Stopklatka: oddemonizowany Bluszcz w komediowej „Operacji Dunaj”

  • Drukuj
Aktor z charakterystyczną twarzą, predysponującą go do ról łotrów, szemranych typków czy nazistowskich oprawców. Tak najkrócej i w uproszczeniu można opisać Przemysława Bluszcza, który z powodzeniem zagrał dla odmiany rolę komediową w filmie Jacka Głomba pod tytułem "Operacja Dunaj". Z aktorem podczas niedawnej uroczystej premiery w Nowej Rudzie rozmawiał Artur Cichmiński.


Artur Cichmiński: W Twoim przypadku rola komediowa to rzadkość...

Przemysław Bluszcz: No tak. Wszyscy chcą ze mnie robić demona. Może któryś z producentów zdecyduje się na przykład na dowcipnego demona? Bardzo bym się z tego cieszył. A jeśli chodzi o ten film stało się to naturalnie. Spędziłem z Jackiem dwanaście lat w teatrze i kiedy zaproponował mi tę rolę, nie było żadnej dyskusji.

I od początku chodziło o postać Romka ?
Tak. Chciał, żebym zagrał akurat to. Owszem były różne kandydatury do innych ról. Wiadomo, żeby na film przyszli ludzi obsada jest istotna. Myślę jednak, że jest ok.

Myślę, że nawet bardzo. Dla Ciebie to szansa na wyjścia z cienia...

Odczarowania... Tak naprawdę trudno mi to oceniać. Chociaż coś jednak ruszyło ponieważ u Juliusza Machulskiego zagram również w komedii. A może to się już zmieniło, a ja tego nie zauważyłem? Prawda jest też taka, że dalej jestem "demonem" w mundurze gestapowca w serialu wojennym, ale co robić...

Robert Więckiewicz, też aktor charakterystyczny, musiał przejść podobną drogę. Co w takim razie wniosłeś od siebie do granej tu postaci?

My sobie bardzo z Jackiem ufamy. Znamy się, jak łyse konie. Dlatego musieliśmy powiedzieć sobie jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Wiadomo przy tym, że reżyser jest od tego aby kontrolować czy czegoś nie jest za dużo czy za mało. W tej opowieści obaj podążaliśmy w tym samym kierunku.

Mieliście na przeciwko siebie grupę aktorów czeskich. Czy konfrontacja ta miała w sobie jakieś symptomy sprawdzenia kto jest lepszy?

Tak się często dzieje, ale udało nam się w takie ściganie nie zabrnąć. Czeski skład był po prostu fantastyczny. Na przykład Jiri Mencel, starszy już człowiek, nie stwarzał jakiegokolwiek dystansu, często psocił jak mały dzieciak. Z kolei z całą resztą obsady spędziliśmy bardzo przyjemnie wiele wieczorów po zdjęciach. Poza tym, że to świetni aktorzy są to także wspaniali, bardzo otwarci ludzie. Na pewno niezmanierowani, trochę zwariowani. Ci którzy znają współczesne czeskie kino wiedzą, że Jarek Dusek czy Bolek Polivka to duże nazwiska. Okazało się jednak, że to nie przeszkadza byśmy stali się dla siebie bardzo dobrymi kumplami. Podobnie Eva Holubova, absolutnie fantastyczna kobieta czy młode, rewelacyjne dziewczyny: Monika Zoubková i Martha Issová.

Nastapiło jakieś symptomatyczne przełożenie między wami tego, co na ekranie na to, co poza planem..?

Poza planem myślę, że było o wiele ciekawiej... Tak był to bardzo uroczy czas.

Film dotyka wstydliwego momentu w historii naszego kraju i dramatycznego w najnowszych dziejach Czech. Rozmawialiście o tym?

Przygotowywaliśmy się po prostu do filmu. Jacek dał nam odpowiednią literaturę tak abyśmy poczuli jednak zapach tamtych czasów. Z drugiej strony niby jest to temat trudny, ale idea tego spotkania, biorąc pod uwagę jego okoliczności, sprawia, że istotne staje się to iż człowiek może i powinien się z innymi dogadać bez względu na koszmar, jaki się dookoła niego rozgrywa. Niby to truizm, ale myślę że warto o nim przypominać.

Trzeba tylko chcieć...

Dokładnie.

Czy jednak między sobą, aktorami, toczyliście dyskusję o tę historię?

Tak naprawdę niewiele, szczególnie z młodymi aktorami. Moje pokolenie słyszało o Pradze, Budapeszcie i "bratniej" pomocy niesionej na bagnetach, dopiero na fali rozkwitu Solidarności. Wszyscy byliśmy zgodni co do tragizmu tej interwencji. Czesi doskonale też rozumieli poczucie wstydu, które nam towarzyszyło w związku tymi wydarzeniami. Dlatego fajnie, że to spotkanie nastąpiło w takiej właśnie zwyczajnej, ludzkiej, wolnej od polityki przestrzeni.

To był trudny film? W sumie gnieździcie się w ciasnym, dusznym czołgu. Wygląda, że w tym przypadku wykonaliście wręcz siermiężną pracę..?

Wiadomo - kino jest sztuką magiczną więc parę sztuczek operatorskich i reżyserskich znalazło tutaj swoje zastosowanie. Przede wszystkim była to fantastyczna przygoda. I to, co Jacek zawsze podkreśla, była to przygoda w jakiejś sprawie. Oprócz tego, że każdy z nas wykonał swoją pracę to jeszcze coś osobistego przeżył. Spotkanie z ludźmi, idea, to właśnie te wartości, na których buduje się życie.

Zrobiliście komedię koszarową, albo bardziej frontową, w której jest wiele odniesień do klasyki gatunku. Przywołujecie nawet Kusturicę z jego "Undegroundem".

Myślę, że są to szlachetne konotacje i fajnie, że coś z tego ducha w naszym filmie zobaczyłeś. Film jest sztuką, w której tysiące elementów muszą się złożyć w jednej sprawie. Czasami bierzesz w czymś udział, a potem się zastanawiasz, co z tego wyjdzie. Tutaj nie miałem z tym w ogóle problemu. Myślę, że "Operacja.." mimo komediowej konwencji jest historią o czymś. Jest przyzwoicie opowiedziana, zabawna, i mam nadzieję skłania do refleksji. Jest więc ok.

Teraz wyzwaniem jest publiczność...

Właśnie czy publiczność polubi tych bohaterów? Czy polsko-czeski mariaż przekona widzów? Po przedpremierowych pokazach liczę jednak na to, że będzie dobrze i ludzie nie raz wybiorą się opancerzoną "Biedroneczką" za naszą południową granicę.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.



(Artur Cichmiński, „Bluszcz: Wszyscy chcą ze mnie robić demona”, www.stopklatka.pl, 12.08.2009)