Raban: Małgorzata Bulanda o wyborach w scenografii

  • Drukuj

- W teatrze tworzymy związki ludzi, którzy zaczynają myśleć podobnym rytmem, podobnymi skojarzeniami. Czasami właśnie podczas pracy tworzymy jeden wspólny organizm. Wygląda to tak, że te swoje pomysły przerzucamy. Ja powiem coś kompozytorowi, kompozytor powie mnie, choreograf powie reżyserowi i to jest niesamowite – mówi scenograf legnickiego teatru Małgorzata Bulanda w rozmowie z Alicją Swedurą.


Kilka firan i szarobiałych prześcieradeł przyczepionych na ścianach. Dwa domy, jeden stary dywan zwisający z balkonu i niezwykły klimat spektaklu. Czar włoskiego miasteczka i przedwojennej włoskiej muzyki. To wszystko na scenie Nowego Świata, gdzie wznawiany jest spektakl „Kochankowie z Werony”. Jego premiera odbyła się 22 maja 2011 roku. Ta szekspirowska historia w reżyserii Jacka Głomba opowiada o narodzinach faszyzmu, sytuacji politycznej Włoch, ale przede wszystkim o miłości, wokół której toczy się cała akcja. Za scenografię tego przedstawienia odpowiada Małgorzata Bulanda, która od wielu lat współpracuje z Teatrem Modrzejewskiej.

Alicja Swedura: Jak wygląda proces tworzenia scenografii, od czego należy zacząć?

Małgorzata Bulanda: Wiesz co, każdy ma inny sposób pracy i wydaje mi się, że do pomysłu dochodzi się różnymi drogami. Wszystko zależy od tekstu, jaki przeczytam. Przykładowo „szekspiry” są dla mnie możliwym popisem, ponieważ mogę w tym świecie, który jest znany przez widzów (te historie są osadzone w takich prawdach, że widz wie mniej więcej, o co chodzi), pozwolić sobie na pewne dygresje plastyczne, znaki, pododawanie, poodejmowanie, stworzenie czegoś nowego. Natomiast jeżeli robię tekst współczesny, muszę bardzo uważać na rytmy spektaklu. Tworzę przestrzeń zazwyczaj bardzo prostą, żeby aktorom było łatwo dochodzić do sytuacji. I też w związku z tym, iż nasz widz posiada wyobraźnię, w którą bardzo głęboką wierzę i bardzo szanuję, staram się, aby nie było zbyt wielu znaków. Pragnę, aby odbiorca przez obserwowanie tej sytuacji, która jest na scenie, mógł sobie jeszcze coś pododawać ze swojego świata. Dzięki temu może sobie stworzyć swoją intymną rzecz i przez to z kolei ten spektakl bardziej przeżyje. Ja właśnie zawsze staram się myśleć, jak tu podejść tego widza. To też dotyczy i reżysera i aktorów, z którymi pracuję. W teatrze chodzi właśnie głównie o te rzeczy.

Jak ten proces wyglądał podczas tworzenia scenografii do spektaklu „Kochankowie z Werony”? Czy stworzenie jej sprawiło Pani w jakimś stopniu trud? Czy może od razu, tuż po przeczytaniu scenariusza, wiedziała Pani, jak ma ona wyglądać?

