam autorskiej drogi.

Dziś w modzie są spektakle Strzępki i Demirskiego, Klaty, Garbaczewskiego.

- Tak. To oni wygrywają rankingi krytyków i festiwale. I reprezentują modę na pewien świat w teatrze, a ja uważam, że moda sztuce nie służy. Dlatego chcę wydeptać własną, indywidualną ścieżkę. Opartą na ludzkiej opowieści, na historii z początkiem, środkiem i końcem, z bohaterem i czytelnym dla widza sensem.

Ale przecież spektakle tych reżyserów to zupełnie inne światy. Strzępka, tak jak Wojcieszek w "Made in Poland", jednym z największych sukcesów pana teatru, tworzy pełne gniewu autorskie wypowiedzi o współczesnej Polsce.


- Proszę nie łapać mnie na te nazwiska - nasz bunt ma pozytywny przekaz. Nie chodzi o to, żeby Klata i Strzępka robili mniej spektakli. Nie jestem naiwny, nie sądzę, że jednym manifestem uda mi się zmienić obraz życia teatralnego w Polsce. Ale wierzę, że uda się spowodować, że przestanie obowiązywać tu jedna możliwa preferencja - skierowana w stronę teatralnej mody. Poza wszystkim "Made in Poland" to był klasyczny teatr opowieści...

Wśród modnych spektakli jeżdżących po festiwalach są "III Furie" w reżyserii Marcina Libera zrealizowane w Teatrze Modrzejewskiej.


- Nigdy w życiu nie nazwałbym tego przedstawienia teatrem opowieści, co nie znaczy, że się z nim nie identyfikuję. Jednocześnie przyznaję - tak, to jest rodzaj teatru modnego. Moim zdaniem jednak sukces ogólnopolski to jedna sprawa, a konsekwencja linii artystycznej i odpowiedzialność wobec widzów - druga.

A ich oczekiwania tak bardzo się rozjeżdżają z wymaganiami jurorów teatralnych festiwali?

- Tak. Festiwale i ich werdykty kompletnie nie mają wpływu na wybory publiczności. To jest branża, moda, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Co nie znaczy, że bronię dziewiętnastowiecznego myślenia o rampie i czwartej ścianie. Przeciwstawiam się tylko udawaniu, że mówi się do ludzi, kiedy w istocie mówi się do kolegów z branży lub profesorów z uniwersytetów.

Nie próbuje pan zawracać wody w rzece? Może ta tradycyjna formuła już się wyczerpała?


- Kiedy mówimy "tradycyjna", od razu przychodzi na myśl "Nad Niemnem", więc może nie używajmy tego słowa. A co do moich usiłowań, jestem przekonany, że trzeba próbować tę wodę w rzece zawrócić. Jeżeli nie będziemy w teatrze zadawać elementarnych pytań, pozostaniemy w punkcie, w którym jesteśmy teraz. I wciąż będzie panował jeden powszechnie obowiązujący styl. Ja, jako człowiek, który chce zbawiać świat z pomocą teatru, muszę wobec tego zjawiska zabrać głos.

"Niezblazowani widzowie z całej Polski, łączcie się" - czytam w manifeście. Ten zblazowany wstydzi się przyznać, że król jest nagi?


- Ale to już dotarło do każdej dziedziny sztuki i nie tylko sztuki. I także do teatru. Opowiem pani anegdotę - niedawno dyrektor jednego z modnych teatrów oznajmił, że domaga się środków od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na program edukacyjny dla widzów, żeby zrozumieli, o co w tym teatrze chodzi. Bo widzowie nie rozumieją i on wobec tego uważa, że trzeba ich uczyć, jak mają ten teatr rozumieć. Ja nie mam zamiaru widza uczyć. Widz prowadzi dialog z tym, co się dzieje na scenie. My nie możemy wobec niego mieć jakichkolwiek roszczeń. A tak się, niestety, dzieje. Na festiwalu w Zabrzu w przerwie jednego ze spektakli z teatru wyszła połowa widzów. I z zaskoczeniem usłyszałem, że dla jego twórców jest to powód do radości, bo rzekomo tak właśnie, w totalnej kontrze do widowni, powinno się robić teatr. To jest dla mnie paranoja. Teatr zawsze był w przymierzu z widownią. To nie znaczy, że miał jej schlebiać. My z widzami rozmawiamy, prowokujemy ich, intrygujemy, zadajemy pytania, rozśmieszamy, wzruszamy, ale wszystko to w przymierzu z nimi.

