Tygodnik Powszechny: od półwiecza teatr rodzi się w małych ośrodkach

  • Drukuj
Mamy skamieniałą sieć teatralnych bud, za którymi ciągną się często obciążenia wielu dziesięcioleci. Trzeba nimi zarządzać, godząc przeciwności tak naprawdę nie do pogodzenia. Oczekiwania władz samorządowych - których ambicje najczęściej kończą się na tym, by teatr odniósł sukces i nie produkował ekscesów - z potrzebami młodzieży coraz lepiej znającej świat – pisze Jacek Sieradzki w tekście "Prowincja, nasza nadzieja".

Z wieloma tezami artykułu ,,Dwoje aktorów i trzy rekwizyty" Anny R. Burzyńskiej ("TP" nr 30) z przyjemnością się zgadzam. Z paroma jednak chciałbym się pospierać, wykorzystując to, że po naszych mniejszych i większych teatrach włóczę się z całą pewnością dłużej niż komentatorka "Tygodnika". Zapewne dlatego lekko mnie, jak to mówi młodzież, zjeżył użyty w artykule nadtytuł "Na prowincji powstaje nowy polski teatr". Wyglądało, jakby to była specyficzna cecha dzisiejszego czasu. Tymczasem nowy teatr rodził się w małych ośrodkach zawsze - przynajmniej od półwiecza.

Zawsze było tak, że świeżo upieczeni reżyserzy jechali w kraj, obejmowali jakąś podupadłą budę i jeśli umieli ściągnąć dobrych współpracowników, osiągnąć pierwsze sukcesy - to teatr niedużego miasta zaczynał błyszczeć. Tak było swego czasu w Grudziądzu, Gorzowie, Słupsku, Olsztynie, Jeleniej Górze, Kaliszu. Najczęściej sława trwała dwa, trzy sezony; potem lider szedł wyżej, do większego ośrodka. Niekiedy była dłuższa: w końcu z "prowincjonalnego" buntu przeciw marazmowi stolic zrodziło się Zakopane Andrzeja Dziuka.

Era przed Jarzyną

Upadek komunizmu nie zmienił wiele w tym stałym mechanizmie. Na początku lat 90. Anna R. Burzyńska z "prowincji" zauważa tylko Legnicę, gdzie dyrekcję objął Jacek Głomb. Mogłaby dorzucić choćby Teatr Współczesny ze Szczecina wyciągany przez Annę Augustynowicz do ekstraklasy czy Wierszalin Tomaszuka i Słobodzianka, którzy - wypluci przez Gdańsk - "poszli na swoje" w małym Supraślu; jeszcze parę scen by się znalazło. Może mniej niż zazwyczaj, ponieważ na pierwsze lata 90. przypada załamanie finansowe i odpływ widza; teatry szukały wtedy ratunku w repertuarze komercyjnym. Działo się tak jednak i w wielkich miastach, i w małych dziurach. Gdy kryzys zaczął mijać, jedne sceny - i na prowincji, i w centrum - wracały do ambicji artystycznych. Inne zaś - tak w centrum, jak na prowincji - dalej twardo tłukły farsy, bajki i lektury, prowokując pytanie, w imię czego utrzymuje sieje z pieniędzy podatnika.
Było rozmaicie, ale dalibóg nie tak prosto, że oto cały teatr pogrążony był w niemocy i musiał się dopiero narodzić eksperyment warszawskich Rozmaitości, by wytyczyć drogę.

"Najmocniej jednak - pisze Anna R. Burzyńska - nowy sposób tworzenia teatru wpłynął na życie sceniczne poza głównymi ośrodkami". Wielu przedstawicieli młodej krytyki jest dziś przekonanych, że przyszłe podręczniki akademickie dzielić będą dzieje polskiego teatru na dwie ery: e.p.J. (era przed Jarzyną) i e.o.J. (era od Jarzyny). Tymczasem Jarzyna z Warlikowskim w samej rzeczy wiele zmienili w myśleniu o teatrze (pewnie w dużej mierze dzięki temu, że właśnie ominęła ich klasyczna droga z liderowaniem na prowincji; weszli prosto w mainstream). Jednak to nie oni wynaleźli szukanie przestrzeni do grania poza budynkiem teatru, otwarte próby czytane z dyskusjami, zamawianie dramatów, ścisłą współpracę z młodzieżą, a już zwłaszcza oddanie dużej sceny klasyce, a małej - niskobudżetowym eksperymentom - co Anna R. Burzyńska odkryła właśnie w Olsztynie i prezentuje jako nowość. Wszystko już było i 5 lat temu, i 10, i 20. Oczywiście poza internetowymi czatami, blogami i innymi pomysłami naszych dni.