To jest znowu Szekspir, czyli fajna zabawa. Łatwiejsza powiedziałabym. Historia jest naprawdę znana i chodziło o to, że uciekliśmy właśnie w te lata 20-ste, Włochy i narodziny faszyzmu, w te wszystkie ścierające się problemy w społeczeństwie. Starałam się jeszcze coś dodać, by było to jakby nowe. Nie wiem, jak widzowie to do końca odbierają, ale wydaje mi się, że czasem jest to dla nich zaskoczeniem. W spektaklu „Kochankowie z Werony” pragnęliśmy zachwycić widza tym światem scenografii. Starałam się, żeby w kostiumach była dbałość o oddanie epoki, przynależności do stanu, hierarchii społecznej. Kolorystykę stworzyłam taką, żeby była plastyczna. No i te domy, czyli nasz mały placyk. Świat rodów, miasteczka, maleńka cząstka miasta, w którym rozgrywa się to wszystko. Ograniczamy się jakby we własnej świadomości. I właśnie to chcieliśmy pokazać. Przestrzeń Nowego Świata jest przez nas ukochana i jesteśmy niesamowicie z nią związani. Mamy nadzieję, że uda się kiedyś odremontować to miejsce, przystosować do tego, żeby można było tam grać bardzo różnie i pracować też w różnych konfiguracjach. Plany już są i prace tam postępują. To jest cudowne, że to miejsce cały czas pracuje, uczestniczy w naszym życiu twórczym. To jest niesamowite, ponieważ my kochamy tę scenę. Kiedy zapraszamy tam gości, to niektórzy są zachwyceni, a w oczach innych widzę z kolei dziwne zwątpienie. Myślą: „Boże, czym oni się tak fascynują, to taka ruina”. Praca w takiej ruinie jest bardzo trudna. I wspaniałe jest, że my jako zespół - twórcy, techniczni i aktorzy - po prostu z pełną pokorą pracujemy w tej przestrzeni. Jesteśmy bardzo wdzięczni widzom legnickim, że tam przychodzą i chcą coś przeżywać. To jest naprawdę super. I myślę, że widzowie (ale mówię  o tych młodych widzach, którzy zaczynają chodzić do teatru) przez uczestniczenie w naszych przedstawieniach w dziwnych, postindustrialnych miejscach kształtują w sobie inny sposób patrzenia na teatr. W przyszłości będą na pewno widzami wymagającym i posiadającymi o wiele większe czucie przestrzeni, teatru, aktora i treści, która zostaje przestawiona.

Skąd czerpała Pani inspiracje do stworzenia tej scenografii?

Po pierwsze z konieczności, która wynika z tekstu. Postanowiłam, że musimy mieć kawałek miasta, czyli plac. Musimy mieć też dwa domy. Chcieliśmy, zresztą jak zwykle w spektaklach, które robimy na Nowym Świecie, zawładnąć całą przestrzenią. Zależało nam na tym, by ona tam pulsowała i chodziła, by z każdej strony były możliwe akcje aktorskie. Poza tym gdziekolwiek podróżujemy, ja bardzo dużo fotografuję i tym sposobem zapamiętuję różne historie – z tego także czerpię inspiracje.

Jakie są reguły wyboru miejsca przedstawienia ?

To zależy od tekstu, ale też od potrzeby. U nas spektakle powstają bardzo różnie. Czyli na przykład mamy pomysł na poruszenie jakiegoś tematu społecznego. Temat ten zostaje najpierw przedstawiony twórcy scenariusza, który musi ten scenariusz stworzyć i to już jest jakby proces. I my już w tym procesie, kiedy otrzymujemy kawałki tekstu, taki schemat zaczynamy wymyślać. Myślimy, w jakim miejscu zagrać ten spektakl. Zastanawiamy się wówczas, czy to będzie fajna historia właśnie na plener, czy do wnętrza na Nowym Świecie, czy na scenę, czy też na scenę, ale z widownią na scenie. Kombinujemy, w jaki sposób ten tekst przejdzie do widza najlepiej. Mając już kawałki dialogu aktora, myślimy również w tym momencie o tym, jak on będzie pracował w przestrzeni gry.

Jakie znaczenie ma scenografia w przedstawieniu?

To wszystko zależy od koncepcji reżysera, od typu spektaklu czy od typu teatru, w jakim się pracuje. Co innego, oczywiście, jeśli będzie to teatr muzyczny, co innego balet, co innego dramat. Pracuje się z różnymi formami. Najwięcej jednak zależy od reżysera i od koncepcji, z jaką przychodzi, co on chce załatwić tym tekstem w świecie. W teatrze tworzymy związki ludzi, którzy zaczynają myśleć podobnym rytmem, podobnymi skojarzeniami. Czasami właśnie podczas pracy tworzymy jeden wspólny organizm. Wygląda to tak, że te swoje pomysły przerzucamy. Ja powiem coś kompozytorowi, kompozytor powie mnie, choreograf powie reżyserowi i to jest niesamowite. Jest to coś tak płynnego i dzięki temu tak szybko się pracuje. Niekiedy przy pewnych premierach jesteśmy niesamowicie szczęśliwi, dlatego że możemy wypowiadać te swoje pomysły, a także dlatego, że są one akceptowane. To jest niezwykłe święto w teatrze, które nie zawsze się zdarza, ale naprawdę bardzo często. To super uczucie, gdy z całego zespołu wyzwala się energia twórcza. To jest piękne.

Dziękuję za rozmowę.

(Alicja Swedura, „Industrialny świat scenografii „Kochanków z Werony””, Raban, czerwiec 2013)