W manifeście zapowiada pan nowe otwarcie w legnickim teatrze, któremu towarzyszy wielka kampania promocyjna. Widownia pustoszeje?


- Nic z tych rzeczy. Ani nie ma kryzysu, ani się nie poprawiło. Jest constans, co dla teatru jest bardzo niedobre. Tak jak niedobre są wszelkie przyzwyczajenia. Teatr musi mieszać, a ja wolę mieszać z Agnieszką Glińską, Ondrejem Spisakiem, Piotrem Tomaszukiem czy Lechem Raczakiem niż z twórcami, których pani wcześniej wymieniła. Jesteśmy w dobrym momencie, robimy projekt za projektem, jeździmy po Polsce, i to nie tylko z "III Furiami". Jednocześnie chcemy zawalczyć o widza, który na liście zainteresowań nie ma teatru. A także o to, żeby teatr był bardziej widoczny w Legnicy, żeby nasze trailery cieszyły się większą popularnością na YouTubie. Ja nie obrażam się na świat, chcę z nim iść do przodu, ale chcę go też oprzeć na wartościach, w które wierzę. W tej naszej nowej strategii brakuje jednego hasła, które w odniesieniu do kultury kiepsko się kojarzy - ludowe. Bo my chcemy robić teatr ludowy. Taki, w którym na widowni panuje demokracja.

I profesor siedzi obok robotnika, a business woman obok gospodyni domowej. To utopia.

 

- Ja wierzę w taką utopię. Tym bardziej, że ona u nas się spełnia. My nie mamy innej widowni. W Legnicy nie wystarczyłoby adwokatów, lekarzy, nauczycieli, żeby zapełnić teatr. Dla mnie więc to pojęcie ludowości na widowni jest jak najbardziej realne. Tu chodzi tylko o to, żeby te światy, z których do nas przychodzi publiczność, były jeszcze bardziej różnorodne. Żeby wyciągnąć ludzi z tych strasznych komunistycznych osiedli, gdzie mieszka połowa legniczan.

Lech Raczak, Agnieszka Glińska, Piotr Tomaszuk - czy wierzy pan, że z tymi twórcami kontrrewolucja się uda? Wszyscy mają na koncie świetne spektakle, ale ich współczesne realizacje nie mają już tej siły co dawniej.

- Raczak, Glińska, Tomaszuk robią ostatnio świetne spektakle. Siłę mają jeszcze większą niż kiedyś, ale nie są w modzie. Jestem przekonany, że sprawią, że ta nasza wypowiedź nabierze wagi. Zresztą trudno Agnieszkę Glińską nazwać reżyserem niszowym. I mówić, że Raczak już się skończył, że reprezentuje staroświecki teatr. Ja się pytam - staroświecki wobec czego? Czy fantastycznie skrojona historia jest staroświecka? Moim zdaniem to, co robił u nas, w Legnicy, np. w "Czasie terroru", jest właśnie świeże, zwłaszcza wobec obowiązującej mody dekompozycji.

W zapowiedziach premier dominuje klasyka - Cervantes, Iwaszkiewicz, Dostojewski, Czechow. Będzie "Iwanow" napisany na nowo?

- Na pewno nie z Fifcińskim czy Kociubińskim w roli głównej. Linas M. Zaikauskas wystawia Czechowa, polemizując z nim, ale zawsze w przestrzeni naszkicowanej przez autora. Jestem przeciwny dekompozycji tekstu, jestem za adaptacją, ale nigdy nie zgodzę się na łączenie Czechowa z Fifcińskim.

W Legnicy na plakatach zawisło hasło. "Masz najlepszy teatr w Polsce. Dlaczego w nim jeszcze nie byłeś?". Rzeczywiście najlepszy?

