Dzień po dniu: wpisy gościa Maratonu Modrzejewskiej

  • Drukuj

Wybrałem się do Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy na festiwal "Maraton Modrzejewskiej" – pisze Patryk Kencki, adiunkt w Instytucie Sztuki PAN, wykładowca w Akademii Teatralnej w Warszawie, sekretarz redakcji Pamiętnika Teatralnego, który uczestniczył we wszystkich wydarzeniach teatralnej trzydniówki. Poniżej refleksje i notatki z tego wydarzenia.


Piątek, 8 czerwca

Obejrzałem spektakl "Krzywicka. Krew" wyreżyserowany przez Alinę Moś-Kerger według tekstu Julii Holewińskiej. Na scenie występuje sześć rewelacyjnych aktorek, przedstawiających zwyczajne kobiece życiorysy, osadzone w polskiej historii dwudziestego wieku. Przedstawienie podzielone jest na sześć części odpowiadających kolejnym krwiom w życiu kobiety (pierwsza menstruacja, utrata dziewictwa, miłość, narodziny dziecka, choroba i śmierć). Działaniom aktorek towarzyszy muzyka na żywo wykonywana przez Andrzeja Janigę. Scenografię (proj. Małgorzata Bulanda) stanowi baletowa podłoga oraz dwie wielofunkcyjne i mobilne styropianowe ściany (to chyba jednak znaczące nawiązanie do historii polskiego bohaterstwa). Kostiumy (proj. Magdalena Jasilkowska) składają się z prostych białych halek i czerwonych majtek. Największą siłą tego spektaklu jest świetne aktorstwo. Wykonawczynie błyszczą zarówno w sekwencjach solowych, jak i w tych wymagających zgranego zespołowego aktorstwa. Potrafią sprawić, że opowiadane przez nie historie przybierają uniwersalny charakter. Warto zapamiętać ich nazwiska: Katarzyna Dworak, Magda Biegańska, Magda Skiba, Joanna Gonschorek, Gabriela Fabian i Zuza Motorniuk.

Sobota, 9 czerwca

"Maraton/Tren" to monodram wyreżyserowany i wykonywany przez Pawła Palcata. Spektakl opowiada o traumie związanej ze śmiercią matki. Aktor sięgnął po rozmaite środki widowiskowe, m.in. te kojarzące się ze sztuką performance'u. Opowieść o śmierci kontrapunktowana jest przygotowaniami do maratonu stanowiącego próbę pokonania cierpienia i ograniczeń. Całość spektaklu objęta jest klamrą scen, w których wykonawca nawiązuje bezpośredni kontakt z publicznością. Na początku rozmawia z nami o resuscytacji, na końcu wciąga nas w psychoterapeutyczną zabawę.

"Biesy" według Fiodora Dostojewskiego wyreżyserował Jacek Głomb. Adaptację przygotował Robert Urbański. Przedstawienie stanowi prawdziwy popis zespołu aktorskiego. Na scenie oglądamy dwadzieścioro wykonawców w pewien sposób uwięzionych w przestrzeni zaprojektowanej przez Małgorzatę Bulandę. Scenografia składa się głównie z kostek sprasowanych papierów i syntetycznych odpadów. Zamiast częstokroć przywoływanej przez buntowników drukarni widzimy więc jakąś przetwórnię śmieci, w czym trudno nie dopatrywać się podpowiedzi interpretacyjnej. Postaci w porównaniu do swych powieściowych pierwowzorów także wydają się w świadomy sposób pomniejszone, bardziej groteskowe. Nihilizm, o którym tyle rozprawia się u Dostojewskiego, zdaje się w tym przedstawieniu po prostu wychodzić na wierzch, przeżerać pozorną powłoczkę rzeczywistości.

W końcu "Wierna wataha". Sztukę napisali i wyreżyserowali Paweł Wolak i Katarzyna Dworak, którzy wraz z dziesięciorgiem innych aktorów pojawiają się również na scenie. Historia opowiada o rodzinie, w której przez całe pokolenia najmłodszy z synów zostawał duchownym. Kiedy w którymś pokoleniu mieszkańcy wioski nie mogą doczekać się przyjścia na świat żadnego chłopca, postanawiają, że mająca się narodzić córka zostanie zakonnicą. Mimo prób surowego wychowania Joanny (w tej roli Adrianna Jendroszek) nikt nie jest w stanie wykorzenić z niej radości życia i ludzkiego przywiązania do świata. Surowe wymagania narzucone dziewczynie skontrastowane przy tym zostały z niedającą się opanować seksualnością jej rodziców (ojciec zdradzający żonę ze szwagierką, czy nieposkromiona matka oddająca się naraz kilku mężczyznom). Przywołany obraz lubieżności (kobieta woła, by jeden schwycił ją za stopę, drugi za łokieć, a trzeci "za co tam chce") ma w sobie zresztą coś z erotyki kojarzącej się z Leśmianowską poezją. Z kolei okrutne ukaranie niepogodzonej z narzuconym przeznaczeniem Joanny zdaje się odwoływać do wyrzucenia ze wspólnoty Reymontowskiej Jagny. Scenografię, której ważnym elementem jest opadający strumień wody przemieniającej się wreszcie w krew, zaprojektował Piotr Tetlak. Uwagę zwracają też niepokojące animacje autorstwa Justyny Sokołowskiej.