Autorka, wkładając do jednego wora doświadczenia Rozmaitości, Wybrzeża, krakowskich Rewizji oraz codzienność małych ośrodków, zdaje się nie dostrzegać fundamentalnej różnicy w ich podejściu do praktyki. Więcej: w formułowaniu celów. O ile Rozmaitości poszły na ostrą wojnę z establishmentem, wybierały, dla kogo będą robić teatr, sięgały po prowokację, by uzyskać rozgłos, o tyle wszystkie sceny "prowincjonalne", które Anna R. Burzyńska chwali - Wałbrzych, Legnica, Opole, Olsztyn - nowe formy, drastyczne treści, łamania tabu etc. do swej praktyki wprowadzały delikatnie. Osłonowo. Tak przedstawiając propozycje by raczej zaciekawić i nie zrazić, niż prowokować i zdenerwować. Tak manewrując repertuarem, by przyciągnąć różnych widzów. Żeby obok eksperymentalnej piguły czasem jedynie rozbawić i rozluźnić. Oswoić.

W miękkiej i przyjaznej odbudowie zaufania do teatru tkwi istota sukcesu najlepiej dziś prosperujących scen z małych ośrodków. Co Anna R. Burzyńska chyba zresztą docenia, pisząc z aprobatą o praktyce twórców Teatru im. Jaracza w Olsztynie, którzy "robią teatr dla miejscowej publiczności, nie zaś dla krytyków przyjeżdżających na głośne premiery". Nie dopowiada jednak, że takiego podejścia Janusz Kijowski nie uczył się ani od Jarzyny, ani od pomysłodawców półseminaryjnych Re-wizji w krakowskim Starym.

Zemsta nietoperza

Komentatorka "Tygodnika" wychodzi od opisanego w "Theater der Zeit" apokaliptycznego obrazka zarastających trawą placów przed zamkniętymi teatrami w byłym Enerdowie - kraju nasyconym scenami jak żaden - i powiada, że w Polsce "udało się jednak uniknąć najgorszego. (...) Być może jest to zasługą silnych związków zawodowych, które nie pozwoliły na rozwiązanie zespołów (zdarzyło się to, co prawda, w Grudziądzu, ale scena nie została zamknięta, działa tam aktywnie Centrum Kultury Teatr).

Tak naprawdę po 1989 roku zamknięto w Polsce trzy teatry. Jeden znikł na amen (Maszkaron w Krakowie), drugi po przerwie powrócił pod nową nazwą (Nowy w Słupsku), a trzeci to właśnie przypadek grudziądzki. Gdy krakowska autorka cieszy się z niewielkich strat, przekora każe mi zapytać - czy naprawdę należy się radować, że zamknięto tylko trzy teatry?

Spójrzmy na ów Grudziądz. Z socjalizmu wychynął tu potężny gmach z dużą sceną, ale działający w nim Teatr Ziemi Pomorskiej był w stanie rozpadu i w gruncie rzeczy rozsypał się sam. Ambitni działacze miejscy nie chcieli się z tym pogodzić. Tytaniczną siłą entuzjasty (piszę bez ironii) wsparł ich Maciej Nowak; "Wyborcza" z emfazą pisała o nowej metodzie: miasto podpisywało na sezon lub dwa kontrakt z wyłonioną w drodze konkursu trupą - czy to Teatrem Osobowym Roberta Czechowskiego czy awangardowym Teatrem Cinema z Michałowie - który miał prowadzić prace z młodzieżą i przygotować dwie premiery w roku, koniecznie - żądali rajcy miejscy - kwalifikujące się na ogólnopolskie festiwale.
 
