Agnieszka Domińczuk: Trudne, ale efektowne

  • Drukuj
„Sonata legnicka” była widowiskiem towarzyszącym legnickiemu festiwalowi „Miasto” rozpoczynającym tegoroczną edycję imprezy. Dwuczęściowy spektakl poznańskiej Asocjacji 2006 w reżyserii Lecha Raczaka zaprezentowano 17 września  na dziedzińcu i we wnętrzu byłej Fabryki Fortepianów i Pianin.

Od samego początku spodobał mi się wybór miejsca, w którym odbył się spektakl. Nadawał klimat napięcia, swojego rodzaju grozy, niepewności, świetnie pasujący do przedstawienia. "Sonata legnicka" składała się z dwóch części.

Pierwszą („Rabin Maharal i Golem”) było przedstawienie legendy o Golemie i jego stwórcy na głównym placu fabryki. Historia, której do końca nie rozumiałam, ale nie dało się zaprzeczyć, że była niezwykle widowiskowa. Co zgodne było z obietnicą scenografa i aranżera przestrzeni Piotra Tetlaka: „To będzie bardzo dynamiczne widowisko. Pojawią się tam maszyny i stwory, które mogą stanąć na drodze widzów".  

I faktycznie – były! Ruchome rzeźby, konstrukcje oraz wizualizacje, które miały dodawać nastroju projektowi. Czasami jednak dynamika zdarzeń słabła. Chyba za sprawą nadmiaru tekstu i przydługim pieśniom, choć ich wykonanie było naprawdę niezłe. Sprawność fizyczna aktorów również budziła podziw (choć ten stan rzeczy w przypadku tego zawodu jest normalny).

Nie podobało mi się, że w pewnym momencie fotoreporterzy, chcąc zrobić jak najlepsze zdjęcia podczas spektaklu, znaleźli się w środku akcji, co wprowadzało zamieszanie i utrudniało widzom odbiór sztuki.

W drugiej części "Sonaty", która odbyła się już w jednym z budynków fabryki, mieliśmy do czynienia ze sceną ruchomą. Ciekawy pomysł, z którym zetknęłam się po raz pierwszy, jednak nie do końca udany, bo psuł widzom przedstawienie. Część z nich nie wiedziała gdzie stanąć, by oglądać widowisko, a – jak się wydaje – nie wiedzieli tego nawet niektórzy z koordynujących wydarzenie („No i gdzie Aśka kazała stanać? Trzeba było się jej słuchać! Znowu wyjdziemy na zdjęciach, jak jakieś cipy drogowe. Lepiej spadajmy stąd”  - usłyszałam w pewnej chwili).

Ta część była mniej widowiskowe niż pierwsza, ale zrekompensował to efektownie płonący pod koniec występu fortepian. "Sonatę legnicka" warto było zatem obejrzeć, choćby po to, aby przekonać się, że nieczynną fabrykę nadal można do wykorzystać. Sam spektakl na pewno na tym zyskał.

W dwuczęściowym poznańskim spektaklu (część druga była napisana specjalnie na festiwalowe wystawienie w Legnicy) brali udział także trzej aktorzy związani z legnickim teatrem: Lech Wołczyk, Robert Zawadzki oraz Tadeusz Ratuszniak.

Agnieszka Domińczuk (TISZ)