Lca.pl: Mroziewicz o medialnych braminach i pariasach

  • Drukuj

W ubiegły piątek Krzysztof Mroziewicz promował w Legnicy swoją najnowszą książkę. Były dyplomata, komentator i publicysta rozmawiał też z lokalnymi dziennikarzami o… dziennikarstwie. Czy w tym fachu gorsze wypiera lepsze? Zastanawia się i komentuje Dorota Żyława.

Były ambasador Polski w Indiach podział pracy w zawodzie dziennikarza porównuje do systemu kastowego i przywołuje jego dwa najwyższe szczeble. Bramini, reprezentujący w hinduizmie najważniejszą klasę społeczną, posiadają najszerszą wiedzę, znajomość obrzędów i rytuałów.

Mądrość i prawość wyróżnia każdego z nich. Dziennikarstwo opiniotwórcze według Mroziewicza powinno odzwierciedlać cechy właśnie tej grupy. Przykładem korespondent wojenny, który w najtrudniejszych okolicznościach z możliwych musi treścią swojego przekazu nakreślić proces kształtowania się przyszłego świata. Znajdując się tam, gdzie nikt inny się nie znalazł, musi umiejętnie ocenić i przekazać tzw. prawdę ostateczną – rzeczywistość, w której giną ludzie.

Niższym szczeblem w medialnej hierarchii jest "dziennikarstwo fotelowe". Tutaj Mroziewicz zestawia hinduskich polityków z autorami felietonów i esejów, którzy w swoich wygodnych, zacisznych fotelach sięgają po tematy już przerobione, pisząc o tym, co wymaga komentarza, analizy i dopowiedzenia. Są też osobne miejsca dla dziennikarstwa rozrywkowego i dworskiego, a więc potulnie usługującego władzy zawsze i wszędzie. Natomiast na dnie tej typologii osiadło coś, co w pogoni za sensacją zapomina o elemencie zasadniczym – prawdzie.

O tym, jak wygląda współczesne dziennikarstwo, co jest jego siłą, a co słabością Krzysztof Mroziewicz mówił zarówno krytycznie, jak i z nadzieją. Jego teza: "medium jest przekazem" nawiązuje do roli dziennikarza – bezpośrednio odpowiedzialnego za kształt tego przekazu. Współczesne media i dziennikarstwo jako takie nabrały cech powszechności, która zaniża poprzeczkę.

Owa powszechna dostępność mediów, gdzie każdy może być dziennikarzem − od autora bloga i tzw. dziennikarza obywatelskiego, po komentatora codziennych wydarzeń – sprowadza tę powszechność na poziom co najwyżej średni, przeciętny. Dlaczego? Ponieważ działa tutaj proste prawo: gorsze wypiera lepsze.

Trudno się z tą tezą Mroziewicza nie zgodzić. Zalew prostactwa internetowego dowodzi, że spora część tłumu autorów najróżniejszych tekstów i komentarzy nie zdaje sobie sprawy z tego, że aby mówić, trzeba mieć coś do powiedzenia. Dlatego bylejakość ma się świetnie. Jak twierdzi publicysta: żeby funkcjonować w dziennikarstwie, warto ciągle się go uczyć.

Czy jeśli w powszechności współczesnych mediów każdy może być dziennikarzem, to znaczy, że nikt nim nie jest? Z pewnością nie każdy dziennikarz może być… dziennikarzem.

(Dorota Żyława, „Współczesne dziennikarstwo – wszystko i nic?”, www.lca.pl, 25.02.2013)