Fanfarami odtrąbiono początek, ale nikt potem nie sprawdzał, jak idzie. A szło mamie. Po prostu każdy trochę choćby ambitniejszy tytuł pozwala dziś zebrać w Grudziądzu dwie widownie. I choćby przyjechali Maja Komorowska z Andrzejem Sewerynem, albo z drugiej strony Jarzyna z Warlikowskim - trzeciej nie będzie skąd wziąć. Dziś, Anna R. Burzyńska ma rację, w Grudziądzu "działa aktywnie Centrum Kultury Teatr". Wystawia bajki dla dzieci. Niezłe muzycznie, bo korzysta z bezrobotnych absolwentów wydziału wokalno-aktorskiego Akademii Muzycznej w Gdańsku. Kiedyś mi opowiadano, że Centrum ma zamiar, zbierając wykonawców ze wszystkich stron, porwać się na szalone przedsięwzięcie i wystawić... "Zemstę nietoperza". Widziałem tu też "Kopciucha" Głowackiego z dziewczynami z poprawczaka granymi udatnie przez członkinie ruchu amatorskiego. Byłbym ostatni, który by nie doceniał tej pracy czynionej na miarę możliwości. Tylko proszę: nie mitologizujmy naszej, naprawdę niekiedy cudownej prowincji.

Skamieniała sieć

Nie wiem, czy należy podskakiwać z radości, że niemal wszystkie odziedziczone po socjalizmie budy sceniczne przeżyły transformację. Umiałbym wymienić takie, którym by nie zaszkodził model impresaryjny z mądrym zarządcą sprowadzającym raz na miesiąc te spektakle, które sprowadzić warto - niekoniecznie z klucza komercyjnego. Tyle że nikt o tym odgórnie nie zadecyduje. W drugiej połowie lat 90. przeprowadzono decentralizację zarządzania teatrami. Wszystkie - poza dwiema scenami narodowymi - trafiły pod władzę samorządu: prezydentów miast lub marszałków sejmików wojewódzkich. Tak być musiało, w wielu przypadkach wyszło to na dobre. Warto tylko wyciągnąć z tego elementarne wnioski.

A konsekwencje są takie, że podstawową strukturę scen w Polsce mamy spetryfikowaną na lata! Żaden teatr w Polsce nie padnie, każda decyzja (skądinąd kosztowna) o likwidacji byłaby darem z nieba dla miejscowej opozycji. Żaden teatr nie powstanie, bo to kosztuje jeszcze więcej (ewentualnie w większych miastach jakiś off czy quasi-off, a i to z kłopotami, o czym świadczą perypetie krakowskiej Łaźni, której najpierw dano ogromną siedzibę, a potem przykrojono fundusze niemal do zera). Mamy skamieniałą sieć teatralnych bud, za którymi ciągną się często obciążenia wielu dziesięcioleci. Trzeba nimi zarządzać, godząc przeciwności tak naprawdę nie do pogodzenia. Oczekiwania władz samorządowych - których ambicje najczęściej kończą się na tym, by teatr odniósł sukces i nie produkował ekscesów - z potrzebami młodzieży coraz lepiej znającej świat, z potrzebami jej nauczycieli, wciąż kluczowych w doprowadzaniu widzów do teatru, także starszych miłośników wyczekujących swojej "Zemsty nietoperza". A cały ten konglomerat dodatkowo jeszcze - z własnym gustem i determinacją niewpuszczenia na scenę tandety.

Myślę, że jednym z najbardziej optymistycznych zjawisk w dzisiejszej praktyce scenicznej jest istnienie sporej już grupy dobrych szefów małych i większych scen, którzy jakoś godzą te oczekiwania. W tym sensie, zatoczywszy polemiczne koło, jestem gotów podpisać się pod tezą, że na "prowincji" powstaje nowy polski teatr i hartują się jego liderzy, przechodząc niezły poligon. Pewnie będą niedługo przejmować sceny większych ośrodków w ramach spowolnianej (nie w nieskończoność przecież) wymiany pokoleń; wypada mieć nadzieję, że Bartosz Zaczykiewicz, wędrujący z Opola do warszawskiego Studia, toruje drogę innym.

W przeciwieństwie do Anny R. Burzyńskiej jestem jednak przekonany, że dla owych "dyrektorów prowincjonalnych" wartością podstawową nie są błogi, czaty internetowe, spotkania czy pokazy works in progress - cały ten klubowy sztafaż podkreślany w artykule, ale -jednak! - przedstawienia. Zamknięte, skończone, komunikatywne wypowiedzi sceniczne, niekoniecznie podążające ekstremalnymi drogami Rozmaitości czy Rewizji, choć często odważne i korzystające ze ścieżek przerąbywanych przez eksperymentatorów. Równie często jednak odnawiające całkiem stare wartości. Nie wtryniajmy ich więc w męczący antagonizm wojny młodych ze starymi, która chyba przygasa, a właśnie oni mają szansę zdusić j ą do końca.

(Jacek Sieradzki ,"Prowincja, nasza nadzieja" Tygodnik Powszechny, 6.08.2007)