METRO: „ Operacja Dunaj” wchodzi do kin

  • Drukuj
"Operacja Dunaj" Jacka Głomba to film, który z uśmiechem rozlicza nas z "bratniej pomocy", jaką Ludowe Wojsko Polskie niosło Czechosłowacji w 1968 roku. Na ekranie międzynarodowa obsada: Zbigniew Zamachowski, Maciej Stuhr i Tomasz Kot oraz prawdziwa legenda czeskiej kinematografii - Jiri Menzel. Premiera już w piątek - zapowiada Kalina Mróz, a Artur Tylmanowski rozmawia z reżyserem filmu.

Filmowy debiut cenionego reżysera teatralnego Jacka Głomba to fikcyjna opowieść, osadzona na tle prawdziwych, wcale niewesołych wydarzeń historycznych. Ta nawiązująca klimatem do "Jak rozpętałem II wojnę światową" czy "Przygód dobrego wojaka Szwejka" opowieść o zaginięciu polskiego czołgu podczas inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

Dalsze przedstawione w filmie losy czołgu "Biedroneczki" są już wytworem wyobraźni scenarzystów Jacka Kondrackiego i Roberta Urbańskiego. Główni bohaterowie "Operacji Dunaj" to przedstawieni w pastiszowy sposób polscy żołnierze, stworzeni trochę na wzór załogi Rudego z "Czterech pancernych i psa". Nadmiernie emocjonalni, choleryczni, niefrasobliwi, ale zawsze kierujący się honorem, trafiają przypadkiem do małej czeskiej wioski. Na skutek własnego roztargnienia i działalności czechosłowackich patriotek, gubią resztę swojej jednostki.

Mieszkańcy prowincjonalnej miejscowości przyjmują Polaków bardzo chłodno, zwłaszcza, że "Biedroneczka" wjeżdża prosto w ścianę miejscowej knajpki. Czołg wymaga naprawy, a żołnierze i lokalna społeczność muszą się jakoś dogadać. Zawzięte narodowe temperamenty, skomplikowana sytuacja polityczna oraz zabawne zbiegi okoliczności nie ułatwiają kontaktu. Z czasem jednak zarówno Czesi, jak i Polacy znajdą wspólny język. W końcu łączy ich ten sam wróg

"Operacja Dunaj" może się poszczycić prawdziwie gwiazdorską obsadą (Zbigniew Zamachowski, Maciej Stuhr, Tomasz Kot, znakomita czeska aktorka Eva Holubova). Opiekę artystyczną nad filmem objął sam Jiri Menzel, czyli jeden z najsłynniejszych czeskich reżyserów. Twórca "Obsługiwałem angielskiego króla" zagrał również jedną z głównych ról.

Najsłabszą stroną filmu jest niezbyt lotny, bazujący na narodowościowych stereotypach czy wulgarnym języku, mocno już wyeksploatowany humor. Mimo to, debiut Jacka Głomba stanowi całkiem przyjemną, udaną rozrywkę, której ogromną zaletą jest czeskie aktorstwo i sympatyczna, pozbawiona udziwnień opowieść o przełamywaniu lodów w ciężkich czasach.


Rozmowa z Jackiem Głombem, reżyserem filmu



Artur Tylmanowski: Co w filmie jest prawdziwą historią, a co wymyśloną?


- W sensie historycznym - nic nie jest prawdziwe.

Ale fakt zaginięcia polskiego czołgu podczas "Operacji Dunaj" podobno miał miejsce...


- To jest anegdota, legenda. Chociaż w jednej z książek historyczno-naukowych o "Operacji Dunaj" rzeczywiście można przeczytać, że pod Złotoryją zaginęła jedna polska maszyna. Ale wszystko, co się w filmie dzieje później, jest efektem wyobraźni scenarzystów i mojej. Ale oczywiście nie robiliśmy filmu "z rękawa" - tylko z kwitów, z badań - może nie naukowych sensu stricte. Głównie z tego, co nam ludzie opowiadali o tych wydarzeniach.

Interwencja Wojsk Układu Warszawskiego w 1968 roku w Czechosłowacji była do tej pory nad Wisłą wstydliwą i przemilczaną sprawą. Jak patrzą na to Czesi?


