Dialog: „Palę Rosję!”. Rozmowa z autorem Krzysztofem Kopką

  • Drukuj
Wrześniowy numer Dialogu przyniesie scenariusz dramatu „Palę Rosję!” Krzysztofa Kopki, który w reżyserii Jacka Głomba swoją premierę będzie miał 17 września na otwarcie 2. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego MIASTO w Legnicy. Z tą właśnie sztuką Teatr Modrzejewskiej uda się w artystyczną podróż do teatrów Syberii. W numerze także rozmowa Justyny Jaworskiej z autorem. Jej niepublikowaną jeszcze wersję zamieszczamy za zgodą wydawcy.


Jak powiedział w drukowanej obok dyskusji redakcyjnej Łukasz Drewniak, nasza Rosja musi być literaturą. Dlaczego właśnie Rosję odbieramy tak literacko i czy to aby dobrze?

- Ogromna ilość osób trafia do Rosji poprzez jej literaturę. Tak przynajmniej było ze mną. Kiedy w 1977 roku zdawałem maturę, nie odbiegałem od polskiej przeciętnej: po ośmiu latach obowiązkowej nauki mój rosyjski to było kilkadziesiąt błędnie odmienianych słów.  Rosyjskiego nauczyłem się sam w PWST dzięki Inessie Zawadzkiej, naszej lektorce, Rosjance, która pożyczała nam wydanego w Stanach Szałamowa, Sołżenicyna i Jerofiejewa. Czytałem ze słownikiem, po nocach, bo zawsze była kolejka chętnych. Tu anegdota: mój budowany na „Opowiadaniach kołymskich” i  „Moskwie – Pietuszki” rosyjski jest wciąż ubogi, jeśli idzie o sferę gastronomii. Mogę wyrecytować skład słynnych koktajli Wieniczki Jerofiejewa i powiedzieć, ile kropel lakieru do paznokci należy dodać do piwa żigulowskiego we „Łzie komsomołki”, a ile w „Duchu Genewy”, zapadła mi bowiem w głąb serca przepojona mądrością fraza autora: „Czytelniku! Pamiętaj, że człowiek ma tylko jedno życie! I należy to życie przeżyć nie robiąc błędów w recepturze!”. To zatem wiem, natomiast ustawicznie mi się myli wołowina z cielęciną. Kiedy więc jadłem w Polsce obiad z Maksymem Kuroczkinem i bardzo nieporadnie próbowałem mu pomóc w złożeniu zamówienia, usprawiedliwiałem się, że moją pierwszą rosyjską szkolną czytanką były opowiadania Szałamowa, a kołymskie jadłospisy były nader ubogie i monotonne. Na Maksie moja opowieść zrobiła  wrażenie, gdyż w jego pokoleniu, jak twierdzi, nikt Szałamowa nie czytał. W latach osiemdziesiątych był w Rosji niedostępny, w latach dziewięćdziesiątych nieadekwatny do nowej rzeczywistości. Ją opisywali Pielewin i Sorokin. To nieco mówi o innym od naszego stosunku Rosjan do historii i tradycji. Oni mocniej istnieją w teraźniejszości, bardziej czekają na dzisiejsze „nowe słowo” w literaturze, niż poszukują antenatów.
Czy ta literackość naszej wizji Rosji nie jest niebezpieczna? Jest i  to ogromnie. Ważny dla mnie współczesny literaturoznawca, Wiaczesław Kuricyn w swej książce o rosyjskim postmodernizmie pisze o „sile fatalnej” i terrorze myśli związanym z fenomenem Wielkiej Literatury Rosyjskiej. Otóż WLR udało się skutecznie wmówić swym czytelnikom, że jest niestrudzoną demaskatorską kłamstw rozmaitych ideologii, zaś sama – nie jest ideologią, tylko obiektywnym opisem rzeczywistości. I to było jej fundamentalne kłamstwo. Bo WLR jest bardzo konsekwentną ideologią, niezwykle arbitralnie decydującą, które zjawiska mają prawo do istnienia, a które nie. Na przykład problematyka cielesności z granic WLR została skutecznie usunięta. Poczesne natomiast miejsce zajmowała w jej obrębie litość, choćby współczucie ciężkiej doli dzieci z „piwnicznych izb”. Użalał się nad nimi przejmująco Mikołaj Niekrasow. Ale sam, jak pisze gdzieś Wacław Lednicki, kazał nabić tył swoich sań ostrymi gwoździami, żeby te nieszczęsne dzieci raniły sobie ręce, gdy tylko przyjdzie im do głowy zażyć sanny uczepiwszy się ekwipażu współczującego pisarza.
Krytyka  uwodzicielskich fikcji tworzonych przez WLR nie jest zresztą  specjalnością współczesności. Jej wybitnym przykładem była „Apokalipsa naszych czasów” – ostatnia, wydana w 1918 roku książka Wasilija Rozanowa, który za katastrofę rewolucji obwinia właśnie czytelników i wielbicieli WLR. Przejęli oni z niej ten fałszywy, pełen sentymentalizmu i trącącego nihilizmem radykalizmu obraz rzeczywistości i na tej podstawie dokonali fatalnego historycznego wyboru. Rozanow grzmiał: zaczytywaliśmy się mętnymi rozważaniami niedouczonych seminarzystów na temat Ducha czy Duszy, a nie zdołaliśmy zorganizować sprawnie działającej apteki tanich leków.