Niedziela, 10 czerwca

Najpierw przysłuchiwałem się dyskusji zatytułowanej "Teatr 2018 – misja czy wizja?". Poprowadził ją profesor Dariusz Kosiński, a udział w niej wzięli dyrektorowie Jacek Głomb i Paweł Łysak. Miała być jeszcze jedna uczestniczka spotkania (Agata Duda-Gracz), ale niestety nie zdołała przyjechać. Dyskusja okazała się na tyle interesująca, że żywo włączyła się w nią publiczność.

Następnie udaliśmy się na przedstawienie "Hamlet, Książę Danii", wyreżyserowane przez Krzysztofa Kopkę w inscenizacji Jacka Głomba. Spektakl przygotowany na podstawie Szekspirowskiej tragedii w przekładzie Stanisława Barańczaka stanowi "remake" przedstawienia z 2001 roku. Wprowadzeni przez teatralne zakamarki zrujnowanego budynku przy Nowym Świecie, brnąc przez grubo zalegający na podłogach piasek i mijając widmowe postaci (twórcy mieli chyba w pamięci myśl Wyspiańskiego ze "Studium o Hamlecie"), dotarliśmy wreszcie na widownię urządzoną w miejscu dawnej sceny. Przedstawienie wywiera wrażenie zwłaszcza swoją widowiskową formą (scenografię stworzyła Małgorzata Bulanda). Autorzy po mistrzowsku wykorzystali możliwości budowania wielu planów i zaskakujących perspektyw. Umiejętnie, a zarazem dyskretnie nawiązali do przestrzennych form teatru elżbietańskiego. Efekty wizualne kontrastują z ponurą wizją świata przedstawianego. Rzeczywistość spektaklu, przybierająca jakiś Mad-Maxowy kształt, kojarzy się ze światem po katastrofie. Postaci okazują się bezwzględne i brutalne. Nawet Horacjo (Rafał Cieluch) okazuje się wyrachowanym zdrajcą, który na koniec zagarnia duńską koronę. Bardzo efektownym pomysłem jest wystylizowanie Rosencrantza (Bogdan Grzeszczak) i Guildensterna (Grzegorz Wojdon) na postaci Beckettowskie. Wrażenie robi scena metateatralna. "Zabójstwo Gonzagi" grane jest na dwu poziomach z wykorzystaniem ostrej muzyki (Kormorany) i ognia. Dopracowany ruch sceniczny jest dziełem Leszka Bzdyla.

Na koniec festiwalu zaprezentowano przedstawienie Łukasza Kosa oparte na tekście Alessandra Baricca "Iliada. Wojna". Spektakl ukazuje nam postaci znane z Homeryckiego eposu, ale w prezentowanej wersji wydają się one znacznie bardziej ludzkie, pełne lęków i ułomności. Scenografia (proj. Paweł Walicki) ukazuje gigantyczny księżyc i morskie fale, ułożone z ciemnej, grubej folii. Z tych odmętów, swoistej krainy śmierci, wyłoni się jedna postać, która później odsłoni następne. Pierwsza połowa spektaklu to intymne monologi uczestników wojny trojańskiej. Największe wrażenie wywarła na mnie Anita Poddębniak, wcielająca się w dojrzałą już Helenę. W drugiej części przedstawienia dominują zmagania pomiędzy herosami. Przedstawienie nabiera siły i staje się wręcz brutalne. W pamięć zapada Achilles (Paweł Palcat) pokryty popiołem, błotem i krwią. Nie sposób też zapomnieć finału, w którym trojańskie kobiety wznoszą lament nad ciałem zabitego Hektora (Robert Gulaczyk).

Sześć przedstawień, które legniccy aktorzy zagrali w ciągu dwóch i pól doby to zaiste prawdziwy maraton. Poziom tych realizacji dowodzi, jak wysokie są siły i środki Teatru im. Heleny Modrzejewskiej. Wszystkim Pracownikom tego teatru pragnę złożyć serdeczne podziękowania i gratulacje.

Patryk Kencki

Od redaktora @KT: wpisy na swoim profilu fb autor wprowadzał trzykrotnie i „na gorąco” w dniach 9-11 czerwca - każdorazowo nazajutrz po kolejnym dniu Maratonu Modrzejewskiej. Powyższe jest scaloną i lekko zredagowaną wersją oryginalnych notatek.