- Miewali i mają do nas o to żal. W latach 90. często jeździłem do Czech z teatrem. Atmosfera w tych czeskich prowincjonalnych gospodach, dokładnie takich jak ta na filmie, była dosyć kwaśna. Język polski wywoływał nie zawsze pozytywne reakcje, zdarzało się, że obsługa celowo nie spieszyła się z przyjęciem zamówienia.

W nich to nadal głęboko siedzi?


- Tak. Choć rzecz jasna bardziej w starszym pokoleniu niż w młodszym. Młodzi Czesi mają do tych wydarzeń stosunek taki, jak młodzi Polacy do swojej historii: coś tam wiedzą, czymś się tam interesują, ale nie żyją tym. Dla mnie inspiracją do powstania tego filmu był mój osobisty wstyd. Jestem z wykształcenia historykiem i te sprawy mnie zawsze interesowały. Lubię opowiadać o historii w teatrze. Dlatego zrobiłem taki film "ku porozumieniu".

W filmie zagrały i polskie gwiazdy, i legendy czeskiej kinematografii - jak Jiri Menzel czy Eva Holubova. Jak się im współpracowało na planie?


- W zadziwiająco dobrej atmosferze. "Operacja Dunaj" połączyła nas wszystkich, bo obie strony chciały uczciwie o tym opowiedzieć. Polscy i czescy aktorzy bardzo intensywnie pracowali przy tym filmie ideowo i za to im wiele razy dziękowałem. Jiri Menzel powtarzał mi "Panie Jacku, najciężej robi się komedie". Ale nie brakowało wesołych momentów. Kręciliśmy rok temu i czescy aktorzy śmiali się z nas, że przegrywamy olimpiadę w Pekinie. Śpiewali nam wtedy po czesko-polsku chóralnie "Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało". Najgłośniej śpiewał Bolek Polivka (śmiech).

Uważa pan, że komedia to dobry sposób podania filmu o tej tematyce?


- Trawestując mistrza powiem, że jedynie słuszny (śmiech). A już poważnie: jeżeli chcemy, by młodzi ludzie zainteresowali się historią, nie tylko tą konkretną, lecz także historią w ogóle, musimy szukać różnych tonów opowiadania o niej. Przedstawiając ją wyłącznie martyrologicznie i cierpiętniczo, kompletnie ich zrazimy. Czesi potrafią uśmiechać się do swojej historii i tego im zazdroszczę.

To może pan pójdzie za ciosem i zrobi film o Powstaniu Warszawskim w takiej samej konwencji?


- Gdy pokazałem "Operację Dunaj" na festiwalu filmowym w Karlowych Warach, podeszło do mnie po projekcji dwóch młodych niemieckich producentów. Powiedzieli, że film bardzo im się podobał, śmiali się cały czas i bardzo by chcieli, żeby ktoś zrobił taki film o stosunkach polsko-niemieckich To ciekawa inspiracja, ale nie taka prosta. Po prostu w konfliktach polsko-niemieckich było znacznie więcej ofiar i o tym tak z uśmiechem nie da opowiadać. Chociaż z drugiej strony - nie dalej jak tydzień temu wpadły mi w ręce wspomnienia jednego z powstańców, zupełnie inne niż te, które znaliśmy do tej pory. Jan Kurdwanowski "odbrązawia" w nich codzienność Powstania, którą zwykle widzimy w telewizji. Ale za wcześnie jeszcze mówić, czy zrobię o tym film.

Ale na pewno może pan opowiedzieć, co pan szykuje w Teatrze im. H. Modrzejewskiej w Legnicy...


- Dla odmiany opowieść polsko-rosyjską (śmiech). Nazywa się "Palę Rosję! - opowieść syberyjska" i jest próbą opisania naszych relacji w kontekście Syberii - historycznej i współczesnej. Myślę, że możemy tym projektem mocno zamieszać. W październiku jedziemy z tym spektaklem na trzytygodniowe tournee po Syberii. To też, podobnie jak "Operacja Dunaj", komediodramat. Zaczyna się tak: polscy turyści jadą na Syberię szukać śladów przodków, a tam okazuje się, że ta historia, którą znajdują, nie do końca jest tą, której szukali...

Kalina Mróz, Artur Tylmanowski, „Jak polskie wojsko zgubiło się w Czechosłowacji”, Metro, 13.08.2009)