Pańska sztuka to cały festiwal cytatów i klisz. Obok odniesień jasnych (Bułhakow, Wysocki, Dostojewski) przemyca Pan nawiązania czytelne dla rusofilów. Wyjaśni pan kilka mniej oczywistych?

- "Palę Rosję!" jest rzeczywiście swoistym słownikiem komunałów wypowiedzianych na temat Rosji i stosunków polsko rosyjskich. Sądzę, że wciąż nie możemy wyplatać się z tej siatki klisz, schematów i fikcji. W fabule nawiązuję do filmu Lwa Kulszowa „Mr West w kraju bolszewików”. To nakręcona w 1924 roku, zabawna w swojej nieporadności propagandowa agitka, opowiadająca o tym, jak protestancki i biały Amerykanin Mr West jedzie do Rosji, by pracować w misji charytatywnej. Wpada szybko w łapy szajki bandziorów, którzy chcąc go oskubać z pieniędzy inscenizują przed nim obraz straszliwej, pełnej czerwonego terroru Rusi. Mr West wierzy w tę bzdurę, gdyż odpowiada ona jego lękom i fobiom rozbudzonym przez imperialistyczną propagandę. Na szczęście w finale przybywa z odsieczą kawaleria, czyli  czujni i sympatyczni enkawudziści i aresztują szajkę „biczów” (bicz – bywszyj człowiek). Uwalniają Westa, który doznaje buddyjskiego nieomal oświecenia i poza rozwieszoną przez elementy kryminalne zasłoną Mai dostrzega prawdziwy obraz  radzieckiej rzeczywistości – słonecznej i humanitarnej.
Dziś zasłonę Mai spowijającą Rosję próbują rozerwać, obśmiać tacy pisarze, jak Wiktor Pielewin czy Władimir Sorokin. Historia o wskrzeszanych narzeczonych z SS czy o operacyjnej zmianie płci jako jedynej drodze do poradzenia sobie ze starą świadomością zaczerpnięte zostały z opowiadań Pielewina „Bęben wyższego świata” i „Mittelspiel”. Wizja FSB jako nowej opryczniny to oczywiście nawiązanie do ostatniej powieści Sorokina „Dzień oprycznika”. Z tegoż pisarza „Podróży  poślubnej”, opowieści o związku Niemca, którego nazistowska przeszłość dziadka przyprawia o paraliż mowy i impotencję, z Rosjanką, która nie ma problemu z babcią, śledczą KGB, świsnąłem dwa smakowite zdanka.
Pierwszą scenę rozpoczyna piosenka grupy Akwarium, rockowych bardów, od trzydziestu lat wyrażających marzenia, nadzieje i rozczarowania liberalnej inteligencji rosyjskiej. Akwarium to była nie tylko muzyka, ale też propozycja nowego stylu życia, nowej wrażliwości, to był dandyzm, buddyzm, europejskość, celtyckość, bardzo interesujące miotanie się w poszukiwaniu nowych wzorów, które w ostatecznym rezultacie zaprowadziło lidera grupy, Grebienszczykowa, do kliniki odykowej.
Migurski jest bohaterem opowiadania Hercena „Za co?”, ale też prawdziwym zesłańcem sybirskim.

