Dziennik Teatralny: legnickie „Dziady” na krakowskim Festiwalu "Genius Loci"

  • Drukuj
W legnickich "Dziadach" Lecha Raczka, które mogliśmy oglądać w ramach krakowskiego Festiwalu "Genius Loci" w Łaźni Nowej, widać wyraźnie sprawną rękę doświadczonego reżysera, który bez wątpienia za swój cel przyjął odarcie arcydramatu ze szkolnej koturnowości i złagodzenie ciężaru licznych wcześniejszych (także tych już historycznych) realizacji teatralnych. Minimalistyczna przestrzeń pozwala aktorom na mistrzowski popis sprawności fizycznej i rzadkiej umiejętności dobrej gry zespołowej – ocenia Katarzyna Pawlicka.

Autor scenografii - Bohdan Cieślak świetnie wykorzystał niezwykle plastyczną przestrzeń Nowej Łaźni. Tym razem widzowie siedzą po obu stronach drewnianego podestu (przypominającego pamiętny podest wychodzący na widownię w legendarnych "Dziadach" Konrada Swinarskiego), tym samym stając się jednocześnie uczestnikami obrzędu "Dziadów" Anno Domini 2007. Surowe, drewniane "klatki" stają się jednocześnie przejściem między światem żywych i umarłych, gałęziami drzewa, na których siadają kruki, dręczące złego Pana, a później miejscem, w którym gromadzi się "towarzystwo przy drzwiach". Ta minimalistyczna przestrzeń pozwala aktorom na mistrzowski popis sprawności fizycznej i rzadkiej umiejętności dobrej gry zespołowej.

Zespołowość to wyraźny atut tego spektaklu. Poczynając od obrzędu, w którym, trochę przewrotnie, od samego Guślarza (którego zresztą gra kobieta - pierwsza wyraźna próba zerwania ze schematycznym odczytywaniem  "Dziadów"), dużo ważniejszy jest zgromadzony lud, który wydaje się być niemalże jednym organizmem. Co ważne, duchy grane są, przez siedzących od początku przy stołach, aktorów. Po prostu w odpowiednim momencie ktoś ze wspólnoty wysuwa się na pierwszy plan i wchodzi w nową rolę. Ten zabieg nadaje uniwersalizmu, nieco już oklepanym i wyświechtanym, pouczeniom. Duchy są wyraźnie ludźmi, popełniającymi te same przewiny, co reszta.

Zespołowości wymaga także bez wątpienia najciekawszy zabieg interpretacyjny Raczaka. Mianowicie oglądamy i słuchamy nie jednego, a pięciu Gustawów (potem Konradów). Reżyser nie pozwala nam na ponowne odczytanie Wielkiej Improwizacji, czy zjawiska tragicznej miłości romantycznej,  jako doświadczenia jednostkowego. Zrywa z romantycznym mitem "wybrańca narodów" i stawia na pokazanie wspólnotowości cierpienia, które niekoniecznie musi być zjawiskiem pozytywnym. Być może ma to być przykra diagnoza Raczaka, dotycząca współczesności i naszego zagubienia indywidualności, zmasowania emocji, przeżyć, przemyśleń? Kolejni Konradowie łapczywie chwytają lampę, która w pewien sposób upoważnia ich do wykrzyczenia swoich emocji, do przekazania kilku gorączkowych słów. Jednak lampa szybko wędruje do następnego aktora, nie pozwalając na spełnienie i zaspokojenie. 

Równie świeże jest w przypadku tych "Dziadów" ukazanie tego co "przed fizyką",  czyli głosów z prawej i lewej strony, Archanioła i Belzebuba. Zło zostało tutaj wyraźnie spersonifikowane poprzez dwie postaci właściwie pozbawione płci, rodem z taniego kabaretu, a może drag queen showu (rewelacyjne aktorstwo...). Podobnie dobro to dwie kobiety, przypominające trochę Królowe Śniegu, trochę kloszardki. Tym sposobem Raczak zrywa z wieloletnią tradycją jasełkowych diabełków i aniołków, które zdominowały chociażby spektakle Wyspiańskiego i Swinarskiego, identyfikuje zło z rozerotyzowaniem oraz zwraca uwagę na niepozorność współczesnych zagrożeń, na ich niekiedy śmieszne, mylące "opakowanie". Także dobro jest ukryte, zakamuflowane, nie rzucające się w oczy. By je odkryć, wykorzystać, potrzeba wiedzy i cierpliwości.  
   
W przypadku "Dziadów" naturalna jest konieczność wyboru tekstów, potrzeba pewnej redukcji. Lech Raczak zdecydował się na ryzykowne posunięcie - w swoim spektaklu dotyka prawie wszystkich istotnych wątków dramatu. Co prawda niejednokrotnie montuje teksty różnych części, nie trzyma się ściśle chronologii, ale zaznacza każdą z węzłowych sytuacji. Interesujące, sprawne przejście od obrzędu do rozmowy Gustawa z księdzem zdaje się być dobrym omenem, jednak później nie udaje się niestety Raczakowi konsekwentnie kontynuować, zaznaczonej na początku skutkowo - przyczynowej konwencji. Ten niewielki mankament prowokuje pytanie o całościowy wydźwięk interpretacyjny spektaklu.

O ile rewelacyjnie prowadzona improwizacja, czy pomysł wprowadzenia kilku Gustawów, dają się z pewnością obronić, tak daleko "Dziadom" Raczaka do mistrzostwa szalenie spójnych realizacji Grzegorzewskiego (zapowiadających "zmierzch paradygmatu romantycznego" w teatrze polskim), czy Swinarskiego (odzieranie "Dziadów" z romantycznego mitu, położenie nacisku na profanum i redukcja do minimum sacrum). Mimo to, spektakl ten jest dobrym sygnałem potrzeby dalszego poszukiwania aktualności i nośności w utworach romantycznych. To udana próba ponownego odprawienia "pełnego bluźnierstwa obrzędu świętokradczego", świadcząca o tym, że dobre duchy nie opuszczają póki co polskiego teatru.

Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy
Adam Mickiewicz
"Dziady"
reżyseria: Lech Raczak
adaptacja: Maciej Rembarz i Lech Raczak
scenografia: Bohdan Cieślak
kostiumy: Izabela Rybacka
muzyka: Lech Jankowski
choreografia: Tomasz Wygoda
realizacja świateł: Władysław Sajda
na fisharmonii gra Andrzej Janiga

Obsada: Katarzyna Dworak, Gabriela Fabian, Joanna Gonschorek, Zuza Motorniuk, Magda Skiba, Anita Poddębniak, Małgorzata Urbańska, Ewa Galusińska, Paweł Palcat, Bogdan Grzeszczak, Paweł Wolak, Rafał Cieluch, Tadeusz Ratuszniak, Dariusz Majchrzak, Jakub Kotyński, Robert Zawadzki, Łukasz Węgrzynowski, Tomasz Radawiec, Wojciech Czarny, Lech Wołczyk, Mariusz Sikorski.

Premiera 28 kwietnia 2007 r.
Spektakl zaprezentowany na festiwalu "Genius Loci"2007r. w Krakowie.

(Katarzyna Pawlicka, „Konrad nie jedno ma imię...”, Dziennik Teatralny, 31.10.2007)