- To hasło to żart, prowokacja. Ja nie jestem specjalistą od klasyfikacji. I wcale nie mam poczucia, że robię najlepszy teatr w Polsce. Jestem zresztą przeciwny takim rankingom w kulturze. Gdybym mógł, zlikwidowałbym wszystkie nagrody, rankingi. Pozostałbym przy oglądaniu i pokazywaniu przedstawień. Nie rozumiem tej ciągłej potrzeby ścigania się. Jeśli chodzi o mecz piłkarski - OK, tu kryteria są obiektywne, chyba że sędzia "drukuje". W sztuce nikt nie strzela bramek, a myślę, że mocno się "drukuje".


Dla Gazety

* Maciej Nowak, dyrektor Instytutu Teatralnego

Każda próba mącenia zbyt spokojnej wody jest jak najbardziej wskazana. Szczególnie w sztuce. Ale tak naprawdę czas pokaże, na ile skuteczny i sensowny jest manifest Jacka Głomba. I premiery, które zaprezentuje w ramach nowego projektu. Jeśli będą interesujące, nie mam wątpliwości, że świat przyzna mu rację. Sam pomysł kontrrewolucji wydaje mi się nieco dziwny, bo w całej Europie obserwuję raczej rewolucyjne nastroje - artyści zaprzeczają utartym szlakom, sposobom myślenia, niż próbują wracać na udeptane ścieżki. A jeśli chodzi o modę w teatrze, wydaje mi się, że Teatr Modrzejewskiej wciąż się w niej mieści.

* Krzysztof Mieszkowski
, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu

Kiedy w Legnicy powstało przedstawienie "Made in Poland" Przemysława Wojcieszka, Teatr Modrzejewskiej był najbardziej nagradzaną sceną w Polsce. Pamiętam też świetną "Balladę o Zakaczawiu". To były nowe jakości, inni uczyli się tej estetyki od Legnicy. Ale świat się zmienia, teatr też. Dziś to nasz teatr wyznacza mody, z którymi muszą się konfrontować inne sceny. Na przykład ogłaszając kontrrewolucję. Tylko czy można ogłosić kontrrewolucję współczesności? Nie wiem, czy dziś początek, środek i koniec w sztuce ma sens. Ten świat się rozpada na naszych oczach, a my go sklejamy z fragmentów. Wydaje mi się, że ten powrót do historii z czytelną konstrukcją jest marzeniem, które nie może się spełnić. Teatr zmaga się z potworem, jakim jest nasz kompletnie nieprzewidywalny świat. Nie możemy sztuki zamykać, doprowadzać do sytuacji, kiedy będzie głupsza od rzeczywistości, bo ona musi tę rzeczywistość weryfikować, uderzać w nią, a nie jej pochlebiać. Nie można zaniżać kryteriów wobec widzów. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której upraszczam intelektualny przekaz, ponieważ uważam, że widz jest głupszy ode mnie. Jednocześnie myślę, że to dobrze, że Jacek ogłosił taką próbę nazwania swojej linii programowej. Chociaż jest w niej wewnętrzna sprzeczność - odniósł przecież sukces, robiąc zupełnie inny teatr. "III Furie" z ubiegłego roku są tego najlepszym przykładem - ciekawe, ważne przedstawienie, ale w zderzeniu z tym, co teraz postuluje, to przecież skok w bok.

* Jacek Wakar, krytyk teatralny

Myślenie Jacka Głomba jest mi bliskie, jego robotę w Legnicy z perspektywy kilkunastu lat uważam za fenomen - on tam tak naprawdę zbudował od podstaw teatr, który wciąż jest w bardzo dobrej kondycji. Jestem za wolnością w teatrze. Jestem jak najdalszy od tego, żeby wskazywać na ten jedynie słuszny rodzaj teatru. Niech Strzępka z Demirskim robią swoje spektakle, nawet jeżeli one nieszczególnie mnie zachwycają. Ale niech ich widzenie sztuki nie monopolizuje sposobu myślenia o polskim teatrze. Mam pewność, że jest on dziś o wiele bogatszy, niżby to wynikało z werdyktów teatralnych festiwali.

(Magda Piekarska, „Teatr mój widzę ludowy”, Gazeta Wyborcza, 27.01.2012)