W swojej sztuce "1612" grał pan ze stereotypem dymitriady, w "Palę Rosję!" wiek dziewiętnasty zderza się z dwudziestym. Czy w naszych wzajemnych relacjach rzeczywiście pokutuje jeszcze dziedzictwo zaborów?
- Oczywiście! Jeśli szefowi naszego MSZ projekt gazociągu bałtyckiego natychmiast kojarzy się z paktem Ribbentropp - Mołotow, określanym często jako IV rozbiór Polski, to coś jest na rzeczy. Rosjan oczywiście historia niezbyt interesuje. Wystarcza im na razie to, co od wieków powtarza każda oficjalna propaganda kremlowska: przeszłość Rosji była wielka, teraźniejszość jest olśniewająca a przyszłość będzie monumentalna. Nikt tego tam nie bierze na poważnie.
W Polsce inaczej. Należę do pokolenia, które do historii przywiązywało ogromną wagę. Wcześnie zyskaliśmy świadomość, że chce się nam ją odebrać, że komunistyczna władza ją fałszuje. Kiedy w wydawnictwie „Krąg” składałem „Zeszyty Historyczne” albo „Historię polityczną…” Poboga-Malinowskiego, to  miałem poczucie, że robię coś bardzo  ważnego. Mimo, że nasz kult „prawdy historycznej” przybierał śmieszne formy. Przecież my w stanie wojennym na poważnie kłóciliśmy się o taktykę Piłsudskiego z 1905 roku! Horror!
Dziś myślę, że to my powinniśmy próbować władać naszą przeszłością a nie odwrotnie. Patetyczne wezwania do pamięci „o tych, których zdradzono o świcie” brzmią mi dość fałszywie, gdyż nikt tej pamięci nie zagraża. Paul Ricouer w „Pamięci. Historii. Zapominaniu”  podkreśla zresztą, że dla normalnego, zdrowego ludzkiego życia ostatni człon tytułu jest równie ważny jak pierwszy.

Naszą zesłańczą legendę mocno pan demitologizuje.
- Moi bohaterowie ostatecznie giną i wydaje mi się nawet, że w tej ostatniej godzinie przed kaźnią osiągają coś na kształt wzniosłości. A że wcześniej bywali śmieszni, głupi – czy to takie nieprawdopodobne? Czy błazen nie może umierać godnie?
Migurscy mają, jak mówiłem,  swoje historyczne pierwowzory. Wszyscy, którzy spotkali ich na Syberii, z szacunkiem wspominają panią Migurską jako prawdziwe ucieleśnienie polskich cnót, ale na organizowanych przez nią narodowych wieczorynkach starali się nie bywać, bo tam było strasznie nudno i drętwo. To był ten duszny rodzaj polskości, w którym tak trudno żyć.
Dzieje Migurskich poznałem dzięki pracom Wiktorii Śliwowskiej. Jej książki o zesłańcach będące owocem wieloletnich kwerend w archiwach sybirskich przynoszą zaskakujące korekty w obrazie polskiej martyrologii. Ona oczywiście istniała: odbywały się kaźnie, wymierzano „kijów cztery tysiące”, ale incydentalnie. Szlacheccy zesłańcy posiadali rzadką na Syberii umiejętność – byli piśmienni. I to pozwalało  im pracować w administracji, prowadzić interesy, dorabiać się fortun. Profesor Śliwowska wspomina o wypadkach, gdy po odbyciu zesłania i powrocie do kraju decydowano się na ponowny wyjazd na Syberię. Dobrowolny. Dawni zesłańcy wiedzieli, że jest to ziemia bogatsza od mazowieckich piasków.
Bo przecież istniała „ziemia przeklęta” pani Migurskiej, do której nie można złożyć zwłok dzieci i lepiej je trzymać w słoju na parapecie, i Syberia Wacława Sieroszewskiego, fascynujący kontynent zamieszkały przez prastary, tajemniczy lud Jakutów. Ale w naszej świadomości zwyciężyła cierpiętnicza, zamknięta ciasno w gorsecie polskości Syberia pani Migurskiej.
Interesująca jest ta kastracja władz poznawczych poprzez polskość. Zesłaniec Rufin Piotrowski opisał swą ucieczkę z Sybiru w książce, która po swym francuskim wydaniu została natychmiast przetłumaczona na wiele języków. Zachwycał się nią Knut Hamsun, korzystali z jej opisów Północy wielcy norwescy polarnicy – Nansen i Amundsen. Po polsku ukazała się po długich dziesięcioleciach jako cienka broszurka, gdyż zdaniem wydawców miała jedną podstawową wadę: nie mówiła o Polsce.

W czym – pańskim zdaniem – fundamentalnie Rosjan nie rozumiemy?

- Robimy błąd próbując znaleźć jedną formułę dla opisania Rosji, czyli szóstej części powierzchni lądów na Ziemi. Nie przyjdzie nam do głowy, żeby tak traktować choćby Afrykę: widzimy różnice między Marokiem a Madagaskarem, a nie dostrzegamy ich między Moskwą i Magadanem. A Rosja to raczej szereg osobnych światów bardzo nieporządnie sfastrygowanych przez centrum, wbrew  temu, co się w Polsce sądzi, bardzo słabe.
Nie doceniamy też dziedzictwa przemocy, które siedzi w kościach Rosjan i wpływa na ich wybory. Krótko przed śmiercią Czechow, komentując efekty liberalnych reform Aleksandra II, powiedział, że teraz Rosjanom potrzeba tylko trzystu lat szczęśliwego życia, żeby zostać normalnym społeczeństwem. Ale zamiast tego były dwie wojny, rewolucja i stalinowski terror.
Przemoc państwowa, jej wszechobecność, rodziła też przemoc w skali mikro. W jednym z wywiadów Sorokin wspomina wakacje na Krymie, gdzie jeździł jako dziecko. Południowa przyroda, morze, błękitne niebo – maluch z szarej Moskwy czuł, że jest w raju. I w tym Edenie codziennie o czwartej z sąsiedniej daczy rozlegało się nieludzkie wycie: to krzyczał staruszek bity przez syna, który właśnie wrócił z pracy. Syn bił go niespiesznie, systematycznie, z nudów.
Ja podczas pisania nieźle się bawiłem, w każdym razie wydawało mi się, że tworzę rzecz lekką i zabawną. Tymczasem moi rosyjscy przyjaciele pisali mi po przeczytaniu tekstu o „apokalipsie” i „fatalizmie niezniszczalnego systemu głupstwa”, trwającego od pokoleń po  obu stronach i uniemożliwiającego  polsko rosyjskie porozumienie.

Sztuka jest dwujęzyczna. Dla kogo będzie grana?

Będziemy grali spektakl na Syberii – w Tiumeniu, Tobolsku, Szadrińsku, Irbicie, Iszimie, Tomsku, Nowosybirsku  czyli w miejscach,  gdzie byli zsyłani Polacy. Dyrektorem teatru w Tiumeniu jest zresztą ich potomek, pan Wladimir Korewicki. Nasza syberyjska podróż rozpocznie się 26 września i trwać będzie do połowy października (zagramy jeszcze w Moskwie i Włodzimierzu), możemy ją odbyć dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
     
(Justyna Jaworska, „Ta siła fatalna”, Dialog, nr 9/2009)